poniedziałek, 28 kwietnia 2014

katapiorka

Minęło osiem lat od wprowadzenia surowego zakazu polowania na rosomaki sinonose. Mój bliski znajomy Kraswald był w tamtym czasie jednym z przywódców ekowyzwoleńczego ruchu znaturzałych włochatych hipisów domagających się zaprzestania bezpardonowej rzezi tych cennych istot leśnych. Z telewizji pamiętam jeszcze ten tłum rozsierdzonych manifestantów oblegający budynek Departamentu Mięsa, Skór i Kości. Mieli pomalowane nosy na sino i krzyczeli jednym głosem: "Wszyscy jesteśmy rosomakami". Rząd ugiął się pod żądaniami protestujących, kiedy badania naukowe wykazały, że noszenie futer tych zwierząt wywołuje chroniczną depresję.  Jako że możni tego kraju nie mogli dłużej znosić chandrycznego zachowania swoich żon, które upodobały sobie ten luksusowy rodzaj odzienia, uchwalono stosowną poprawkę do ustawy o służebności królestwa zwierząt wobec społeczeństwa ludzi, a rosomaki sinonose odetchnęły z ulgą.

Niedawno odwiedziłem Kraswalda w jego zacisznej pustelni na skraju puszczy, by ukryć się tam przed konsekwencjami burzliwych wydarzeń, których doświadczyłem ostatnio na łonie cywilizacji. Kumpel przyjął mnie godnie jak na specyficzne warunki, w których mieszkał, zaserwował gulasz z suszonych smardzy i wyłuskanych nasion jodły, a na deser dał listek Belladonny do żucia, trucizny, która w niewielkich ilościach pomaga podobno zachować jasność umysłu. Po posiłku postawił na drewnianym stole ogarek symbolizujący jego szałas i z igieł sosny ułożył mapę najbliższej okolicy, strużką wody oznaczając leśny potok.
Kraswald: Słuchaj stary, możesz tu zostać nawet tydzień, kontempluj ile wlezie, drzewa, runo, niebo, co tam sobie chcesz, ale musisz uważać na rosomaki. Będą cię tolerować na swoim terytorium, o ile zastosujesz się do następujących zasad: Jeśli spacerujesz, to tylko wzdłuż tych czterech ścieżek i nigdy nie chodź w górę potoku, a kiedy zobaczysz rosomaka, stań w bezruchu i podnieś głowę, tak, by go nie widzieć, to bardzo wstydliwe stworzenia, a w ten sposób unikniesz nietaktownej sytuacji. I jeszcze jedno, zanim gdziekolwiek wyjdziesz, wszelkie metalowe przedmioty, klucze, długopisy, monety musisz zostawić tutaj.
Ja: Dlaczego?
Kraswald: Gulo hyacinthoosis  charakteryzuje się genetycznie wpisanym upodobaniem do wszelkich metali. Jest to słabość wykorzystywana niegdyś przez myśliwych i kłusowników, bo w sidłach nie potrzebna jest nawet przynęta, by schwytać rosomaka, a sama obecność strzelby skłania go do opuszczenia kryjówki. Dzięki nietypowemu metabolizmowi, mikroelementy metaliczne w znacznej części odkładane są w szczytowym odcinku ich sinych nosów, formując rodzaj niezwykle czułego detektora magnetycznego. Ponadto jest to prawdopodobnie jedyny poza człowiekiem gatunek trudniący się prymitywną formą metalurgii. Nie będę ci opowiadał o Katapiorce, bo temat jest złożony i obłożony...klauzulą tajności, jedyne co musisz pamiętać to to żeby pod żadnym pozorem nie zbliżać się do tego miejsca.
Kraswald usypał w pobliżu mokrej strużki małą kupkę ze szczypty piasku.
Ja: Zaraz, zaraz, stary, o czym ty mówisz? Zgoda, mogę nie nie zbliżać do "tego miejsca", ale rosomacza metalurgia? Jaka klauzula tajności? Człowieku, nie ma opcji, że się nie dowiem czym jest ta Katapiorka
Kraswald: Nie powiem ci. Uzgodniłem to ze starszyzną stada i obiecałem nikomu nie powtarzać. Musisz wiedzieć, że cieszę się szacunkiem wśród rosomaków z uwagi na moje zasługi, ale takiej zdrady nigdy by mi nie wybaczyły. Raz w życiu widziałem Katapiorkę, tuż po zatwierdzeniu zakazu polowań dostąpiłem tego zaszczytu, nie dotknąłem jej nawet, za to poprzysiągłem im, że nie dopuszczę by tknięto ją ludzką ręką. Czy ty rozumiesz takie pojęcie jak świętość? Niech sobie ludzie bez skrupułów szargają swoje obiekty kultu, bo mają ich mnóstwo, ale Katapiorka jest jedna i wara od niej tobie i któremukolwiek z ludzi!
Ja: Przyznam drogi Kraswaldzie, że twoje emocje nie pomagają w zachowaniu tajemnicy, właśnie powiedziałeś mi że to obiekt kultu, a wcześniej zasugerowałeś nawet gdzie się znajduje, słabo.
Kraswald: Właśnie zdałem sobie z tego sprawę, to przez moją odzwyczajoną od ludzkiej mowy gębę, która się przez ciebie rozwolniła i sra poufnościami gdzie popadnie! Jutro nie będę się do ciebie odzywał w ogóle, za to żuł będę piołun przez cały dzień, w ramach autopokuty. A ty mądralo nie myśl nawet o szukaniu Katapiorki, bo rosomaki rozszarpią cię na wióry, jeśli spróbujesz.
Ja: Ani mi się śni przyjacielu, zaspokoiłeś już moją ciekawość, a sekret pozostanie bezpieczny w naszych głowach, przysięgam, że zachowam się nader dyskretnie i nie sprawię kłopotu ani im, ani tobie.
 Kraswald uściskał mnie serdecznie na znak zaufania, a ja już obmyślałem świętokradczy plan zdobycia tego enigmatycznego skarb.

Z rana następnego dnia wyszedłem na łąkę po parę makówek, z których ugotowałem Kraswaldowi zupę. Była doprawiona bukietem innego zielska, więc nie rozpoznał jej składu, bo i tak się do mnie nie odezwał. Po godzinie już smacznie chrapał, a ja udałem się nad brzeg potoku. Szedłem powoli, ledwie ugniatając poszycie, aż moim oczom ukazały się migoczące odbitym słońcem wody leśnego strumienia. Z rozpędu przeskoczyłem na drugi brzeg i skierowałem się w górę biegu, wbrew ostrzeżeniu przyjaciela. Po chwili z wody wynurzył się jeden okazały rosomak i groźnie warcząc zastąpił mi drogę. Z kieszeni wyciągnąłem jedną monetę i wrzuciłem do do wody, a rosomak natychmiast zanurkował w jej poszukiwaniu. Pomyślałem, że tą metodą będę odwracał uwagę wszystkich rosomaków, które mi się napatoczą w obronie swego największego sekretu, ale rzeczywistość miała skomplikować się dla mnie w sposób nadzwyczaj tragiczny. Po dojściu do pierwszej kaskady odbiłem w lewo od potoku i jakieś trzydzieści metrów dalej ujrzałem na środku polanki kopiec wielkości dużego mrowiska. Kiedy kucnąłem przy kopcu, krzaki otaczające polanę poruszyły się, a gdy zacząłem odgarniać dłonią ziemię usłyszałem nerwowe odgłosy "ktpirrrk!, ktpirrrk!" i zrozumiałem, że rosomaki szykują się do zmasowanego ataku na mnie. Streszczając ruchy dokopałem się po chwili do czegoś twardego i po odsłonięciu warstwy piachu, moim oczom ukazała się Katapiorka. Była wygnieciona głównie z ołowiu, jakby zębami uformowana w wielce dygresyjny kształt. Miała wielkość niemowlęcia i była zdecydowanie zbyt ciężka, bym mógł z nią uciec. Pośród wielu na pozór chaotycznie powyginanych wypustek sterczały inne inkrustowane metale w postaci sztućców i gwoździ i bizuterii. Wyobraziłem sobie, ze te stworzenia musiały o wielu lat zbierać z lasu kule i śrut myśliwski, by móc uformować tak duży obiekt. Podręczną lupą zbliżyłem centralną część artefaktu, by odkryć prawdziwe jego przeznaczenie. Obok rękojeści siedemnastowiecznego sztyletu ołowiana powierzchnia nakłuta była ostrymi kłami, niby jaskiniami miniaturowymi, a nakreślone tam kształty zwróciły moją uwagę. Były to paromilimetrowe rosomaki tworzące rodzaj drzewa genealogicznego, rozprzestrzeniające się jego gałęzie sugerowały  powiększanie się populacji, dalej widniały sceny polowań na sarny, potyczki z borsukami i dzikami, scena burzenia bobrowej tamy i konfrontacja z ludźmi uzbrojonymi w szable i kartacze. Broń metalowa została głębiej wyryta w tej swoistej kronice gatunku, zapewne w celu podkreślenia jej ogromnej wagi dla sinonosych drapieżników. W miarę śledzenia zapisanej na lśniącej powierzchni historii zauważyłem zmiany w stylu tworzenia rycin, korelujące zapewne z kolejnymi pokoleniami artystów kronikarzy. Doszedłem do czasów, w których rosomaki pojawiały się rzadziej niż ludzie, a wgniecione monety i sceny obdzierania zwierząt ze skóry symbolizowały smutną epokę, w której dla futrzanej mamony zgładzono ich tysiące. Kiedy docierałem do współczesności kilkanaście rosomaków ociekających pianą z pysków otoczyło mnie, a jeden największy trzymał w łapie mały dzwoneczek, jakby czekając na moment, w którym skończę, by dać sygnał do ataku. Mimo, że rozrzucane w koło garści monet przestały odwracać ich nieprzekupną uwagę, to jednak głęboko wierzyłem, że cudem jakimś uda mi się ujść cało z tej afery, wzbogacając moją pamięć o bezcenną tajemnicę Katapiorki. W miejscu odzwierciedlającym objęcie ochroną tych ginących istot, widniał złoty kolczyk w kształcie małej sześciennej kostki do gry, a dalej doszukałem się profilu Kraswalda ściskającego łapę uśmiechniętego przedstawiciela starszyzny stada. Kolejne lata obrazował radosny taniec rosomaków wokół kopca kryjącego ich skarb. Dalej umieszczona została srebrna łyżka, w której wklęsłym zwierciadle ujrzałem odwrotność własnego obicia. "Złoty wiek się skończył"-pomyślałem, słysząc bicie dzwoneczka znaczącego mój marny los. Kąsały i drapały niemiłosiernie, drogo płaciłem skórą i mięsem za świętokradczą ciekawość, wściekłe "ktpirrrk! ktpirrrk!" ogłuszało mnie zewsząd, a moja krew barwiła ich sine nosy. Dopiero nad brzegiem strumienia zdjąłem z szyi sznurek z zawieszonymi na nim kluczami do mieszkania i oddałem im w geście desperackiej prośby o litość. Największy rosomak znowu zadzwonił, by reszta ode mnie odstąpiła, chwycił klucze w zęby i pokiwał na mnie wskazującym pazurem. Wycieńczony utratą posoki runąłem z chlupotem w toń i popłynąłem z nurtem ku ocaleniu. Zimna woda musiała skurczyć światło rozszarpanych naczyń krwionośnych, więc na szczęście się nie wykrwawiłem. Przez tydzień spływałem coraz szerszymi rzekami, aż złapałem się w sieci rybackie na pełnym morzu. Rybacy udzielili mi pierwszej pomocy i odstawili do szpitala portowego. Po dwóch miesiącach rekonwalescencji wróciłem do domu, w drzwiach brakowało klamki i zamka, a kiedy wszedłem do środka, pośród ogólnego bałaganu nie dostrzegłem ani jednego metalowego przedmiotu. Położyłem się na rozszarpanym, pozbawionym sprężyn łóżku i na suficie ujrzałem wydrapany obraz przywódcy tamtego rozsierdzonego stada, który groził mi wymownym pazurem. Po wielu godzinach psychoterapii, mającej na celu przywrócenie mnie społeczeństwu, nie potrafiłem wyzbyć się dręczących wspomnień traumatycznych, podupadłem na zdrowiu i moralności, a ponadto zacząłem pić. Moja autopokuta w końcu zrobiła ze mnie lumpenproletariusza z sinym od przepicia nosem, bredzącego wciąż o Katapiorce i rosomakach. Zacząłem utrzymywać się ze zbiórki kolorowego złomu i tylko przed snem, gwoździem na kaloryferze odznaczałem zdarzenia zeszłych dni, by nie zapomnieć jakim zwierzęciem się stawałem.     




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz