wtorek, 16 grudnia 2014

rozmowa2

A-niska studentka
B-wysoki student
(przed szkołą A pali papierosa, podchodzi do niej B i kuca tak że ich głowy są na tej samej wysokości)

A-zniżasz się do mojego poziomu i myślisz, że to zabawne?
B=ja wiem czy zabawne? normalnie mam na tej wysokości serce, chciałem się jakoś zempatyzować, pocieszyć
A-to pocieszaj, tylko nie mów mi "głowa do góry"
B= kumam, z tak niskiej perspektywy cały czas trzeba ją podnosić nie?
A-jak chce się wzbudzić litość wystarczą same oczy, o tak
(B podnosi się i patrzy na A z góry)
B=faktycznie działa, biedna mała dziewczynko, uwalona przez pana...
A-ani słowa o tym człowieku, pokazałam coś co jest dla mnie ważne, głębokie, uniwersalne, a dla niego to był bełkot, rozumiesz? jak chcesz mnie podnieść na duchu to powiedz, że to nie był bełkot
B=dla mnie brakowało akcji
A-akcji? jasne, kto chce słuchać rozmów o sensie życia? lepiej się rżnąć ile wlezie
B-w jakim sensie rżnąć?
A-w dwojakim, po co człowiekowi głowa, skoro...
B=skoro co?
A-chcesz akcji? będzie akcja
(wchodzą na halę A siedzi na ramionach B, z jej wysokiej perspektywy widać przyglądających się im ludzi m. in Pawła)
A-Paweł, pożycz linijkę
P>po co ci?
A-Chcę coś wymierzyć
(paweł daje jej długą linijkę)
B= pan profesor stoi przy schodach i gada z dziekanem
A-dobra, na sygnał "wio" rozpędzasz się do galopu, potem do cwału, mijasz go z lewej, a ja..
B=głowy mu raczej nie zetniesz, a ze szkoły możesz wylecieć
A-obowiązkiem bohatera nie jest zwycięstwo, lecz wywołanie emocji, wio!
(w zwolnionym tempie A galopuje na B przez halę wymachując linijką jak mieczem, wybiegają z kadru)




czwartek, 4 grudnia 2014

rozmowa 2min

(A i B podbiegają do wrót kościoła, którego na razie nie widać)
B- średnio nas stać na ten lokal, rozmawiałaś z właścicielem?
A- powiedział tylko dwa słowa po włosku -offerta grassetto [śmiała oferta] i jakby się zaśmiał, ale zawsze możemy się rozejrzeć
(wchodzą do środka w przedsionku widać dwie misy z wodą święconą)
A- to musi być łazienka, są aż dwie umywalki
B- (puka w misę) kamień, można się w niej kąpać i się  nie zarwie jak ceramiczna
(B próbuje wejść do misy)
A-nie teraz, zobaczmy najpierw salon
(wchodzą do nawy głównej)
B-strasznie wysoki strop, przydałaby się jakaś antresola
A- mi się podoba jak jest, tylko ściany i sufit przemalowałabym na ciepły pomarańcz
(A ciągnie B za rękę do konfesjonału)
B-czynsz musi być niebotyczny
A-ale za to klimat jest nieziemski, patrz, tu bym się przebierała (wchodzi za zasłonę konfesjonału)
B- a ja bym cię podglądał (patrzy na nią przez kratkę)
A- naprawdę?
B-tak, tylko nie koniecznie teraz, są piękne, ale schowaj je, bo się przeziębisz
(A wychodzi z konfesjonału zapinając bluzkę, razem idą pod ołtarz
 (A rozgląda się po kościele)
A-jakbyśmy robili przyjęcie to zmieszczą się chyba wszyscy ludzie, których w życiu poznaliśmy,
B- tylko stół trochę za mały
(patrzy na ołtarz)
A-to nie jest stół tylko łóżko, wystarczy zdjąć zastawę, położyć materac, kołdrę puchową, poduszki
B- a to? (wskazuje na krzyż z chrystusem, nie pokazany)
A-może wieszak? prawy gwóźdź na twoją kurtkę, lewy na mój płaszcz (zbliżenia na gwoździe na krzyżu)
B-a dolny?
(A uśmiecha się, wyciąga z siatki chleb, kołysze jak noworodkiem)
A-na dolnym będzie wisiał kubraczek naszego potomka, jak tylko się urodzi i podrośnie (całuje chleb w czółko)
B- mogę?
A- ale ostrożnie
(B bierze i podnosi chleb do góry jak noworodka/hostię)
B-jak go nazwiemy?
A-jakkolwiek, byle ładnie
(plan ogólny, A i B przed ołtarzem, muzyka Magnificat Monteverdiego)



poniedziałek, 27 października 2014

Szaman cz 1.

Trzy cale nad mapą pewnej europejskiej stolicy bóg umieścił szybę i wysypał na nią pół ćwierci uncji najczystszej kokainy, Leżący na trawie w parku szaman zobaczył na niebie chmurę, z której zaczęły wyłaniac się wieszczne człekokształty. Rogiem bezlimitowej karty kredytowej bóg wyrył w proszku jak przez kalkę rysy twarzy szamana i zaczął zwijać w rulonik zielony portret Benjamina Franklina.
-Boże, przecież to ja, czemu zawdzięczam ten chmurny portret, dzieło twojej zmyślnej dłoni?- zawołał bezgłośnie szaman.
- Doigrałeś się psie nietresowany, wchłonę teraz twoje ciało eteryczne, a tymi za to podziękujesz i obiecasz posłuszeństwo- bóg przytknął rulon do nosa i wciągnął kokainową chmurę znad głowy szamana, który poczuł nagły brak powietrza i duchowe kalectwo.
-Dzięki ci boże za tę sprawiedliwą karę, zrobię co tylko rozkażesz.
-Pójdziesz teraz nad rzekę i z mostu wskoczysz do niej, wykąpiesz się by pozbyć się smrodu, który czuć na tysiące mil.
Szaman bezwiednie wstał i ruszył w stronę brzegu. Na ulicy zauważyła go bogini , chwyciła za włos i obróciła w stronę sklepu z zabawkami.
-Przyda ci się piłka, żeby nie utonąć w rzece.- szepnęła
Szaman podszedł dyskretnie do stoiska z piłkami i wsunął sobie jedną pod sweter. Bogu umknął ten fakt, bo zajęty był szukaniem figurki psa wielkości palca, wśród swoich zabawek. Kiedy wreszcie ja znalazł, poszedł do kuchni wypełnić kranówką żeliwny garnek. Szaman spotkał na moście płaczącą kobietę w ciąży.
-Dzisiaj skaczę zamiast ciebie.- powiedział opierając dłoń na jej ramieniu. Spojrzeli wzajemnie na swoje nadęte brzuchy i uśmiechnęli się do siebie. Dziewczynka ukryta w macicy kobiety włożyła swój noworozwinięty kciuk do buzi, miała na imię Gaja. Szaman skoczył, kiedy bóg wrzucił figurkę psa do pełnego garnka i zaczął energicznie mieszać łyżką w wodzie. Piłka utrzymywała szamana na powierzchni mimo wciągającego go wiru i zmieniła się pod swetrem w całą planetę. Zmęczony mieszaniem bóg wyzwał boginię od kurew, a ocean spokojny ocieplił się od przytulonego doń brzucha szamana.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Press

Nie jestem dobrym fotografem, a jeszcze gorszym dziennikarzem, nieudolność w chwytaniu ostrości i skłonność do mitomanii praktycznie dyskwalifikują mnie jako reportera. Poszczycić się mogę jednak pewnym wywiadem, który przeprowadziłem w trakcie jednej z wojen plemiennych we wschodnim Zairze, jak również osobiście pstrykniętym zdjęciem puentującym tenże wywiad. Mój artykuł rozplenił się po sieci niczym przyzwoita kultura zakaźnych bakterii, zbierając przy tym pokaźne żniwo kciuków i komentarzy, a wszystko zaczęło się od koszulki z napisem PRESS, wygranej w bierki rozbierane jako fant od koleżanki będącej korespondentką Daily Mirror. W tamtym hotelu w Kinszasie chciałem tylko zobaczyć czy jej piersi są asymetryczne, a już następnego dnia przyszło mi oglądać ludzkie okrucieństwo w najpierwotniejszej odsłonie. Upokorzona przegraną koleżanka założyła się ze mną o tysiąc funtów, że nie przeżyję tygodnia w dżungli i wyczarterowała awionetkę, z której po przeleceniu tysiąca mil wyskoczyłem na spadochronie w sam środek kotła tragicznych wydarzeń. Po paru godzinach samotnego przedzierania się przez haszcze dotarłem do ścieżki, na której powitała mnie kolumna bojowników z plemienia Bonu. Na widok napisu na koszulce jeden z bojowników zaczął na mnie naciskać rękoma i śmiać się z dwuznaczności angielskiego słowa, a kiedy reszta mnie otoczyła, wyciągnąłem aparat i zrobiłem parę zdjęć, czym zaskarbiłem sobie ich przychylność. Pozowali radośnie świecąc wielkimi zębami, wchodzili sobie na barana, przytulali się i całowali swoje maczety do chwili, w której ich pokreślony na twarzy dowódca z piórami w mankietach wydał rozkaz dalszego marszu. Ruszyłem razem z nimi, w nadzieji, że doprowadzą mnie do jakiegoś wyjścia, ale wkrótce zorientowałem się jak absurdalnym jest samo pojęcie wyjścia jako takiego. Następnego dnia o świcie dotarliśmy do wioski Taupe, zamieszkanej przez plemię Mala , tradycyjnych wrogów Bonu . Rzeź przebiegała przy akompaniamencie  ćwierkania i pohukiwania bojowników, którzy w ten sposób odczłowieczali  się, by lżej było im dokonać przyrzeczonej zbrodni. Stałem jak wryty z aparatem na szyi, patrząc jak wokół odcina się ręce i głowy, otwiera brzuchy i wyrywa wnętrzności. Dopiero gdy przede mną zatrzymała się młoda dziewczyna z drewnianym kolczykiem w dolnej wardze, a jeden z naszych zamachnął się na nią maczetą, krzyknąłem do niego -stop! Zatrzymał się, a dziewczyna podziękowała mi, uklękła i przemówiła
- Wiedziałam, że przyjdą w końcu nas zgasić. Kiedy księżyc pokazał całą twarz wyjęłam pięć serc z piersi naszych kur i nakarmiłam nimi mrówki, a to były ich serca, serca Bonu, plemienia ptaków, potem w tańcu przywołałam chmury wściekłych moskitów, żeby wstrzyknęły w ich ciała chorobę,  a na koniec  wykrzyczałam ich imiona wspak, by cały świat czynił wbrew nim. Wszyscy baliśmy się zemsty, ale nienawiść była silniejsza, a przodkowie cieszyli się z wojny, którą sami kiedyś ułożyli i będziemy się tak wzajemnie zabijać, póki las nie wykluje ostatniej żaby.
Kiedy skończyła mówić, jej kat znów uniósł maczetę, więc szybko zadałem jej pytanie żeby mogła mówić dalej odwlekając egzekucję. Opowiedziała mi o nekroplastycznych zwyczajach szczepu Mala, o jej zaręczynach z najodważniejszym myśliwym w wiosce, który pójdzie zabijać Bonu, jak tylko wróci z polowania na małpy, o swojej rmatce i siostrze, których poćwiartowane zwłoki bojownicy    rozrzucili między chatami, o ojcu, który włócznią zabił krokodyla i babce, po której odziedziczyła talent do czarów. Tak powstawał najważniejszy wywiad, jaki w życiu przeprowadziłem, tymczasem wokół nas gromadzili się wsłuchani w jej opowieść  bojownicy Bonu odpoczywający po skończonej robocie. W pewnej chwili dziewczyna zaniemówiła, usta jej zaschły, albo wątek się zgubił, a ja nie wpadłem na żadne sensowne pytanie i wtedy maczeta uderzyłaby ją gdybym w ostatniej chwili nie krzyknął - wait! Podniosłem aparat do oka, ustawiłem ostrość, dostosowałem ekspozycję do zachodzącego słońca i powiedziałem -now. Wcisnąłem guzik, a uśmiech oprawcy, duma ofiary i fontanna krwi z jej tętnicy szyjnej skomponowały klatkę w złotych proporcjach. Wygrałem tysiąc funtów, a koleżanka po dziś dzień zazdrości mi świetnego artykułu

wtorek, 26 sierpnia 2014

Babcia

Szept babci Irenki potrafił przebić się nierejestrowalnie przez kilkunastoosobowy tłum rozgadanych kolejkowców lub bibkowiczów i trafić prosto do ucha adresata nie gubiąc przy tym nastroju ani sensu. Tak właśnie usłyszałem ją na bankiecie wernisażowym w budynku opuszczonego dworca kolejowego dzielnicy Wyrzecze, która od czasu reformy wód śródlądowych niemal w całości znalazła się w korycie  nowopłynącej rzeki Kłęki, prawego dopływu głębszej i wartkszej Odry granicznej.  Wernisaż otwierał wystawę starych tablic szkolnych w różnych odcieniach zieleni, opatrzonych notatkami z ostatnich lekcji, które z ich pomocą przeprowadzono.  Większość tablic uformowana była w klasyczne tryptyki, po których wiły się sinusoidy, sieczne stożków, wielomiany i odmiany części mowy, pytania do lektur, wzory, rodzaje gleb, daty krwawych starć i na wpół starte struktury pojedynczych atomów, wszystko to zdumiewało i zachwycało w granicach normy. Zbliżałem się właśnie do ostatniego eksponatu, gdy usłyszałem babcię Irenkę proszącą mnie o towarzystwo. Podszedłem do niej i zamiast powitania stuknęliśmy się dźwięcznie lampkami australijskiego rieslinga. Babcia ucałowała moje pochylone czoło uroczo zmarszczonymi ustkami, a do ucha skierowała wyzwanie:
-Zgadnij która moja
Dopiero przypomniało mi się, że Irenka była kiedyś nauczycielką, ale nie pamiętałem czego uczyła i wstyd mi było, że zgadłem dopiero za entym razem, że chodzi o tę ostatnią. Jej tablica była jednoczęściowa, stała oparta w najdalszym kącie dworca i z dala zdawała się być pusta, wytarta, dopiero z dystansu szkolnej ławki dojrzeć można było na niej kilkanaście białych kropek i smugę kredowego pyłu.
-Poznajesz?
-Wybacz babciu, ale nie poznaję
-Bo dyżurny  na moje polecenie starł najwyraźniejszy element, trzydzieści siedem lat temu
Babcia dyskretnie wysunęła z rękawa kredę i dopełniła obraz jasnym punktem.
-Teraz widzisz?
-Widzę kochana, zapaliłaś Arctura w Wolarzu, a obok Wąż, Żyrafa, Psy Gończe i Korona północna, to kawałek kosmosu królowo, uczyłaś więc astronomii
-A gdzież tam
Przerwał nam elegancki człowiek, najwyraźniej zdenerwowany
-Przepraszam ale nie dotykamy tablic, a ta akurat jest najcenniejsza, pani coś zmieniła! Tego tu nie było, ale... Wielkie nieba, przecież to pani, przepraszam najmocniej, że jej nie poznałem, zaraz przyprowadzę mecenasa wystawy, bardzo chciał panią poznać.
-Proszę wszystkich przyprowadzić,akurat będzie pełna klasa, pragnę  dokończyć lekcję, mam nadzieję, że tym razem nikt nie zemdleje przed dzwonkiem
-Oczywiście, to będzie piękna niespodzianka
Człowiek w smokingu zaczął anonsować Irenkę, a ona przeciągnęła dwa razy wszystkimi palcami dłoni po tablicy kreśląc pięciolinie i wysunęła z drugiego rękawa flet prosty. Miała przed sobą gwiezdne nuty, których wartość równała się jasności, a melodia układała się na śladach jej palców, nieziemska melodia, otwierająca wszystkim usta i cisnąca łzy. Kiedy babcia skończyła grać, pokłoniła się nisko, a kiedy pośród braw wyprostowała się, dłonią zasłaniała sobie usta, jakby nie chciała czegoś powiedzieć.
Pogotowie jechało długo na dawne Wyrzecze, więc babcia zdążyła zasnąć i na szczęście obudziła się po wypłukaniu z żołądka wszystkich tabletek. Długo nie odzywała się do nikogo, obrażona na całą planetę, ale kiedy usłyszała w radio swój kosmiczny utwór w wykonaniu chóru dziecięcego, uśmiechnęła się błyszcząc wszystkimi pięcioma zębami

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

List

Zdarzyło się  to podczas najciemniejszej nocy zeszłego roku, kiedy wszyscy moi towarzysze posnęli, a ja pilnowałem ognia poddając się jego hipnozie. Nie wiem jak długo  migotał mi w oczach, ale  zdążyłem wtedy przemknąć nieświadomie ponad odległe wody wielkiego oceanu. W ognisku dostrzegłem miasto samotnie płonące na niewielkiej wyspie  archipelagu Mikronezji, z której desperaci wystrzeliwali w niebo iskry rac ratunkowych i pośpiesznie rzucali na wiatr ostatnie listy spisane na płatkach popiołu. Dym wymusił z mojego oka łzę żalu za los wyspiarzy, a wtedy jeden z listów przykleił się do niej w taki sposób, że mogłem odczytać jego treść przez soczewkę powiększającą wytężonej kropli. Charakter pisma był niedojrzały, wczesnoszkolny, ale sens słów świadczył o przenikliwej mądrości autorki, która ledwie co nauczyła się  składać litery, a już przyszło jej dać świadectwo kresu jej samej i całego jej świata. List ten brzmiał następująco: Drogi przyjacielu z daleka, którego nigdy nie poznam, mam nadzieję, że umiesz już czytać i rozumiesz co do ciebie piszę i nie obrazisz się, że to co napiszę będzie smutne, a nie wesołe jak huśtanie na kolorowym łańcuchu, albo skaczące po wodzie kamienie, albo tresowany szczur mojego taty, który umiał jeść małym nożykiem i widelczykiem, a po obiedzie mył łapki w wiaderku na deszczówkę. Zostało mi za mało czasu, żeby powiedzieć o tym co lubię robić po szkole z moją koleżanką kiedy uda nam się zwędzić trochę kredy spod tablicy, za mało czasu  na całe osiem lat mojego życia i nawet nie wiem jak mogłabym zacząć, skoro to już prawie koniec, bo wszyscy wykrzykują, że to koniec, że umrzemy na węgiel. Mama wciąż płacze i powtarza te same smutne słowa beznadziejne, że aż nie chce mi się jej słuchać, tylko ją pogłaskałam, tak się robi, ona też mnie głaskała, jak płakałam, kiedy tata umierał, bo wylał całą krew z brzucha, bo rekin go ukąsił, bo wypadł z łódki, bo fala zakołysała, bo wiatr, bo zawsze jest jakieś bo, u ciebie też przyjacielu? Chyba tak, bo przeczytasz mój list, bo z wiatrem przyleci, bo ja go napiszę, bo zaraz umrę, bo wszystko płonie, bo całe słońce naraz poświeciło na moje miasto. Pan z telewizora powiedział, że na całym świecie zrobiło się ciemno i że tylko u nas jasno, ale że jasno jak w piekle, że najpierw zatliły się drzwi i łodzie, że zawrzał ocean, że drzewa i krzaki się zapaliły, że skóra i włosy, że lada chwila wszystko, że to, że tamto i wtedy telewizor się zapalił, chociaż był już zapalony, ale inaczej, a ja z mamą schowałyśmy się w chłodni na ryby, ale nawet tutaj już gorąco. Mama składa teraz ręce jak do klaskania i mówi ciągle- boże, boże-, a ja się jej pytam- bo co? że co?-, a ona sama nie wie,  chociaż tata jej mówił kiedyś, że boga nie ma, że poza faktem tylko powód i następstwo, bo nie inaczej. Ja nie wiem czy to coś znaczy, jestem za mała, ale nie myśl przyjacielu, że jestem głupia, bo piszę, że pójdę z dymem, bo dym z wiatrem może wszędzie, a ja już nigdzie

środa, 20 sierpnia 2014

zdarzycie się cz.4

+Boli!!!
-Było nie wbiegać do łazienki jak furiat, po huku wnoszę, że głowa rypła
+I łokieć, dlaczego podłoga jest mokra do wyrwy przędzy?!
-Ciszej do piór z pieniędzy. Odpowiesz mi kiedyś za wszystkie wybudki z kimania zasłużonego. Podłoga jest podług twojej dedukcji zwyczajnie podła, więc ci się  podle wyślizgnęła spod kroku dla pospolitego guza, chwytasz?
+Kupuję takie uzasadnienie, bo jest na moją modłę skminione, a z twojej strony to jednak poświęcenie nie lada. Wytłumacz mi tylko, czemu zmywasz posadzki po nocy, dwie godziny przed świtem?
-Jaka intuicja śledcza, ho ho, winszuję Panu. Otóż zacierałam  ślady stóp, żeby zgubić wlekące się za mną zmory, dla higieny snu procedura taka, nie wzbronisz mi chyba.
+To się zmywa całe mieszkanie, od wejścia krocząc wstecznie aż do łóżka miotełkując przed sobą ruchem slalomicznym, a tymczasem błyszczy się tylko łazienka.
- W pokoju pozamieniałam  miejscami tylko opieczętowane stopami klepki, by pozornie zdawało się, że poszliśmy spać do szafy
+Ściemniasz, musiałabyś przyświecać sobie latarką, a baterie dawno zardzewiały
-Daj mi spokój, są świeczki tortowe i lampka nocna, powiedz lepiej co cię tak przeraziło, że wyskoczyłeś z łóżka sprintem prosto na mokre kafelki?
-We śnie wylałaś mi na twarz jakiś kwas, tak że cała mi się zagotowała na wzór słodkiej karpatki, którą zaczęły pożerać osy, więc po przebudzeniu naturalnie potrzebowałem lustra, żeby sprawdzić jak wyglądam.
-a pamiętasz za co ci się należała ta kara mentalny włamywaczu ?
+powiedziałaś tylko, żebym przestał się na ciebie lampić, bo płoszę ulotne sensy, na które czaiłaś się od pokoleń, a ja na to, że jakto od pokoleń, a ty mnie chlust kwasem z imbryka
-samcom obce jest najwyraźniej matrioszkowe klucie się po wiekach prababskich w córczym ciągu pępowinnego łańcuszka, więc  pewnie z ciekawości się jarzyłeś z pytajnikiem w gębie,  perfidnie rozpraszając, kiedy starałam się rozczytać tabliczkę rozmnażania  wytatuowaną na moim brzuchu
+rozumiem, że za niedyskrecję, ale dlaczego od razu kwasem? Jak ktoś się lampi, wystarczy pstryk i wyciemnić
-to był kwas wytoczony z trzewi, wcześniej się budziłam z wymiotem i dlatego zmywałam łazienkę, ot taka prosta przyczyna, następnym razem zdążę do muszli przed erupcją
+to klasyczny objaw ciężarny, nie ma się czego wstydzić i zmyślać wymówki o zmorach Drogo kochana
-nie widziałeś co ten wymiot odzwierciedlił na podłodze, o takich wróżbach się milczy zachłannie,  to był autentyczny horror we wszystkich barwach kolacji
+pesymistyczna paraidolia jest naprawialna, zwłaszcza na tak plastycznym materiale jak rzygowiny
-jasne że przeformowałam tę plamę ile się dało przed jej wytarciem, nie poddałabym się przecież wyrokowi niestrawnego losu, ale jak widać pech się mimo to ukonsekwentnił
+raptem chwilowa niezginalność łokcia i lekkie wstrząśnienie potyliczne
-poty liczne przyjdzie nam dopiero wylać na szlaku do dobrostanu i sińców krocie zaliczyć
+i w cuchnących wydzielinach się taplać i zjełczałej strawy kosztować
-i miłować z braku alternatywy i płodzić dla pocieszenia
+ja wiem czy to aż tak marna przepowiednia, Dobrostan to nie jest w końcu jakaś skorumpowana republika w środkowej Azji, tylko układ do ugruntowania gdziekolwiek, choćby pod naszymi stopami, choćby na moment i za chwilę
-jeśli masz zamiar trzasnąć teraz jakimś zabawiennym kawałem to szkoda wysiłku, bo ja się nawet nie uśmiechnę
+chciałem opowiedzieć ten o kierowcy betoniarki
-stary smutny beton, a gdyby ciebie tak zalał w żywy pomnik, to w jakiej zastygłbyś pozie
+w takiej
-hahaha! dobre, wyraziste, miliony robią to metaforycznie, a ty wspięty na szczyt elastyczności tak wdzięcznie i dosłownie oddajesz ideę, a na cokole inskrypcja: "ostrożnym krokiem człowiek świadomy wdepnął we własną twarz" 

środa, 30 lipca 2014

zdarzycie się cz.3

- To teraz powiedz po co zabrałeś mnie do piaskownicy w środku nocy, przerywając mi niezwykle intrygujący sen o wielorybie?
+ Wieloryb raz przyśniony nie ucieknie daleko, to kupa pluskającej masy, jeśli pamiętasz gatunek to jutro mogę ci podobnego narysować, żebyś pochwyciła go w siatkówkę jednym dogłębnym rzutem, a tej nocy zajmiemy się piaskiem i to nie byle piaskiem, tylko takim wielokrotnie przetworzonym przez mnóstwo małych rączek
-Wieloryby też czasem lądują na piasku, martwe zazwyczaj, nadymają się wtedy od gazów gnilnych i wybuchają rozsiewając flaki dookoła po gałach podnieconych gapiów
+ jak bardzo chcesz to ulep wieloryba, ale koniecznie w tym rogu, północno-zachodnim, została mi akurat ostatnia petarda, to możemy zasymulować taki wybuch, jak tylko wypełnimy resztę ogrodzonej przestrzeni
-ale przysięgnij, że to nie będzie kolejna makieta miasta, jak tamta z cegłówek za garażami, na której planowaliśmy konspiracyjną konfiskatę tego nieszczęsnego roweru.
+Nic z tych rzeczy, piasek to tworzywo dzieł ulotniejszych o naturze bardziej kuriozalno-mistycznej niż pragmatyczno-utylitarnej
-Wieloryb gotowy, wielkości stopy, w mroku nie widoczny, ale namacalny, przodem zwrócony do centrum piaskownicy, pełen nadzieji na uzasadnienie swojego akurat tutaj położenia.
+Cicho, ktoś się zbliża, udawajmy posągi
-które wzniosły się same nagle na środku placu zabaw, bardzo wiarygodne, poza tym to tylko piesek, choć piesołku, kochany, mięciuchny, merdający, lubisz głaski i czochry też lubisz, co?... ale jazda, wiesz co zrobił?
+Obsikał wieloryba,
-Dając mu tym samym namiastkę oceanu,  to genialny pies albo objaw symbiotycznego instynktu wobec piaskowego walenia, dla mnie fenomenalne,...a co ty tam majstrujesz?
+Zaraz zapalę świece to zobaczysz, a co do pieska, to nie bez powodu różni się od piasku tylko jedną samogłoską
-Jak ostatnio karmiłeś kaczki kaszką to jakoś nie chciały jej kąsać,  specjalnie gotowałeś, to przystający do nich pokarm, mówiłeś, z ręki miały nam jeść, pamiętasz, wytresujemy i zarobimy, twierdziłeś, a skończyłeś po kolana w stawie gdacząc tak, że straż miejska nas  zgarnęła, że prawie się do ciebie nie przyznałam ze wstydu
+nie przewidziałem, że kaszka będzie tonąć, ale za to się przeziębiłem, więc kaszel i ból stawów i tak dowiodły prawidłowości tej... prawidłowości
-Jasne, a teraz ulepiłeś cegłę na kształt cegły w przeciwnym narożniku, nie, czekaj, po świeczystej iluminacji cegła okazała się małym autobusem, czy to ma znaczyć, że śnił ci się autobus?
+Dokładnie wczoraj, jechałem nim w delegację, zamiast biletu skasowałem jednak gumę do żucia, ale kanar powiedział, że nie spełnia jego wymagań smakowych, że kapciowata i daje małe balony,  zastrzegał, że zna się na gumach, pokazywał certyfikat konesera
- Zwykle nic nie kasujesz tylko udajesz upośledzonego i puszczają cię jak tylko zapłaczesz nad zgubioną legitką, jak ty się wtedy słodko ślinisz, a ja, twoja opiekunka biorę winę na siebie i tłumaczę kontrolerowi, że...
+No wiem przecież, powiedz lepiej o wielorybie
-Wiesz, że uwielbiam smak tranu?
+No wiem,  zaiste wiele o tobie wiem Drogo
-Wkręcam więc w brzuch płynącego wieloryba jakby rodzaj świdra ssawkowego i sączę sobie z gwinta w najlepsze,, a on do mnie mówi, że grzeczniej byłoby najpierw zapytać, czy można, zamiast się sycić jak ostatni cham i pasożyt. Zapytałabym gdybyś mnie nie obudził
+Przepraszam, ale dzięki tej piaskownicy może łatwiej zapanujemy nad naszą sferą oniryczną
-Naszą? Odpościel się od moich snów ty komunisto totalny, starczy mi, że dzielimy się każdą chwilą jawy, sny pozostaną moją nietykalną własnością z prawem do nieopowiadalności, nie pozwolę żebyś mi się we śnie objawiał z jakiegoś nienacka i wyczytywał ze słownika ciągi dalsze, wypraszam sobie
+Trochę zabolało, ale skoro odrzucasz moją pomocną dłoń eteryczną to muszę wyprosić cię z piaskownicy
- Robię to z ulgą wyzwoleńczą od ciasnoty twojej nieświadomej wyobraźni, idę w kimę  konwersować sobie  z kaszalotem, który nota bene nie cierpi kaszy, żegnam
+Niestety waleń zostaje tutaj, gdzie go ulepiono, w mojej piaskownicy
- Zaraz ci go zdepczę
+Bez kapci w psie szczyny? Prędzej zwymiotujesz
-No to smacznego tranu, Panie gorzki

wtorek, 29 lipca 2014

zdarzycie się cz.2


-Znajduję co rusz sierpy twoich paznokci, zawsze w jakimś kącie, pod przykrywką porzuconej skarpetki, a nawet w pustej butelce na wzór ultradźwięcznej grzechotki. Masz w tym zasiewaniu swoich strzępów jakiś zamiar ponadhigieniczny, czy tylko za daleko ci do śmietnika
+Znaczę nimi miejscochwile ponawianych aktów pokory wobec upływającego mi świata. Składam wrodzony oręż żeby nie rozdrapywać swędzących przeciwności, nie ranić przy wskazywaniu palcem, dla twojego również bezpieczeństwa, poddaję się twoim szponom malowanym dając szansę w hipotetycznej konfrontacji
-Ostatnio biliśmy się o szczyptę niedopalonego tytoniu w czasach wielkiego kryzysu nikotynowego i rzeczywiście wygrałam, a ty płakałeś podrapany, dym wtedy smakował jakoś wznioślej i układał się w kształty wręcz patetyczne.
+Pamiętam, ryczałem nie z bólu a z nędzy i rozdygotania, obiecałem sobie nie dopuścić już nigdy przemocy między nasze wzajemności.
-A ja teraz na przykład bym twój niechlujny pysk chętnie ozdobiła fioletami właśnie za plugawienie pazurami naszego ciężkiego w utrzymaniu pokoju
+A przyjrzałaś się bliżej tym swoistym runom z mojej własnocielnie wytworzonej keratyny
-Zauważyłam, że z paznokci leżących pod łóżkiem ułożyłeś jakby osła, w każdym razie coś czworonożnego z uszami, w kącie za szafą stoi wyraźny stos wciśnięty między klepki, a w łazience pod mydłem znalazłam rodzaj wykrzywionej spirali
+Czyli jednak doceniasz te drobne dzieła, w które włożyłem część siebie i to jak najdosłowniej
-dostrzegam, nie doceniam, nie wyrzuciłam ich, bo chcę, żebyś sam to zrobił i to zaraz
+Czy ja się czepiam twojej kolekcji kłębuchów? A kulki do gry w dmuchanego z twoich włosów ze szczotki wyłuskanych, czyż nie trudno pożegnać się z odłamkami naszych ciał? W moich znakach kryje się głęboki sens: Pod łóżkiem jest krowa, nie osioł, znaczy mlekodajną płodność naszej pościelowej współprzenikliwości, która da nam wkrótce bachorka, za szafą jest szałasik chroniący nas przed bezwzględnym niebem, a pod mydłem duchowe katharsis, którego nijak nie potrafiłem zobrazować, więc wyszła spirala.
-W temacie katharsis to już wiem, że wygodniej ci odgryźć paznokieć niż oczyścić to co się pod nim zalęgło, ale ta metoda nie sprawdza się w wymiarze metamentalnym niestety. Przypuśćmy, że śladami twoich totemików podąża jakaś bestialska kreatura, której ty jesteś częścią, taką kończyną próbną, awantogonem swoistym do macania wszystkiego, czym mogłaby się zająć, gdyby jej wewnętrzna moneta woli akurat wylosowała adekwatny awers.
+Straszysz mnie dla draki czy za karę? W zaufaniu opowiadam ci moje koszmary, a ty wyskakujesz z jakąś potworną hipotezą, do której pasują jak... palce do uszu, o tak właśnie, nie słyszę cię już Drogo i śmieję się haha z tej niby bestii, która wcale...
-...wcale nie jest zmyślona! Ponadto zauważa zdegustowana, że czubek tej jej czujki się istotnie ubrudził i zużył! Odgryza więc końcówkę swojej metafizycznej sondy, która okazuje się stanowić twoją głowę Panie Słodki!
+Lalalala, głowa to nie jest byle paznokieć,
głów się nie odgryza, co najwyżej się nimi kiwa 
poza tym dam odgryźć sobie rękę aż po sam łokieć
jeżeli taka kreatura może być prawdziwa
-Wierszyki cię nie uratują przed lękiem o własną odrębność, nie ten poziom infantylności niestety. To wcale nie musi być potwór, to może równie dobrze być lawina, w której pełnisz rolę przewodniego kamyczka, albo otartej zapałki dla pożaru.
 +Czy to naprawdę musi się tak katastroficznie malować? Mamy przecież za sobą także miłe fakty, nie tylko błędy, proszę zobacz w tej spirali spod mydła pachnący kwiatek niezapominajki na przykład
-Zamiast wiru wciągającego nas w depresyjne szambo na przykład?
+ Właśnie. Może i próbuję się zminiaturyzować, do wymiaru ogarnialnego palcami, ukryć się po kątach przed chronicznym niedoborem środków i groźbą odgryzienia ze strony monstrum społecznej hierarchii. Być może znaczę tyle co te paznokcie i dla jakiejś wyższej metahigieny trzeba by mnie zutylizować. Być może sam się  na takiego wychowałem, ale nie mam z tego powodu ochoty na obalanie dogmatu o niezbywalnym sensie istnienia i będę się go doszukiwał choćby  w tej krzywiźnie twoich ust, co ją teraz uwydatniasz.
-Boisz się, co? Nie trzeba się bać tylko śmiało szukać nowego.Bo twoje znaki to podświadomie dosłowne wspomnienie naszych ostatnich wakacji: krowę z pastwiska zaciągnąłeś wtedy pod nasz leśny szałas, a nocą malowałeś jej mlekiem spiralny kształt naszej galaktyki, żebym przyjęła perspektywę jak najdalszą od naszych problemów materialnych
+Rzeczywiście, takie echo, ale przyznaj, że tamta wycieczka była udana na przykład
-Właściciel krowy uderzył cię sztachetą w łeb
+Pewnie dlatego dopiero teraz wszystko mi się przypomniało

niedziela, 20 lipca 2014

długa zima (100 słów)

Zmęczone dzieci odłożyły na bok łopatki i zaległy na śniegu. Po całym dniu pracy zaspa przyjęła w końcu zaplanowany kształt piramidy.
-Zanieśmy ją do weterynarza, proszę
-Nie, trzeba nakarmić słońce, bo inaczej umarniemy z zimna
-To ja się już nie bawię w Indian.
Chłopczyk odwrócił się i powstrzymując płacz poszedł za swym długim cieniem w stronę domu. Dziewczynka ze szczytu piramidy wygwizdała trzy nuty, skupiając na sobie uwagę kolegów. Sikorka miała zwichnięte skrzydło, więc bez oporu dała się ułożyć na ołtarzu z pękniętej cegłówki, wydłubać sobie drżące serduszko nożykiem i uciąć główkę, która stoczyła się pochyłą ścianą budowli. Słońce błysnęło.

