Matka pożegnała się ze mną na peronie i wsiadła do wagonu drugiej klasy. Kiedy pociąg ruszył, wychyliła się z okna i pomachała do mnie beżową chusteczką, na której wyhaftowany był popisowy moment pewnego środkowoafrykańskiego tańca ludowego. Szamański tancerz odżył na łopoczącej chusteczce gibając swym ciałem balansującym na czubku włóczni trzymanej przez jego partnerkę. Matka dużo podróżowała przywożąc z egzotycznych krajów kawałki zdobnej tkaniny do wycierania łez, których na pożegnanie zwykła wytaczać nadmierne ilości. Działo się to wskutek jakiejś dziedzicznej anomalii gałek ocznych, którymi spostrzegać potrafiła obiekty tak odległe, że zdawały się być tknięte jej wygiętymi wedle krzywizny planety wzrokowymi promieniami, sięgającymi poza linię horyzontu. Zew przygody ciągnący moją matkę w dalekie krainy był dla niej swoistym przekleństwem, któremu jej duch poddawał się za każdym razem gdy przeczytała o jakimś miejscu artykuł ze zdjęciem w gazecie. Za zwyczaj były to miejsca tkwiące w jakichś tragicznych kryzysach, ale jej motywacją do ich odwiedzenia nie była bynajmniej chęć pomocy humanitarnej, lecz niepojęty imperatyw doświadczenia katastroficznego stanu wspólnie z tubylcami. Przez kilka nocy poprzedzających wycieczkę, dręczyły ją koszmary, a w przededniu wręczyła nam najnowszą wersję testamentu i długo tuliła, mocząc nasze plecy strumieniami ciepłych łez.Powiedziała wtedy:
Matka -Łzawię tak nie ze smutku, ale po to by zmyć z rogówki nawarstwiony filtr bezpieczeństwa i dobrobytu, przez który oglądałam świat od powrotu z mojej ostatniej podróży do Ugandy. Wiecie przecież, że muszę ujrzeć rzeczy takie jakimi są naprawdę, by przełknąć niezbędną porcję cierpienia, którym karmią się teraz mieszkańcy Uttarakhandu. Sam bóg Shiva raczy wiedzieć ile życia i mienia zmiażdżyły tam okruchy erodujących Himalajów.
Los ukamienowanych przez górskie olbrzymy wstrząsnął matką tak jak niegdyś głody, powodzie, susze i epidemie w innych zakątkach okrutnego globu, spakowała więc apteczkę, parę sukienek, prowiant z suszonych cytryn i wyruszyła drogą kolejową do Indii. W przedziale jechała sama, więc miała dość czasu i przestrzeni, by prowadzić osobiste studium komparatystyczne mitologii hinduskiej i chińskiej, pragnąc na poziomie metafizycznym dociec przyczyn geologicznych przesileń wywołujących skalne lawiny na granicy tych dwóch najpotężniejszych krajów. Obwarowała się książkami, rycinami bóstw i diagramami przedstawiającymi struktury duchowych rzeczywistości obu kultur i zgłębiała ich tajemnice żując kęsy suszonych cytryn stanowiących wysokoenergetyczne paliwo dla jej organizmu. Doszukała się właśnie fragmentu, w którym podczas wspinania się na szczyt pewnej góry pod stopą Buddy osunął się kamień, kiedy usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi przedziałowej szafy. Zaznaczyła stronę służącym jako zakładka spreparowanym motylem i ostrożnym krokiem zbliżyła się do szafy. Zajrzała przez szparę w jej ciemny środek i zobaczyła błysk ludzkiego oka. Z wnętrza wydobywał się zapach nieświeżego mięsa, więc szeptem zapytała ukrywającego się tam mężczyznę:
Matka -Żyje pan?
Trup -Nie żyję, i to już od pięćdziesiątego drugiego roku. Tkwię w tej szafie, bo ludzie brzydzą się mnie gdziekolwiek przenieść, a że jest tu chłodno i sucho to całkiem nieźle się trzymam.
Trup był dość gruby, ale pomarszczony, emanował popielatym cieniem i minę miał jakby przepraszał, że przeszkadza mimo swojej martwoty.
Matka -A co pana uśmierciło? Pytam, bo interesują mnie wszelkie przyczyny zgonów i tym podobnych tragedii.
Trup -To był wypadek na budowie miejskiego domu kultury. Kolega upuścił cegłę z siódmego piętra, a ta rozbiła mi czaszkę. Potem chciał przewieźć moje zwłoki na pogrzeb do rodzinnego miasta, ale z żalu właśnie w tym przedziale zaczął chlać bimber z mirabelek i chlał tak aż po prostu wysiadł zapominając o całej sprawie. Pociąg przekroczył od tamtej chwili wiele granic a ja w nim przemierzyłem miliony kilometrów.
Na głowie trupa widoczne było prostokątne pęknięcie od upadłej cegły, a usta odzwierciedliły uśmiech mojej matki, którą ucieszyło tak nietypowe towarzystwo.
Matka -Nigdy jeszcze nie rozmawiałam ze zmarłymi, a zdaje mi się, że to cenne doświadczenie. Pan pozwoli, że pana trochę przesunę, chciałabym się zmieścić w tej szafie choć na chwilę.
Wiedząc, że w każdej chwili ktoś gdzieś opuszcza świat żywych, matka wcisnęła się obok trupa, głęboko zaciągnęła płucami stęchłe powietrze i wstrzymała oddech, by poczuć się jak autentyczny nieboszczyk.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz