wtorek, 22 kwietnia 2014

zmiennocieplne zauroczenie

Zmęczony ucieczką postanowiłem odpocząć w pobliskim parku i  kwietniowym słońcem wysuszyć ściekający ze mnie pot . Kiedy z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie najskuteczniejsze sposoby opuszczenia miasta, usłyszałem wydane z bliska subtelne syknięcie. Kątem oka spostrzegłem wylegującą się obok na ławce, zwiniętą w wyrafinowany węzeł wężycę. Dzielił nas dystans wyciągniętej ręki i kilka gałęzi ewolucyjnego drzewa, ale kiedy spojrzała mi w oczy i łopotaniem swych przedziwnych powiek dała do zrozumienia, że syknęła właśnie do mnie, uświadomiłem sobie jak bardzo pożądam bliskości tej olśniewająco ślicznej istoty. Jej łuski błyszczały w słońcu co najmniej czterema barwami ułożonymi w tak biżuteryjny wzór, że cała zdawała się być klejnotem. Wzrokiem pogłaskałem jej przeciągające się ciało, zanim odważyłem się na wartą jej uwagi reakcję. Wystawiłem czubek języka spomiędzy zębów i szeptem zasyczałem jakiś intuicyjnie skomponowany gadzi nokturn, który doskonale wpisał się w czas horyzontem kryjący słońce karminowe jak szlak łusek wzdłuż jej grzbietu. Nasze głowy powoli zbliżały się do siebie w antycypacji spełnienia, na które czekaliśmy do zmroku, by ukryć łamiące tak wiele międzygatunkowych uprzedzeń, przymierze. Przedstawiła mi się jako Ssiisf zawierając w tym imieniu swoją amazońsko-kreolską aurę i choć moja wiedza reptiliologiczna była bardzo znikoma, to odgadłem, że jej gatunek musi być nadzwyczaj rzadki i cenny nie tylko subiektywnie.
-Powiedz mi mój drogi, gdzie ty się zaczynasz, a gdzie kończysz?-spytała Ssiisf przeciągając szumiącą końcówkę pytania- Bo, wiesz, z wami ludźmi bywa różnie, rozgałęzieni jesteście tak, że trudno ogarnąć, a jeszcze trudniej owinąć. Znałam takich, co liczyli się od ust do odbytu, a reszta służyła tylko tej funkcji przewlekania karmy przez siebie, ale są i tacy, którzy dodają sobie kończyny, a nawet włosy w ostatecznym rozrachunku, by znaczyć więcej conieco.
Stanąłem na palcach i uniosłem w górę ręce
-Zmierz mnie najdroższa w tej pozie poddańczej, którą przyjmuję względem ciebie z radością serca i śledziony. Mieszczę się między opuszkami u dołu i góry i tymi krawędziami ciała pragnę do ciebie docierać o damo najgiętsza.
-Opuść tylko pięty, będzie ci lżej, a ja nie będę się bać, że mnie zdepczesz i zmusisz do kąsania w odwecie, bo takie przypadki się już zdarzały odciskając wrogie piętno na stosunkach między naszymi rodzajami. Schlebia mi, że pragniesz mi się poddać, ale bardziej niż uległości potrzebuję opieki i zrozumienia. Możesz mnie dotykać, bo też to lubię, ale przede wszystkim obdaruj mnie ciepłem, bo po odejściu słońca tylko ty mi zostałeś  - Ssiifs zaczęła piąć się powoli po moim wywyższonym do granic ciele.-Zrozum, że my węże jesteśmy żywymi odcinkami krętej drogi i wiele przeszkód na niej stojących potrafimy przełknąć, ale nie wszystkie. Spójrz na kraniec mojego ogona, widzisz jaki jest poraniony? Nie zliczę ile razy żułam go i tarmosiłam w chwilach rozpaczy, kiedy przyszłość zdawała się kurczyć do zera i nawet perspektywa życia dla jaj nie bawiła mojej splecionej w beznadziejny supeł duszy. Czy potrafisz mnie pojąć bez uprzedzeń i litości?
-Wiem co czuję obgryzając do krwi paznokcie i skórki moich palców, i jaki ból towarzyszy zetknięciu końca z początkiem, więc zdaje mi się, że cię rozumiem i chcę ukoić twe cierpienia choćby za cenę...
-Nie galopuj tak mój miły, wystarczy na razie, że jesteś przy mnie tu i teraz. Wy posługujecie się krokami prąc w nieznane, brakuje wam naszej ciągłości nieskończenie małych i nieskończenie licznych kroczków, więc skłonni jesteście do drastycznych przechyłów ciężaru waszej istoty. Uważaj zatem gdzie stąpają twoje stopy i słowa by uniknąć jakiejś spektakularnej tragedii.