wtorek, 8 lipca 2014

festiwal panteatralny w Manaus cz.1

O plemieniu Xaqua usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki słynnym fenomenom ichtiokulturalnym sfilmowanym przez satelitę szpiegowskiego chińskiej agencji alimentarnej. Właściwie zaczęło się od niewinnej ciekawostki prasowej o indiańskich czarownikach przekraczających rzekę Acre pieszo (nie wpław), ale dopiero satelita dostarczył dowodów naukowych zjawiska Quadqa oznaczającego w narzeczu Xaqua "przejście po rybich grzbietach".  Najznamienitsi Ichtiolodzy spierali się wówczas o przyczyny tak wielkiej koncentracji ryb, że swą masą zaporową wywoływała podtopienia w górnym biegu rzeki. Xaqua stali się szybko sławni wśród wyznawców newage z reszty kontynentów. Ich liturgiczno-teatralne tańce zastąpiły callanetics i aerobic w najlepszych salonach fitness. Żadnemu z fanów nie udało się jednak zakląć ani złotej rybki ze szklanej sfery ani karpia w świątecznym basenie. Desant oddziału DEA rozwiał wszelkie wątpliwości co do natury zjawiska, kiedy wykryto piscofilinę w proszku, który Indianie rozsiewali przed sobą po falującej powierzchni rzeki w trakcie jej przekraczania. Jest to narkotyk doprowadzający ryby do euforycznego parcia ku powierzchni, a tym samym budowania żywego mostu pod stopami szamanów. Torturowany papuzim piórkiem wódz plemienia nie zdradził procedury pozyskiwania tajemniczego proszku, lecz śmiejąc się do tropikalnego słońca zgodził się na dostarczanie go flotom rybackim w zamian za wieczystą dzierżawę ogromnych obszarów amazońskiego lasu deszczowego.

Trzy miesiące po tych wydarzeniach szamani Xaqua zostali zaproszeni na Wielki Festiwal Panteatralny w Manaus, a zapowiedź ich przybycia ściągnęła do stanu Amazonas fanów z całego świata. Do umówionego miejsca nad rzeką Madeirą przy granicy boliwijsko-brazylijskiej został wysłany helikopter by zabrać szamanów w przededniu uroczystego otwarcia festiwalu, lecz nie było tam nikogo poza zwierzyną i dziwnym znakiem, o interpretację którego zwrócono się do mnie. Przebywałem wtedy w Cuzco badając razem z peruwiańskimi kolegami złote zwierciadła inkaskie, których wklęsłość sugerowała używanie ich do skupiania światła słonecznego w celu rozpalania ognia. Kiedy otrzymałem telefon od organizatorów festiwalu z desperacką prośbą o pomoc, helikopter czekał już na pobliskim lądowisku. Zgodziłem się wyjaśnić zniknięcie czarowników Xaqua w zamian za podwójny karnet na wszystkie przedstawienia teatralne w gmachu opery w Manaus. Poleciał ze mną mój przyjaciel Łanow, którego dedukcyjny talent i spontaniczną wynalazczość ceniłem sobie bardziej od łyku chłodnej Yerba Mate o poranku. W czasie lotu podniecony Łanow cytował po chińsku Prospera z szekspirowskiej "Burzy" chcąc odgonić złowrogie Cumulonimbusy i dać wyraz magicznej wyższości dramaturgii nad żmudną archeologią. W ulewnym deszczu zeszliśmy z drabinki linowej na błotnisty brzeg , najwyraźniej opuszczony przez Xaqua przed przybyciem transportu powietrznego. Przyczłapaliśmy z trudem do wbitego w glebę kija, na szczycie którego umocowane było oko jakiejś bestii rzecznej
-Arapaima gigas- z dumą oznajmił Łanow- To jest oko wielkiej ryby bez wątpienia, wpatrywałem się w podobne, kiedy jedną taką znakowaliśmy parę lat temu jakieś trzysta kilometrów stąd w dole rzeki. Niewiele stworzeń tak cynicznie spogląda na świat jak Arapaima, nawet po śmierci, jakby dla jej oka było wsio rawno czy widzi nas spod wody czy z czubka tego totemu.
-Skąd wiesz, że ta ryba nie żyje, może Xaqua wyłupili jej tylko oko, żeby zakomunikować nam na przykład proste "do zobaczenia"-odparłem
-Zabili i wypatroszyli, przed chwilą niemal potknąłem się o jej flaki, lepiej sprawdź co napisali na tym sznurku
Z kija istotnie zwisał jakiś upstrzony pętelkami sznurek, a ja od lat uczyłem się Kipu na własnych sznurowadłach.
-Tu jest uwiązane jedno słowo "Zdążymy", znaczy że wyruszyli do Manaus na własną rękę, ale ciekawe jest to, że to wcale nie jest sznurek, raczej gumka spleciona z kauczuku, rozciąga się nadając słowu względną rozpiętość.
-Stąd do Manaus jest jakieś tysiąc kilometrów, więc jeśli zdecydowali się popłynąć Madeirą to nie zdążą nawet na zakończenie festiwalu, chyba że...
-Chyba że co?
-Oko spuchło od egzotycznych dzikunów, przez źrenicę widać nawet ich pląsy, więc Indiańce musieli wyruszyć ze trzy dni temu, a w tym patroszeniu gigantycznych ryb i kauczukowej plecionce kryć się może jakaś quasigenialna metoda.
Wspięliśmy się z powrotem po drabince i odlecieliśmy wzdłuż rzeki by osobiście przywrócić nadzieję na oczekiwany występ Xaqua dyrektorowi artystycznemu festiwalu, niejakiemu Miguelowi. Łanow przez całą drogę szkicował w swoim notatniku poszlaki hipotezy, w której zasadność trudno było mi uwierzyć

-Ależ te ryby są pod ochroną, po co mieliby je zabijać, przecież wydaliśmy fortunę na helikopter- odparł załamany Miguel, kiedy opowiedzieliśmy mu o pozostawionej przez Indian wskazówce.
-Być może chodziło o rodzaj magicznej transmutacji- Łanow pokazał dyrektorowi swoje szkice, a ten przejrzał je z rozdziawioną buzią.
-Pozostaje nam jedynie zaufać ich deklaracji z kauczukowych węzełków- próbowałem go pocieszyć
-Na pewno napisali, że zdążą? Ich występ przenieśliśmy na pojutrze.
-Dosłowne tłumaczenie ich Kipu brzmi "Będziemy na czas"
-Tego się obawiałem, dla nich "czas" to pojęcie mistyczne, określają go jakimś strasznie skomplikowanym algorytmem uwzględniającym liczbę uderzeń serca i ruchów kończyn, w dodatku odnoszącym się do różnych gatunków zwierząt. Wiecie co zrobił ich wódz, kiedy mój tłumacz podarował mu nakręcany zegarek?
-Pewnie się z niego ucieszył-odgadł Łanow
-I to jak, śmiał się jak wariat, cała wioska dyskutowała potem nad obnażonym mechanizmem sprężynowo zębatkowym, ale przedtem wódz wyjął wskazówki i wygiął je na haczyki do wędkowania, bo oni lubią wędkować jak my, z tym że zamiast wędki naprężają całe ukorzenione drzewa przybrzeżne i stąd pewnie siła do łowienia takich gigantów jak Arapaima. Xaqua to przedziwne plemię prymitywnych naukowców, którzy w dupach mają zasady cywilizowanego świata, i to coraz głębiej, bo się wzbogacili na tym opium dla ryb.
-Piscofilinie
-Dokładnie. Bez ich występu ten festiwal i całe miasto zaliczy największą klapę od czasu utraty monopolu na uprawę kauczuku.-W oczach Miguela pojawiły się łzy
-Wie pan o czym miał być ich spektakl?
-Tak, o czasie właśnie, o tęsknocie za ich mitycznym wężem jakimś, o szaleństwie różnych gatunków wywołanym brakiem jednej ukochanej kluczowej istoty, taka kolektywna tragedia miłosna, tyle wiem, miało być tanecznie, kolorowo i metafizycznie do cholery, a jest...-Miguel desperacko chwycił się szkiców Łanowa- Naprawdę myślicie, że przypłyną w taki sposób?
-Jeśli pojęli mechanizm zegarka to równie dobrze mogli sklecić takie cudo z kauczuku i ości
Wszyscy pochyliliśmy się nad rysunkami. Palce na kartce wskazywały czas płynący sercem.





 




środa, 18 czerwca 2014

Scenariusz cz.1

SCENA 1

Duży jasny pokój, krzesło, za oknem ogród, na krześle siada 10-letnia dziewczynka Eureka. Kamera z ręki skierowana na nią, trzyma ją 30-letni mężczyzna Władek.

Władek:
Jesteś gotowa?

Eureka:
Zależy na co?

Władek:
Na parę prostych pytań, ludzie, wielu ludzi chciałoby
usłyszeć o twoich osiągnięciach, 

Eureka
Aha, no to jestem gotowa

Władek
Świetnie, to może najpierw się przedstaw, jak się nazywasz,
ile masz lat, powiedz coś o sobie po prostu

Eureka
(zastanawia się chwilę)
Nie, słyszałeś o ochronie danych osobowych?
proszę o następne pytanie

Władek
Kurczę, serio nic o sobie nie powiesz?

Eureka
Kurczę serio, kurczę twój wywiad o zbędny wstęp,
zadawaj pytanie

Władek
W takim razie powiedz o tym co odkryłaś, o swojej teorii
na temat...Świata

Eureka
(gwiżdże i kiwa przecząco głową)
Nie ma takiej opcji, to są sprawy ściśle tajne
(kładzie palec na ustach)

Władek
Nie wierzę....czy jest coś w takim razie, o czym możesz
powiedzieć? teraz przed kamerą

Eureka
(ssie palec, zastanawia się, po chwili wyciąga palec z ust i unosi w górę)
Mogę zaśpiewać!

Władek
Super

Eureka
Skomponowałam tylko pięć taktów, ale za to ważnych

Przy ścianie stoi pianino elektroniczne Eureka wstaje z krzesła i siada przy pianinie, gra melodię 

Eureka
(śpiewa)
Gdy wywołasz imię Sedna
Cały świat ta bajka zjedna
(zdejmuje dłonie z klawiszy)

Władek
To już koniec?

Eureka
(radośnie)
Nie, to początek!

Eureka zakrywa dłońmi obiektyw kamery, przez moment widać jakieś napisy na jej palcach

Czarny ekran, pojawia się tytuł: "ANTROPOMORFIA"


SCENA 2

Las, kamera w ruchu, widok z perspektywy psa biegnącego przez zarośla, słychać sapanie. Pies zatrzymuje się przy brzegu rzeki i patrzy na wbitą w piach tylną połowę przeciętej ryby (ogon), pies wyje.

Ciemna sypialnia, ledwo uchylone żaluzje. Nagle ze snu zrywa się do siadu 35-letni Liam, obok leży 25-letnia Gabriela

Gabriela 
Waking up doesn't have to be so sudden, you know?

Liam
Sorry love, just a weird dream

Gabriela
All dreams are weird except for the strange ones

Liam
I was a dog, and i found this fish tail sticking out
of the ground on a river bank, any idea what it ment?

Gabriela
Obviously the fish chose to dive too far out

Liam
Too far out you recon?

Liam odwraca się do Gabrieli i dłonią trafia w czerwoną plamę na prześcieradle

Liam
Fuck! Is it your period? Cause if it is, there's a lot of it

Gabriela
 No dear, you just fell asleep with a bottle of Merlot in your hand

Liam wyciąga pustą butelkę po winie spod kołdry

Liam
Sorry love, I'll put it in the laundry, get up

Gabriela wstaje z łóżka owinięta kołdrą, Liam wpatruje się w plamę, staje na łóżku, przechyla głowę próbując dostrzec coś w plamie

Gabriela
Do you want me to interpret your painting?

Liam
Sure, I can't find a proper word to describe it yet

Gabriela wchodzi na łóżko i wystającą spod kołdry dłonią wskazuje prześcieradło

Gabriela
First you have to notice the traces of our bodies
 imprinted on the sides of the sheet, and then perceive
the shape of the stain as a representation of the mutual
relationship between us

Liam
All right, so what does it represent then?

Gabriela
Monstrosity

Liam
I love your romantic point of view,
you know what i did after finding the fish?

Gabriela
You hauled

Liam
Auuuu
(hauls)

Gabriela
  Better start packing, or you'll miss your flight

Liam
Auuuu
(hauls)

SCENA 4

Lotnisko Chopina. Ląduje samolot. Liam ubrany w płaszcz wojskowy idzie przez hall lotniska i wykonuje telefon, w tle samoloty,

Liam
Hello
...
it's me, Liam Rogers
I can't believe you deleted my number
...
Not welcome?
...
Well, this time I'll have something really special
...
, I know I screwed up, but it was a year ago, it's time to forget, c'mon
...
Yes, I admit, I've made up some bits of the story, 
but eventually it was your choice to print it
....
(oddala telefon od ucha na moment)
All right, now calm down and listen to this
I've just landed in Warsaw
...
Not a war zone, Warsaw in Poland
I've arranged an exclusive interview with a 10-year old genius
who came up with an idea, which  changes completly
the way scientists explain life on this planet
...
It's a girl
...
Not yet
...
To tell you, that you'll be charged for my hotel room
...
Yes way, I love you too, bye bye
(odkłada słuchawkę)
greedy scum

Liam wychodzi z kadru z napisem "welcome/witamy"

SCENA 4
 Na czarnym ekranie tytuł "rozdział pierwszy: GOŚĆ"

Pokój, na barłogu w ubraniach śpią Władek i Maria, na ścianie wisi mapa Warszawy, na stole leży mapa Europy. Słychać sygnał przychodzącego esemesa, Maria budzi się, podnosi telefon, czyta esemesa

Maria
Wstawaj, gość przyleciał

Maria wstaje z bólem głowy, idzie do kuchni, napełnia szklankę wodą z kranu, wraca do pokoju, kładzie szklankę na mapie Europy, na Morzu Północnym, chwyta palcami plastikowego żołnierzyka stojącego na Londynie i przenosi go na Warszawę, podnosi szklankę do ust, smakuje wody, wykrzywia się z niesmakiem, podnosi szklankę i patrzy na mętną wodę, zbliża się do śpiącego Władka i wylewa mu na głowę zawartość szklanki. Władek budzi się  i podnosi z barłogu.

Władek
Przyleciał?

Maria potakuje i patrzy na plan Warszawy wiszący na ścianie. Władek wstaje, zdejmuje ze ściany plan, podchodzi do stołu, podnosi żołnierzyka, przykrywa Europę Warszawą i stawia żołnieżyka na Okęciu.

Maria
Obczaj który wybrał hotel, ja idę poszukać instrukcji

Maria wychodzi w budynku, rozgląda się, liczy kroki, w końcu dociera do drzewa i znajduje liść z zapisaną wiadomością, czyta ją, dziecinną kaligrafią napisane jest "NA DRUGI BRZEG"

Maria
No dobra, skoro szanowna Pani sobie tego życzy

Maria zrywa liść i wraca do budynku.

SCENA 5

Autobus. Lian siedzi przy oknie jadącego autobusu, wyciąga marker i na szybie rysuje trupią czaszkę, skrzyżowane kości i litery L i R. Przygląda mu się Ziomek, Liam go zauważa i zwraca się do niego

Liam
That's my tag, the Jolly Roger, 
I'm a pirate journalist

Ziomek potakuje i pokazuje Liamowi środkowy palec, na nadgarstku ma zegarek wskazówkowy, stuka palcem drugiej dłoni w jego tarczę i mówi

Ziomek
Nie zabijaj czasu z tarczy (starczy)

Liam krzywi się obrażony, wysiada z autobusu i za szybą krzyżuje ręce wystawiając po dwa palce (brytyjskie "fuck you") wpisuje się sylwetką w narysowaną uprzednio czaszkę. Ziomek też wysiada z autobusu i śledzi Liama do hotelu Mariott, potem dzwoni przez telefon.

SCENA 6

Pokój Władak i Marii. Władek przy telefonie

Władek
Rozumiem, dzięki
(odkłada słuchawkę)
Mariott

Maria przestawia żołnierzyka z okęcia na hotel Mariott

Maria
Musi być nadziany skoro go stać

Władek
To jest pismak światowej sławy, 
Mała sama go namierzyła

Maria
Dlaczego akurat on?

Władek
Rok temu an łamach jakiegoś brukowca
pisał o wojnie między amerykanami i arabami
Nazwiska arabskich przywódców
Mubarak w Egipcie, Hussein w Iraku i
Osama Bin Laden z Arabii Saudyjskiej
porównał z amerykańskimi
Barack Hussein Obama i Binden
i doszukał się w tym globalnego spisku

Imiona przywódców pojawiają się na ekranie wykazując wzajemne podobieństwo

Maria
Odważne, zdaje się, że Mała się w końcu przełamała

Władek
Po czym wnosisz?

Maria
Jak jest po angielsku "liście z wiadomością"
(podnosi liść)

Władek
Leaves with a message
że niby nasz gość opuści Warszawę z artykułem?
To nie jest wcale oczywiste, chociaż wszystkim by się opłaciło

Maria
Mnie osobiście przeraża teoria Małej
upraszcza tajemnicę bytu

Władek
Taki jest jej cel

Maria
Cel
(patrzy na plan Warszawy)
Akurat po drodze, daj mi jego numer, 
i zawiadom Zochę

Władek siada przed komputerem i podaje Marii telefon

Władek
Już wykręcony

Maria
(czeka aż Liam odbierze)
Liam Rogers?
...
If you want the interview, you have to reach the goal
with a white teddy bear
 in thirty minutes
(odkłada słuchawkę)

Władek
Myślisz, że skuma?

Maria
Jak nie skuma, to znaczy, że się nie nadaje
co z Zochą?

Władek
zaraz wysyłam

Maria
No to zaczynamy

SCENA 7

Gabinet Zofii. Trwa sesja psychoterapeutyczna. Klientka Zofii opowiada

Klientka
Wyrzucił mnie za burtę
żeby nauczyć pływać, na środku jeziora
prawie się utopiłam, a on do mnie
"machaj rękoma i nogami", 
myślę, że właśnie od tamtej chwili boję się ojca

Zofia dostaje smsa

Zofia
Chwila
(czyta smsa)
Niestety musimy skończyć na dziś
mija 27 minuta, czyli 54% 50-minutowego spotkania
należy się więc 54 złote
proszę wybrać się z ojcem na ryby i porozmawiać
o swoich odczuciach odnośnie tamtej traumy

Klientka podaje Zofii pieniądze

Klientka
Ale ja w życiu nie wsiądę z nim do łódki

SCENA 8

Przed hotelem Mariott/ pokój Władka i Marii. Liam przesuwa na tablecie mapę Warszawy, wpisuje słowo

Liam
za-baw-ki
perfect,
(naciska "record voice message" na tablecie)
Warsaw, May 31st, 12:28, 
I'm at the crossing of John Paul's and Jerusalem Alleys
just received a phone call from a female related to the girl
setting up an appointment at "the goal", a riddle easy to solve
I have to bring a polar teddy bear, a gift for the child maybe?
(wyłącza nagrywanie)

Maria maluje główkę żołnierzyka na czerwono lakierem do paznokci.

 Maria
Wiesz za co lubię Małą?
Liam zakłada czerwoną czapkę.

Maria przywiązuje do nóżki żołnierzyka czerwoną nić.

Maria
Za to, że pomimo tej głupiej teorii, 
przepraszam, mądrej teorii, idei
pomimo jej nadzwyczajnej świadomości
pozostała dzieckiem

Liam zawiązuje but.


 Maria
A ja dzięki temu świetnie się bawię
 
Maria odgryza końcówkę nici.

 Liam energicznie odrywa kawałek sznurowadła,

 Liam
Damn!

Urwane sznurowadło zdaje się krwawić, skapuje z niego czerwona kropla, Liam włącza nagrywanie

Liam
I'm witnessing an inexplicable phenomenon:
My torn shoelace is bleeding
Conclusion: no more pills for today

Maria wiedzie palcem wzdłuż nici i jej drugi koniec przywiązuje do wskazówki minutowej zegara, tak że jej ruch ciągnie żołnierzyka wzdłuż Aleii Jerozolimskich, w stronę ronda De Gaulle'a


Maria
Boję się, że ten Anglik to nasza
ostatnia partyjka, koniec zabawy,
że Mała pójdzie w świat głosić
dobrą nowinę a my zostaniemy na lodzie,
który się pod nami załamie od ciężaru
egzystencjalnej pustki

Władek
Jasne, jak Eskimosi, którzy połknęli wieloryba
Skup się na grze, zamiast antycypować podróż
na biegun depresji, albo umów się na sesję u Zochy

Maria
Daj spokój, 
ta cała planeta cierpi na chorobę dwubiegunową
na półroczne noce i dni polarne
Jeśli zaś chodzi o Zochę, to
założę się, że będzie wspierać Anglika

Władek
A ty pewnie chcesz mu przeszkodzić?

Maria
Chyba nawet za wszelką cenę

Liam idzie ulicą zgodnie z ruchem żołnierzyka












wtorek, 6 maja 2014

zdarzycie się,

Zda życie się dziwem
 -Siedzi we mnie najpewniej nasz zawiązujący się współczłowiek jeszcze wielkości bobu.
+Bobas? No wiem,  od trzech miechów się nadyma, bo przyznam, że wtedy szkoda mi było floty na gumkę
- Czyli wiesz, że już na starcie jest za późno
+Klawo ujęte moja Drogo,  mawia się też, że trudniej założyć dom niż kondom,
-Istotnie, pamiętam jak tamtej nocy przyniosłeś podejrzanie za dużo cukierków, i wciskałeś, że na wszystko styknęło, a ja głupia nago wchłonęłam cię płodna,
+Mówisz, że wchłonęłaś ciepło dna? Może ono jest źródłem tej konwekcji, która w górę pcha lekko popadłych w najgłębsze rowy oceaniczne gdzieś na stykach pożerających się płyt kontynentalnych. W tych gorących źródłach skleciło się podobno pierwsze życie. A co jeśli ludzie też się mnożą właśnie w desperackim ciśnieniu co im gałki oczne ugniata w krótkowidma, albo brzuchem zwiększają wyporność ciała, żeby łatwiej wypłynąć, a wszystko dla potomstwa, które wynosi ponad?
- Ponad garść miedziaków ze świnki wyniosła cena tego zajścia, oj stromo panie Słodki liczymy się w tym dołku zatęchłym
+Kiedy to tylko płytki rów melioracyjny, widzisz, sama się wygrzebujesz bez podsadzania, a dokąd to?
- Idę nazbierać witamin póki darmowe, i w życiu nie tknę twoich cukierków próchnych łamizębów
+Lepiej zostaw to sczere-śnione drzewo, owoce należą do szpaków, poczekaj aż koło raz dwa naprawię
-Ty naprawdę myślisz, że nasz rower wpadł do rowu, tylko dlatego, że oba podobnie się nazywają?
+Literalna konieczność, oczywiście, jest nawet takie porzekadło: zagapiony w bliskim słowie szlak zakończy rower w rowie, to działa tak jak kuracja rosołem z kury, czy sos sosnowy. A wszystko dlatego że każdy los zwyczajnie wykłada się na języku jak wstrząśnięta garść homeopatycznych tabletek od wszystkiego.
-Dla mnie taki prostacki logopogląd jest nie do przełknięcia, płytkie to jak prawie prawda
+Cóż, masz wolność wyznania, ale słuchaj, jak ty to robisz, ze nawet szpaki cię lubią, co, Drogo? Powiesz?
-Prosto, nie staram się jak ty przyprawiać sobie dziobu, byle je tylko wychujać na pestki. Ty takiej szczerości się raczej nie nauczysz, skoro nie kąsasz nawet kompozycji zębatek na piaście.
+Ja się z łańcuchem siłuje, a nie z przerzutkami, zdaje się, że ogniwa ustawiły się w złej kolejności
-No proszę, z łańcuchem się siłuje, jak jakiś niewolnik uświęconej reguły, który przerzuca ponad czasami skrojoną wedle własnego patentu kość zgody na byle wynik, zawsze tak pewny, że aż oczka wypadają ze zdziwienia, a szczegóły doczytać można ciurkiem ze słownika. Słodki mechanik losu i jego uniwersalne narzędzia. Czy to przypadkiem nie najprawdziwsze koło Dharmy kryje się między widełkami tego roweru, i stąd ta mozolna nawijka ciążących nam czasów?
+Możliwe, że z tyłu, to napędowe, stąd te wszystkie powkręcane kłaki z parkowej przędzalni, siostry widać wywalają  to co się zmechaci na wrzecionie,  zetrze skalę z miarki, czy stępi nożyce
-Zwinąłeś te paprochy chociaż w przyzwoity kłębuch ?
+A jak ci go dam to wybaczysz mi tę drobną koncepcję?
-Wybaczę ale na przyszłość primo: koniec twojego zaklinania w rodzaju "Nie budź mnie, bo niebu ćmię", żeby tylko uzasadnić dzikie lulanie się nimbami jak cyklon oszalały, i secundo: panie Słodki, dość kierowania z odkażonym gardłem na miłość gorzką
+Niech będzie wola twoja, ale ten wypadek to nie wina, jeśli nie współbrzmienie, to raczej siła wyższa, zawirowania jakiejś podłej fortuny cisnącej przednią dętkę na przekór kierownicy.
-Oj dawaj kłębuch, zamiast w kółko Pi er do liczb urojonych podkręcać 
+Weź go Drogo na znak pierwszeństwa twojego dla mnie, a  rowerem jakoś się potoczymy, tylko zamiast zwichniętych pedałów pociągnie nas żagiel twojej parasolki, bo wiatry wieją akurat w obiecujące strony
-Ale miękki kłębuch, ugniotę go na twoje podobieństwo, żeby małe miało co tulić na wszelki
+Ależ ja sam utulę, tylko daj mi czereśnię
-Nie dam, szpaki zabroniły

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

katapiorka

Minęło osiem lat od wprowadzenia surowego zakazu polowania na rosomaki sinonose. Mój bliski znajomy Kraswald był w tamtym czasie jednym z przywódców ekowyzwoleńczego ruchu znaturzałych włochatych hipisów domagających się zaprzestania bezpardonowej rzezi tych cennych istot leśnych. Z telewizji pamiętam jeszcze ten tłum rozsierdzonych manifestantów oblegający budynek Departamentu Mięsa, Skór i Kości. Mieli pomalowane nosy na sino i krzyczeli jednym głosem: "Wszyscy jesteśmy rosomakami". Rząd ugiął się pod żądaniami protestujących, kiedy badania naukowe wykazały, że noszenie futer tych zwierząt wywołuje chroniczną depresję.  Jako że możni tego kraju nie mogli dłużej znosić chandrycznego zachowania swoich żon, które upodobały sobie ten luksusowy rodzaj odzienia, uchwalono stosowną poprawkę do ustawy o służebności królestwa zwierząt wobec społeczeństwa ludzi, a rosomaki sinonose odetchnęły z ulgą.

Niedawno odwiedziłem Kraswalda w jego zacisznej pustelni na skraju puszczy, by ukryć się tam przed konsekwencjami burzliwych wydarzeń, których doświadczyłem ostatnio na łonie cywilizacji. Kumpel przyjął mnie godnie jak na specyficzne warunki, w których mieszkał, zaserwował gulasz z suszonych smardzy i wyłuskanych nasion jodły, a na deser dał listek Belladonny do żucia, trucizny, która w niewielkich ilościach pomaga podobno zachować jasność umysłu. Po posiłku postawił na drewnianym stole ogarek symbolizujący jego szałas i z igieł sosny ułożył mapę najbliższej okolicy, strużką wody oznaczając leśny potok.
Kraswald: Słuchaj stary, możesz tu zostać nawet tydzień, kontempluj ile wlezie, drzewa, runo, niebo, co tam sobie chcesz, ale musisz uważać na rosomaki. Będą cię tolerować na swoim terytorium, o ile zastosujesz się do następujących zasad: Jeśli spacerujesz, to tylko wzdłuż tych czterech ścieżek i nigdy nie chodź w górę potoku, a kiedy zobaczysz rosomaka, stań w bezruchu i podnieś głowę, tak, by go nie widzieć, to bardzo wstydliwe stworzenia, a w ten sposób unikniesz nietaktownej sytuacji. I jeszcze jedno, zanim gdziekolwiek wyjdziesz, wszelkie metalowe przedmioty, klucze, długopisy, monety musisz zostawić tutaj.
Ja: Dlaczego?
Kraswald: Gulo hyacinthoosis  charakteryzuje się genetycznie wpisanym upodobaniem do wszelkich metali. Jest to słabość wykorzystywana niegdyś przez myśliwych i kłusowników, bo w sidłach nie potrzebna jest nawet przynęta, by schwytać rosomaka, a sama obecność strzelby skłania go do opuszczenia kryjówki. Dzięki nietypowemu metabolizmowi, mikroelementy metaliczne w znacznej części odkładane są w szczytowym odcinku ich sinych nosów, formując rodzaj niezwykle czułego detektora magnetycznego. Ponadto jest to prawdopodobnie jedyny poza człowiekiem gatunek trudniący się prymitywną formą metalurgii. Nie będę ci opowiadał o Katapiorce, bo temat jest złożony i obłożony...klauzulą tajności, jedyne co musisz pamiętać to to żeby pod żadnym pozorem nie zbliżać się do tego miejsca.
Kraswald usypał w pobliżu mokrej strużki małą kupkę ze szczypty piasku.
Ja: Zaraz, zaraz, stary, o czym ty mówisz? Zgoda, mogę nie nie zbliżać do "tego miejsca", ale rosomacza metalurgia? Jaka klauzula tajności? Człowieku, nie ma opcji, że się nie dowiem czym jest ta Katapiorka
Kraswald: Nie powiem ci. Uzgodniłem to ze starszyzną stada i obiecałem nikomu nie powtarzać. Musisz wiedzieć, że cieszę się szacunkiem wśród rosomaków z uwagi na moje zasługi, ale takiej zdrady nigdy by mi nie wybaczyły. Raz w życiu widziałem Katapiorkę, tuż po zatwierdzeniu zakazu polowań dostąpiłem tego zaszczytu, nie dotknąłem jej nawet, za to poprzysiągłem im, że nie dopuszczę by tknięto ją ludzką ręką. Czy ty rozumiesz takie pojęcie jak świętość? Niech sobie ludzie bez skrupułów szargają swoje obiekty kultu, bo mają ich mnóstwo, ale Katapiorka jest jedna i wara od niej tobie i któremukolwiek z ludzi!
Ja: Przyznam drogi Kraswaldzie, że twoje emocje nie pomagają w zachowaniu tajemnicy, właśnie powiedziałeś mi że to obiekt kultu, a wcześniej zasugerowałeś nawet gdzie się znajduje, słabo.
Kraswald: Właśnie zdałem sobie z tego sprawę, to przez moją odzwyczajoną od ludzkiej mowy gębę, która się przez ciebie rozwolniła i sra poufnościami gdzie popadnie! Jutro nie będę się do ciebie odzywał w ogóle, za to żuł będę piołun przez cały dzień, w ramach autopokuty. A ty mądralo nie myśl nawet o szukaniu Katapiorki, bo rosomaki rozszarpią cię na wióry, jeśli spróbujesz.
Ja: Ani mi się śni przyjacielu, zaspokoiłeś już moją ciekawość, a sekret pozostanie bezpieczny w naszych głowach, przysięgam, że zachowam się nader dyskretnie i nie sprawię kłopotu ani im, ani tobie.
 Kraswald uściskał mnie serdecznie na znak zaufania, a ja już obmyślałem świętokradczy plan zdobycia tego enigmatycznego skarb.

Z rana następnego dnia wyszedłem na łąkę po parę makówek, z których ugotowałem Kraswaldowi zupę. Była doprawiona bukietem innego zielska, więc nie rozpoznał jej składu, bo i tak się do mnie nie odezwał. Po godzinie już smacznie chrapał, a ja udałem się nad brzeg potoku. Szedłem powoli, ledwie ugniatając poszycie, aż moim oczom ukazały się migoczące odbitym słońcem wody leśnego strumienia. Z rozpędu przeskoczyłem na drugi brzeg i skierowałem się w górę biegu, wbrew ostrzeżeniu przyjaciela. Po chwili z wody wynurzył się jeden okazały rosomak i groźnie warcząc zastąpił mi drogę. Z kieszeni wyciągnąłem jedną monetę i wrzuciłem do do wody, a rosomak natychmiast zanurkował w jej poszukiwaniu. Pomyślałem, że tą metodą będę odwracał uwagę wszystkich rosomaków, które mi się napatoczą w obronie swego największego sekretu, ale rzeczywistość miała skomplikować się dla mnie w sposób nadzwyczaj tragiczny. Po dojściu do pierwszej kaskady odbiłem w lewo od potoku i jakieś trzydzieści metrów dalej ujrzałem na środku polanki kopiec wielkości dużego mrowiska. Kiedy kucnąłem przy kopcu, krzaki otaczające polanę poruszyły się, a gdy zacząłem odgarniać dłonią ziemię usłyszałem nerwowe odgłosy "ktpirrrk!, ktpirrrk!" i zrozumiałem, że rosomaki szykują się do zmasowanego ataku na mnie. Streszczając ruchy dokopałem się po chwili do czegoś twardego i po odsłonięciu warstwy piachu, moim oczom ukazała się Katapiorka. Była wygnieciona głównie z ołowiu, jakby zębami uformowana w wielce dygresyjny kształt. Miała wielkość niemowlęcia i była zdecydowanie zbyt ciężka, bym mógł z nią uciec. Pośród wielu na pozór chaotycznie powyginanych wypustek sterczały inne inkrustowane metale w postaci sztućców i gwoździ i bizuterii. Wyobraziłem sobie, ze te stworzenia musiały o wielu lat zbierać z lasu kule i śrut myśliwski, by móc uformować tak duży obiekt. Podręczną lupą zbliżyłem centralną część artefaktu, by odkryć prawdziwe jego przeznaczenie. Obok rękojeści siedemnastowiecznego sztyletu ołowiana powierzchnia nakłuta była ostrymi kłami, niby jaskiniami miniaturowymi, a nakreślone tam kształty zwróciły moją uwagę. Były to paromilimetrowe rosomaki tworzące rodzaj drzewa genealogicznego, rozprzestrzeniające się jego gałęzie sugerowały  powiększanie się populacji, dalej widniały sceny polowań na sarny, potyczki z borsukami i dzikami, scena burzenia bobrowej tamy i konfrontacja z ludźmi uzbrojonymi w szable i kartacze. Broń metalowa została głębiej wyryta w tej swoistej kronice gatunku, zapewne w celu podkreślenia jej ogromnej wagi dla sinonosych drapieżników. W miarę śledzenia zapisanej na lśniącej powierzchni historii zauważyłem zmiany w stylu tworzenia rycin, korelujące zapewne z kolejnymi pokoleniami artystów kronikarzy. Doszedłem do czasów, w których rosomaki pojawiały się rzadziej niż ludzie, a wgniecione monety i sceny obdzierania zwierząt ze skóry symbolizowały smutną epokę, w której dla futrzanej mamony zgładzono ich tysiące. Kiedy docierałem do współczesności kilkanaście rosomaków ociekających pianą z pysków otoczyło mnie, a jeden największy trzymał w łapie mały dzwoneczek, jakby czekając na moment, w którym skończę, by dać sygnał do ataku. Mimo, że rozrzucane w koło garści monet przestały odwracać ich nieprzekupną uwagę, to jednak głęboko wierzyłem, że cudem jakimś uda mi się ujść cało z tej afery, wzbogacając moją pamięć o bezcenną tajemnicę Katapiorki. W miejscu odzwierciedlającym objęcie ochroną tych ginących istot, widniał złoty kolczyk w kształcie małej sześciennej kostki do gry, a dalej doszukałem się profilu Kraswalda ściskającego łapę uśmiechniętego przedstawiciela starszyzny stada. Kolejne lata obrazował radosny taniec rosomaków wokół kopca kryjącego ich skarb. Dalej umieszczona została srebrna łyżka, w której wklęsłym zwierciadle ujrzałem odwrotność własnego obicia. "Złoty wiek się skończył"-pomyślałem, słysząc bicie dzwoneczka znaczącego mój marny los. Kąsały i drapały niemiłosiernie, drogo płaciłem skórą i mięsem za świętokradczą ciekawość, wściekłe "ktpirrrk! ktpirrrk!" ogłuszało mnie zewsząd, a moja krew barwiła ich sine nosy. Dopiero nad brzegiem strumienia zdjąłem z szyi sznurek z zawieszonymi na nim kluczami do mieszkania i oddałem im w geście desperackiej prośby o litość. Największy rosomak znowu zadzwonił, by reszta ode mnie odstąpiła, chwycił klucze w zęby i pokiwał na mnie wskazującym pazurem. Wycieńczony utratą posoki runąłem z chlupotem w toń i popłynąłem z nurtem ku ocaleniu. Zimna woda musiała skurczyć światło rozszarpanych naczyń krwionośnych, więc na szczęście się nie wykrwawiłem. Przez tydzień spływałem coraz szerszymi rzekami, aż złapałem się w sieci rybackie na pełnym morzu. Rybacy udzielili mi pierwszej pomocy i odstawili do szpitala portowego. Po dwóch miesiącach rekonwalescencji wróciłem do domu, w drzwiach brakowało klamki i zamka, a kiedy wszedłem do środka, pośród ogólnego bałaganu nie dostrzegłem ani jednego metalowego przedmiotu. Położyłem się na rozszarpanym, pozbawionym sprężyn łóżku i na suficie ujrzałem wydrapany obraz przywódcy tamtego rozsierdzonego stada, który groził mi wymownym pazurem. Po wielu godzinach psychoterapii, mającej na celu przywrócenie mnie społeczeństwu, nie potrafiłem wyzbyć się dręczących wspomnień traumatycznych, podupadłem na zdrowiu i moralności, a ponadto zacząłem pić. Moja autopokuta w końcu zrobiła ze mnie lumpenproletariusza z sinym od przepicia nosem, bredzącego wciąż o Katapiorce i rosomakach. Zacząłem utrzymywać się ze zbiórki kolorowego złomu i tylko przed snem, gwoździem na kaloryferze odznaczałem zdarzenia zeszłych dni, by nie zapomnieć jakim zwierzęciem się stawałem.     




wtorek, 22 kwietnia 2014

zmiennocieplne zauroczenie

Zmęczony ucieczką postanowiłem odpocząć w pobliskim parku i  kwietniowym słońcem wysuszyć ściekający ze mnie pot . Kiedy z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie najskuteczniejsze sposoby opuszczenia miasta, usłyszałem wydane z bliska subtelne syknięcie. Kątem oka spostrzegłem wylegującą się obok na ławce, zwiniętą w wyrafinowany węzeł wężycę. Dzielił nas dystans wyciągniętej ręki i kilka gałęzi ewolucyjnego drzewa, ale kiedy spojrzała mi w oczy i łopotaniem swych przedziwnych powiek dała do zrozumienia, że syknęła właśnie do mnie, uświadomiłem sobie jak bardzo pożądam bliskości tej olśniewająco ślicznej istoty. Jej łuski błyszczały w słońcu co najmniej czterema barwami ułożonymi w tak biżuteryjny wzór, że cała zdawała się być klejnotem. Wzrokiem pogłaskałem jej przeciągające się ciało, zanim odważyłem się na wartą jej uwagi reakcję. Wystawiłem czubek języka spomiędzy zębów i szeptem zasyczałem jakiś intuicyjnie skomponowany gadzi nokturn, który doskonale wpisał się w czas horyzontem kryjący słońce karminowe jak szlak łusek wzdłuż jej grzbietu. Nasze głowy powoli zbliżały się do siebie w antycypacji spełnienia, na które czekaliśmy do zmroku, by ukryć łamiące tak wiele międzygatunkowych uprzedzeń, przymierze. Przedstawiła mi się jako Ssiisf zawierając w tym imieniu swoją amazońsko-kreolską aurę i choć moja wiedza reptiliologiczna była bardzo znikoma, to odgadłem, że jej gatunek musi być nadzwyczaj rzadki i cenny nie tylko subiektywnie.
-Powiedz mi mój drogi, gdzie ty się zaczynasz, a gdzie kończysz?-spytała Ssiisf przeciągając szumiącą końcówkę pytania- Bo, wiesz, z wami ludźmi bywa różnie, rozgałęzieni jesteście tak, że trudno ogarnąć, a jeszcze trudniej owinąć. Znałam takich, co liczyli się od ust do odbytu, a reszta służyła tylko tej funkcji przewlekania karmy przez siebie, ale są i tacy, którzy dodają sobie kończyny, a nawet włosy w ostatecznym rozrachunku, by znaczyć więcej conieco.
Stanąłem na palcach i uniosłem w górę ręce
-Zmierz mnie najdroższa w tej pozie poddańczej, którą przyjmuję względem ciebie z radością serca i śledziony. Mieszczę się między opuszkami u dołu i góry i tymi krawędziami ciała pragnę do ciebie docierać o damo najgiętsza.
-Opuść tylko pięty, będzie ci lżej, a ja nie będę się bać, że mnie zdepczesz i zmusisz do kąsania w odwecie, bo takie przypadki się już zdarzały odciskając wrogie piętno na stosunkach między naszymi rodzajami. Schlebia mi, że pragniesz mi się poddać, ale bardziej niż uległości potrzebuję opieki i zrozumienia. Możesz mnie dotykać, bo też to lubię, ale przede wszystkim obdaruj mnie ciepłem, bo po odejściu słońca tylko ty mi zostałeś  - Ssiifs zaczęła piąć się powoli po moim wywyższonym do granic ciele.-Zrozum, że my węże jesteśmy żywymi odcinkami krętej drogi i wiele przeszkód na niej stojących potrafimy przełknąć, ale nie wszystkie. Spójrz na kraniec mojego ogona, widzisz jaki jest poraniony? Nie zliczę ile razy żułam go i tarmosiłam w chwilach rozpaczy, kiedy przyszłość zdawała się kurczyć do zera i nawet perspektywa życia dla jaj nie bawiła mojej splecionej w beznadziejny supeł duszy. Czy potrafisz mnie pojąć bez uprzedzeń i litości?
-Wiem co czuję obgryzając do krwi paznokcie i skórki moich palców, i jaki ból towarzyszy zetknięciu końca z początkiem, więc zdaje mi się, że cię rozumiem i chcę ukoić twe cierpienia choćby za cenę...
-Nie galopuj tak mój miły, wystarczy na razie, że jesteś przy mnie tu i teraz. Wy posługujecie się krokami prąc w nieznane, brakuje wam naszej ciągłości nieskończenie małych i nieskończenie licznych kroczków, więc skłonni jesteście do drastycznych przechyłów ciężaru waszej istoty. Uważaj zatem gdzie stąpają twoje stopy i słowa by uniknąć jakiejś spektakularnej tragedii.
 Było dla mnie obojętnym, czy Ssiisf jest jadowita, czy tylko dusicielska, kiedy jej rozdwojony języczek musnął mnie w palec serdeczny, a potem w czubek nosa. Po chwili oplotła się wokół mojej ręki i wsunęła pod koszulę. W euforycznym zacisku szczęki syknąłem od jej łuskami muskania .Wiedziałem już, że gdziekolwiek pojadę, tam zabiorę ją ze sobą, urządzę najwygodniejsze terrarium, albo razem z nią w nim zamieszkam. Nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł sprostania naturze Ssiisf własnym ciałem i umysłem, by razem z nią wrócić do dżungli i wić się gąszczem przez resztę życia, ale była to dla mnie nader zwyczajna reakcja. Kiedy się zakochuję, to już tak mam, że rysuję przed sobą irracjonalne plany na przyszłość i zapominam o wszelkich granicach akceptowalnego zachowania, a w przypadku Ssiisf gotów byłem przekroczyć nawet granicę uwierającego mnie człowieczeństwa. Wzajemnie łaskotaliśmy się językami, kiedy podszedł do nas ten żebrak. Było już ciemno, więc chyba nie zauważył jak Ssiisf w popłochu schowała się do mojej kieszeni w spodniach.
-Czy mógłby pan podzielić się ze mną jakimiś drobnymi- spytał grzecznie, a ja zapałałem do niego niewytłumaczalnym gniewem. Miałem węża w kieszeni, więc nie chciałem wygrzebywać stamtąd portfela i tylko spojrzałem na niego nienawistnie, a on na to:
-Jestem głodny- i położył dłoń na brzuchu kłaniając się przy tym nieznacznie, a jednak błagalnie
"Ofiara"-pomyślałem, bo też byłem głodny, a może dlatego, że Ssiifs naprężyła się kreśląc końcem ogona jakiś tajemny znak na moim udzie. Zrozumiałem, że to ten moment, kiedy mężczyzna powinien dać świadectwo swojego męstwa, samczości i drapieżnej natury. Kiedy żebrak odwrócił się, skoczyłem mu do gardła i jakimś niepojętym cudem transmutacji, moje ciało owinęło się wokół niego. Pokąsałem go dotkliwie kilka razy w twarz, a ramiona zacisnąłem na szyi, żeby udusić. Moja kochanka wypełzła z kieszeni i ułożyła się wzdłuż mojego kręgosłupa, jakby wspierając przemianę, do której skłoniła mnie miłość, nic innego. Nie potrafiłem sobie wyobrazić Ssiifs jako mojej własności, maskotki, niewolnicy, dla której byłbym wywyższonym gatunkowo władcą, więc uwolniłem właściwe dla niej instynkty przeciwko marginalnie słabej jednostce rodzaju ludzkiego. Możecie mnie uznać za szaleńca, lub podłego zdrajcę ludzkości, ale ja  po prostu doznałem spontanicznego samozwężenia, a tego nie zrozumie nikt kto nie kochał gada, któremu zbędne są nawet kończyny. Patrol policyjny natknął się na tę scenę polowania, kiedy ręka półprzytomnego żebraka tkwiła po łokieć w moim przełyku. Psychiatra przekonywał mnie, że połknięcie człowieka w całości było niewykonalnym zamiarem i ja nawet mu wierzę, bo na tym między innymi polega wyższość Serpentes nad Homo. Siedzę teraz na oddziale i smakuję mądrości pierwszego węża, bo czytanie Biblii uchodzi tu o dziwo za dobre sprawowanie, tymczasem Ssiisf została pojmana przez strażników ogrodu zoologicznego, z którego uciekła poprzedniego dnia. Była zbyt krnąbrna, niezależna i łaknąca miłości by za grubą szybą budzić pusty podziw gapiów, więc podstępnie uwiodła pewnego strażnika, a ten ją wypuścił. Nie mam jej za złe kokieteryjnej natury, bo mógłbym dla niej zrzucić skórę i amputować sobie ręce i nogi, gdyby mnie o to poprosiła. Motywy niezgłębionego umysłu Ssiisf były jednak o wiele szlachetniejsze, słyszałem nawet, że winę za incydent z żebrakiem chciała wziąć na siebie, tłumacząc, że jestem tylko człowiekiem. Kochana, męczennica namiętnych zawiłości sssensssu.



środa, 16 kwietnia 2014

cegły i głazy

Matka pożegnała się ze mną na peronie i wsiadła do wagonu drugiej klasy. Kiedy pociąg ruszył, wychyliła się z okna i pomachała do mnie beżową chusteczką, na której wyhaftowany był popisowy moment pewnego środkowoafrykańskiego tańca ludowego. Szamański tancerz odżył na łopoczącej chusteczce gibając swym ciałem balansującym na czubku włóczni trzymanej przez jego partnerkę. Matka dużo podróżowała przywożąc z egzotycznych krajów kawałki zdobnej tkaniny do wycierania łez, których na pożegnanie zwykła wytaczać nadmierne ilości. Działo się to wskutek jakiejś dziedzicznej anomalii gałek ocznych, którymi spostrzegać potrafiła obiekty tak odległe, że zdawały się być tknięte jej wygiętymi wedle krzywizny planety wzrokowymi promieniami, sięgającymi poza linię horyzontu. Zew przygody ciągnący moją matkę w dalekie krainy był dla niej swoistym przekleństwem, któremu jej duch poddawał się za każdym razem gdy przeczytała o jakimś miejscu artykuł ze zdjęciem w gazecie. Za zwyczaj były to miejsca tkwiące w jakichś tragicznych kryzysach, ale jej motywacją do ich odwiedzenia nie była bynajmniej chęć pomocy humanitarnej, lecz niepojęty imperatyw doświadczenia katastroficznego stanu wspólnie z tubylcami. Przez kilka nocy poprzedzających wycieczkę, dręczyły ją koszmary, a w przededniu wręczyła nam najnowszą wersję testamentu i długo tuliła, mocząc nasze plecy strumieniami ciepłych łez.Powiedziała wtedy:
Matka -Łzawię tak nie ze smutku, ale po to by zmyć z rogówki nawarstwiony filtr bezpieczeństwa i dobrobytu, przez który oglądałam świat od powrotu z mojej ostatniej podróży do Ugandy. Wiecie przecież, że muszę ujrzeć rzeczy takie jakimi są naprawdę, by przełknąć niezbędną porcję cierpienia, którym karmią się teraz mieszkańcy Uttarakhandu. Sam bóg Shiva raczy wiedzieć ile życia i mienia zmiażdżyły tam okruchy erodujących Himalajów.
Los ukamienowanych przez górskie olbrzymy wstrząsnął matką tak jak niegdyś głody, powodzie, susze i epidemie w innych zakątkach okrutnego globu, spakowała więc apteczkę, parę sukienek, prowiant z suszonych cytryn i wyruszyła drogą kolejową do Indii. W przedziale jechała sama, więc miała dość czasu i przestrzeni, by prowadzić osobiste studium komparatystyczne mitologii hinduskiej i chińskiej, pragnąc na poziomie metafizycznym dociec przyczyn geologicznych przesileń wywołujących skalne lawiny na granicy tych dwóch najpotężniejszych krajów. Obwarowała się książkami, rycinami bóstw i diagramami przedstawiającymi struktury duchowych rzeczywistości obu kultur i zgłębiała ich tajemnice żując kęsy suszonych cytryn stanowiących wysokoenergetyczne paliwo dla jej organizmu. Doszukała się właśnie fragmentu, w którym podczas wspinania się na szczyt pewnej góry pod stopą Buddy osunął się kamień, kiedy usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi przedziałowej szafy. Zaznaczyła stronę służącym jako zakładka spreparowanym motylem i ostrożnym krokiem zbliżyła się do szafy. Zajrzała przez szparę w jej ciemny środek i zobaczyła błysk ludzkiego oka. Z wnętrza wydobywał się zapach nieświeżego mięsa, więc szeptem zapytała ukrywającego się tam mężczyznę:
Matka -Żyje pan?
Trup -Nie żyję, i to już od pięćdziesiątego drugiego roku. Tkwię w tej szafie, bo ludzie brzydzą się mnie gdziekolwiek przenieść, a że jest tu chłodno i sucho to całkiem nieźle się trzymam.
Trup był dość gruby, ale pomarszczony, emanował popielatym cieniem i minę miał jakby przepraszał, że przeszkadza mimo swojej martwoty.
Matka -A co pana uśmierciło? Pytam, bo interesują mnie wszelkie przyczyny zgonów i tym podobnych tragedii.
Trup -To był wypadek na budowie miejskiego domu kultury. Kolega upuścił cegłę z siódmego piętra, a ta rozbiła mi czaszkę. Potem chciał przewieźć moje zwłoki na pogrzeb do rodzinnego miasta, ale z żalu właśnie w tym przedziale zaczął chlać bimber z mirabelek i chlał tak aż po prostu wysiadł zapominając o całej sprawie. Pociąg przekroczył od tamtej chwili wiele granic a ja w nim przemierzyłem miliony kilometrów.
Na głowie trupa widoczne było prostokątne pęknięcie od upadłej cegły, a usta odzwierciedliły uśmiech mojej matki, którą ucieszyło tak nietypowe towarzystwo.
Matka -Nigdy jeszcze nie rozmawiałam ze zmarłymi, a zdaje mi się, że to cenne doświadczenie. Pan pozwoli, że pana trochę przesunę, chciałabym się zmieścić w tej szafie choć na chwilę.
 Wiedząc, że w każdej chwili ktoś gdzieś opuszcza świat żywych, matka wcisnęła się obok trupa, głęboko zaciągnęła płucami stęchłe powietrze i wstrzymała oddech, by poczuć się jak autentyczny nieboszczyk.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

smoke babelski

Wahaliśmy się na huśtawkach w północno-wschodnim przedmieściu Londynu. Kiedy skończyliśmy referować plany zagospodarowania kolejnych paru godzin liczonych w strefie czasowej Greenwich, naszym neuronom zaczęło brakować nikotyny. Wiola postanowiła wspiąć się na szczyt najwyższego w okolicy budynku, by stamtąd dostrzegać pojawiające się w okolicy dymy palonych papierosów. W razie wykrycia palacza zrzucała nam czekającym na dole kamyk z opisem miejsca palenia, lub drogi, którą przemieszczać się miał namierzany papieros. W takim układzie musieliśmy jedynie ułożyć możliwie najgrzeczniejszą formułę prośby o poczęstunek i skierować ją do hipotetycznego darczyńcy. Tego typu operacja musiała być wykonana bardzo szybko, ze względu na krótki czas spalania szluga, więc kiedy spadający kamyk znikał w krzakach, lub rozłupywał się o chodnik, szanse na powodzenie akcji malały do zera. W ciągu dwóch godzin udało nam się wyprosić jedynie  trzy papierosy, które niezwłocznie spaliliśmy, stając tym samym w obliczu gniewu złaknionej dymu Wioli, która zeszła na dół po nowe kamyki..
Wiola- Fuck you wankers, ja tam na górze męczę zmysły, żebyście wy sobie wszystko pospalali. Skoro wyżebraliście trzy fajki, trzeba było jedną dla mnie zostawić, to elementarna przyzwoitość nakazuje, nieprawdaż?
Ja- Jako rekompensatę mogę oddać ci mój egzemplarz książki "Cigarettes" traktującej o wszelkich przyczynach, metodach i konsekwencjach palenia. Znajdziesz tu smakowite grafiki dymu i przekrojów układu oddechowego, jest nawet rozdział poezji nikotynowej i kilkanaście stron przeznaczonych do skręcania mahory. Papier jest dostatecznie cienki, a ponadto wypełniony zdaniami doskonale nadającymi się do wdychania i wydychania np. "z ciągle powtarzanych błędów stylistycznych tłumacz się tylko w obcym języku", albo "należy cieszyć się choćby dlatego, że zamiast powietrza nie przyszło nam doświadczać betonu".
Wiola chwyciła książkę, położyła na chodniku i usiadła na niej z niesmaczną miną. Łajzer wykruszył resztkę tytoniu z ostatnich milimetrów niedopałka i posypał nim czubek swojego języka.
Łajzer- Ta metoda ze zrzucaniem kamieni jest niewspółmiernie do naszego zapotrzebowania niewydajna, powinniśmy porzucić ten przyczółek i ruszyć w miasto, a najpierw zatwierdzić pospolitą zmianę planu postępowania z czasem. Kto jest za?
Zagłosowaliśmy, ja i Łajzer byliśmy za. Wiola wstrzymała się tłumacząc, że bez faji w gębie nie będzie zastanawiać się nad słusznością zmiany. Dopiero gdy parę kroków dalej pojawił się podstarzały ciemnoskóry palacz, podeszła do niego i kłaniając się zapytała:
Wiola- Excuse me sir, woud you be so kind to offer me one of your cigarettes and save me from an extremly irritating nicotine hunger?
Murzyn wyciągnął papierosa z paczki, delikatnie zgiął go wokół palca w mały haczyk i podał Wioli, mówiąc: I hope you don't mind smoking a bend one
Wiola- Not at all, the tip of my nose needs warming up anyway.
Staruszek przez dłuższą chwilę przyglądał się z podnieceniem, jak Wiola tli zagiętą końcówkę peta tuż przy swoim nosie.
Łajzer- Podle sadyzujący zboczeniec, pewnie chce żeby Wiola się poparzyła
Wiola- A ja myślę, że to próba żartu odnoszącego się do naszej polskości, krzywiąc skurwił papierosa by sięgał do nosa, i o ten rym po polsku jedynie możliwy mu chodziło, am I right?
-Istotnie, taki właśnie był mój zamysł, - odparł murzyn nieskazitelną polszczyzną

poniedziałek, 10 lutego 2014

Luna cani deus est

Psy wyją w kierunku księżyca słowo Łuuuuuu czyli tylko pierwszą sylabę słowa Łuna -jednego z imion Księżyca, a czynią tak ponieważ całe słowo jest dla nich zbyt odległe i nieuchwytne. Analogicznie, używane przez ludzi słowo Jah jest pierwszą sylabą tetragramowego Jahwe-jednego z imion Boga

Psia sztuka sakralna w postaci wykopywanych w ziemi dołów, to nic innego jak właśnie próba odzwierciedlenia księżycowych kraterów. Uważa się że pies medytujący w wygrzebanym własnołapnie legowisku doświadcza namiastki księżycowej boskości na Ziemi
 
Władze radzieckie w ramach ideologicznej walki z wszelką religią wysłały na orbitę okołoziemską wywodzącą się z psiej biedoty towarzyszkę Łajkę. Miała ona za zadanie odwrócić uwagę zamieszkujących cały blok socjalistyczny psów i sobaczek od tradycyjnego Boga Łuny i skierować ją na siebie, krzewiąc tym samym nowy egalitarny kult Suki proletariuszki (którego prapoczątki według niektórych kynoteologów sięgają jeszcze czasów Wilczycy-matki Romulusa i Remusa) . Do dziś tysiące psów ateistów wyją w kierunku sztucznych satelitów słowo Łaaaaa jak Łajka, księżyc natomiast traktują jak obiekt dziwiący co najwyżej szczenięta, a nie jak boga któremu należy oddawać cześć. 
 
Chociaż ludzie świadomi ogromnego oddziaływania Księżyca na psy, trzymają je z dala od wszelkich sprowadzonych na Ziemię jego odłamków (zakazy wprowadzania psów obowiązują we wszystkich muzeach astronautyki i kosmonautyki) to wśród amerykańskiej społeczności psów rasowych żywa jest wciąż legenda o pewnym niezrównoważonym psychicznie psie o imieniu Loony należącym niegdyś do Alana Beana- astronauty z Teksasu, któremu przyszło w roku 1969 postawić stopę na Księżycu. Bean załapał się na lot Apollo 9 dzięki śmiertelnemu wypadkowi lotniczemu, któremu uległ jego poprzednik. Najstarsze teksańskie psy twierdzą, że ogarnięty księżycową obsesją Loony zniknął na parę dni przed feralnym wypadkiem, a tuż przed odlotem pracownicy służby naziemnej lotniska widzieli psa odpowiadającego jego rysopisowi, krzątającego się przy samolocie, który parę godzin później miał się rozbić. Kiedy Bean oznajmił rodzinie, że poleci na Księżyc, Loony zaczął wyć i wył bez przerwy przez tydzień aż do zdarcia strun głosowych. Bean najwyraźniej w końcu pojął istotę szaleństwa swojego psa, bo przemycił dla niego księżycową bryłkę wielkości piłki bejsbolowej, by ten mógł się nią nacieszyć. Jednak Loony tylko chwycił ten boski dar w swoje szczęki i chwilę potem przepadł na zawsze. Najbardziej prawdopodobna wersja końca jego historii to śmierć od zębów bezpańskiego gangu, którego boss skruszył księżycową bryłkę, a jej odłamki odsprzedał za karmę i suczki, na biżuterię dla rasowej elity z Hollywood. Są też takie psy, które utrzymują, że gdzieś na teksańskiej pustyni z dala od ludzi żyją jeszcze potomkowie Loony'ego strzegąc boskiej skałki przed pielgrzymującymi w tamte strony kojotami.