 Było dla mnie obojętnym, czy Ssiisf jest jadowita, czy tylko dusicielska, kiedy jej rozdwojony języczek musnął mnie w palec serdeczny, a potem w czubek nosa. Po chwili oplotła się wokół mojej ręki i wsunęła pod koszulę. W euforycznym zacisku szczęki syknąłem od jej łuskami muskania .Wiedziałem już, że gdziekolwiek pojadę, tam zabiorę ją ze sobą, urządzę najwygodniejsze terrarium, albo razem z nią w nim zamieszkam. Nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł sprostania naturze Ssiisf własnym ciałem i umysłem, by razem z nią wrócić do dżungli i wić się gąszczem przez resztę życia, ale była to dla mnie nader zwyczajna reakcja. Kiedy się zakochuję, to już tak mam, że rysuję przed sobą irracjonalne plany na przyszłość i zapominam o wszelkich granicach akceptowalnego zachowania, a w przypadku Ssiisf gotów byłem przekroczyć nawet granicę uwierającego mnie człowieczeństwa. Wzajemnie łaskotaliśmy się językami, kiedy podszedł do nas ten żebrak. Było już ciemno, więc chyba nie zauważył jak Ssiisf w popłochu schowała się do mojej kieszeni w spodniach.
-Czy mógłby pan podzielić się ze mną jakimiś drobnymi- spytał grzecznie, a ja zapałałem do niego niewytłumaczalnym gniewem. Miałem węża w kieszeni, więc nie chciałem wygrzebywać stamtąd portfela i tylko spojrzałem na niego nienawistnie, a on na to:
-Jestem głodny- i położył dłoń na brzuchu kłaniając się przy tym nieznacznie, a jednak błagalnie
"Ofiara"-pomyślałem, bo też byłem głodny, a może dlatego, że Ssiifs naprężyła się kreśląc końcem ogona jakiś tajemny znak na moim udzie. Zrozumiałem, że to ten moment, kiedy mężczyzna powinien dać świadectwo swojego męstwa, samczości i drapieżnej natury. Kiedy żebrak odwrócił się, skoczyłem mu do gardła i jakimś niepojętym cudem transmutacji, moje ciało owinęło się wokół niego. Pokąsałem go dotkliwie kilka razy w twarz, a ramiona zacisnąłem na szyi, żeby udusić. Moja kochanka wypełzła z kieszeni i ułożyła się wzdłuż mojego kręgosłupa, jakby wspierając przemianę, do której skłoniła mnie miłość, nic innego. Nie potrafiłem sobie wyobrazić Ssiifs jako mojej własności, maskotki, niewolnicy, dla której byłbym wywyższonym gatunkowo władcą, więc uwolniłem właściwe dla niej instynkty przeciwko marginalnie słabej jednostce rodzaju ludzkiego. Możecie mnie uznać za szaleńca, lub podłego zdrajcę ludzkości, ale ja  po prostu doznałem spontanicznego samozwężenia, a tego nie zrozumie nikt kto nie kochał gada, któremu zbędne są nawet kończyny. Patrol policyjny natknął się na tę scenę polowania, kiedy ręka półprzytomnego żebraka tkwiła po łokieć w moim przełyku. Psychiatra przekonywał mnie, że połknięcie człowieka w całości było niewykonalnym zamiarem i ja nawet mu wierzę, bo na tym między innymi polega wyższość Serpentes nad Homo. Siedzę teraz na oddziale i smakuję mądrości pierwszego węża, bo czytanie Biblii uchodzi tu o dziwo za dobre sprawowanie, tymczasem Ssiisf została pojmana przez strażników ogrodu zoologicznego, z którego uciekła poprzedniego dnia. Była zbyt krnąbrna, niezależna i łaknąca miłości by za grubą szybą budzić pusty podziw gapiów, więc podstępnie uwiodła pewnego strażnika, a ten ją wypuścił. Nie mam jej za złe kokieteryjnej natury, bo mógłbym dla niej zrzucić skórę i amputować sobie ręce i nogi, gdyby mnie o to poprosiła. Motywy niezgłębionego umysłu Ssiisf były jednak o wiele szlachetniejsze, słyszałem nawet, że winę za incydent z żebrakiem chciała wziąć na siebie, tłumacząc, że jestem tylko człowiekiem. Kochana, męczennica namiętnych zawiłości sssensssu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz