wtorek, 8 lipca 2014

festiwal panteatralny w Manaus cz.1

O plemieniu Xaqua usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki słynnym fenomenom ichtiokulturalnym sfilmowanym przez satelitę szpiegowskiego chińskiej agencji alimentarnej. Właściwie zaczęło się od niewinnej ciekawostki prasowej o indiańskich czarownikach przekraczających rzekę Acre pieszo (nie wpław), ale dopiero satelita dostarczył dowodów naukowych zjawiska Quadqa oznaczającego w narzeczu Xaqua "przejście po rybich grzbietach".  Najznamienitsi Ichtiolodzy spierali się wówczas o przyczyny tak wielkiej koncentracji ryb, że swą masą zaporową wywoływała podtopienia w górnym biegu rzeki. Xaqua stali się szybko sławni wśród wyznawców newage z reszty kontynentów. Ich liturgiczno-teatralne tańce zastąpiły callanetics i aerobic w najlepszych salonach fitness. Żadnemu z fanów nie udało się jednak zakląć ani złotej rybki ze szklanej sfery ani karpia w świątecznym basenie. Desant oddziału DEA rozwiał wszelkie wątpliwości co do natury zjawiska, kiedy wykryto piscofilinę w proszku, który Indianie rozsiewali przed sobą po falującej powierzchni rzeki w trakcie jej przekraczania. Jest to narkotyk doprowadzający ryby do euforycznego parcia ku powierzchni, a tym samym budowania żywego mostu pod stopami szamanów. Torturowany papuzim piórkiem wódz plemienia nie zdradził procedury pozyskiwania tajemniczego proszku, lecz śmiejąc się do tropikalnego słońca zgodził się na dostarczanie go flotom rybackim w zamian za wieczystą dzierżawę ogromnych obszarów amazońskiego lasu deszczowego.

Trzy miesiące po tych wydarzeniach szamani Xaqua zostali zaproszeni na Wielki Festiwal Panteatralny w Manaus, a zapowiedź ich przybycia ściągnęła do stanu Amazonas fanów z całego świata. Do umówionego miejsca nad rzeką Madeirą przy granicy boliwijsko-brazylijskiej został wysłany helikopter by zabrać szamanów w przededniu uroczystego otwarcia festiwalu, lecz nie było tam nikogo poza zwierzyną i dziwnym znakiem, o interpretację którego zwrócono się do mnie. Przebywałem wtedy w Cuzco badając razem z peruwiańskimi kolegami złote zwierciadła inkaskie, których wklęsłość sugerowała używanie ich do skupiania światła słonecznego w celu rozpalania ognia. Kiedy otrzymałem telefon od organizatorów festiwalu z desperacką prośbą o pomoc, helikopter czekał już na pobliskim lądowisku. Zgodziłem się wyjaśnić zniknięcie czarowników Xaqua w zamian za podwójny karnet na wszystkie przedstawienia teatralne w gmachu opery w Manaus. Poleciał ze mną mój przyjaciel Łanow, którego dedukcyjny talent i spontaniczną wynalazczość ceniłem sobie bardziej od łyku chłodnej Yerba Mate o poranku. W czasie lotu podniecony Łanow cytował po chińsku Prospera z szekspirowskiej "Burzy" chcąc odgonić złowrogie Cumulonimbusy i dać wyraz magicznej wyższości dramaturgii nad żmudną archeologią. W ulewnym deszczu zeszliśmy z drabinki linowej na błotnisty brzeg , najwyraźniej opuszczony przez Xaqua przed przybyciem transportu powietrznego. Przyczłapaliśmy z trudem do wbitego w glebę kija, na szczycie którego umocowane było oko jakiejś bestii rzecznej
-Arapaima gigas- z dumą oznajmił Łanow- To jest oko wielkiej ryby bez wątpienia, wpatrywałem się w podobne, kiedy jedną taką znakowaliśmy parę lat temu jakieś trzysta kilometrów stąd w dole rzeki. Niewiele stworzeń tak cynicznie spogląda na świat jak Arapaima, nawet po śmierci, jakby dla jej oka było wsio rawno czy widzi nas spod wody czy z czubka tego totemu.
-Skąd wiesz, że ta ryba nie żyje, może Xaqua wyłupili jej tylko oko, żeby zakomunikować nam na przykład proste "do zobaczenia"-odparłem
-Zabili i wypatroszyli, przed chwilą niemal potknąłem się o jej flaki, lepiej sprawdź co napisali na tym sznurku
Z kija istotnie zwisał jakiś upstrzony pętelkami sznurek, a ja od lat uczyłem się Kipu na własnych sznurowadłach.
-Tu jest uwiązane jedno słowo "Zdążymy", znaczy że wyruszyli do Manaus na własną rękę, ale ciekawe jest to, że to wcale nie jest sznurek, raczej gumka spleciona z kauczuku, rozciąga się nadając słowu względną rozpiętość.
-Stąd do Manaus jest jakieś tysiąc kilometrów, więc jeśli zdecydowali się popłynąć Madeirą to nie zdążą nawet na zakończenie festiwalu, chyba że...
-Chyba że co?
-Oko spuchło od egzotycznych dzikunów, przez źrenicę widać nawet ich pląsy, więc Indiańce musieli wyruszyć ze trzy dni temu, a w tym patroszeniu gigantycznych ryb i kauczukowej plecionce kryć się może jakaś quasigenialna metoda.
Wspięliśmy się z powrotem po drabince i odlecieliśmy wzdłuż rzeki by osobiście przywrócić nadzieję na oczekiwany występ Xaqua dyrektorowi artystycznemu festiwalu, niejakiemu Miguelowi. Łanow przez całą drogę szkicował w swoim notatniku poszlaki hipotezy, w której zasadność trudno było mi uwierzyć

-Ależ te ryby są pod ochroną, po co mieliby je zabijać, przecież wydaliśmy fortunę na helikopter- odparł załamany Miguel, kiedy opowiedzieliśmy mu o pozostawionej przez Indian wskazówce.
-Być może chodziło o rodzaj magicznej transmutacji- Łanow pokazał dyrektorowi swoje szkice, a ten przejrzał je z rozdziawioną buzią.
-Pozostaje nam jedynie zaufać ich deklaracji z kauczukowych węzełków- próbowałem go pocieszyć
-Na pewno napisali, że zdążą? Ich występ przenieśliśmy na pojutrze.
-Dosłowne tłumaczenie ich Kipu brzmi "Będziemy na czas"
-Tego się obawiałem, dla nich "czas" to pojęcie mistyczne, określają go jakimś strasznie skomplikowanym algorytmem uwzględniającym liczbę uderzeń serca i ruchów kończyn, w dodatku odnoszącym się do różnych gatunków zwierząt. Wiecie co zrobił ich wódz, kiedy mój tłumacz podarował mu nakręcany zegarek?
-Pewnie się z niego ucieszył-odgadł Łanow
-I to jak, śmiał się jak wariat, cała wioska dyskutowała potem nad obnażonym mechanizmem sprężynowo zębatkowym, ale przedtem wódz wyjął wskazówki i wygiął je na haczyki do wędkowania, bo oni lubią wędkować jak my, z tym że zamiast wędki naprężają całe ukorzenione drzewa przybrzeżne i stąd pewnie siła do łowienia takich gigantów jak Arapaima. Xaqua to przedziwne plemię prymitywnych naukowców, którzy w dupach mają zasady cywilizowanego świata, i to coraz głębiej, bo się wzbogacili na tym opium dla ryb.
-Piscofilinie
-Dokładnie. Bez ich występu ten festiwal i całe miasto zaliczy największą klapę od czasu utraty monopolu na uprawę kauczuku.-W oczach Miguela pojawiły się łzy
-Wie pan o czym miał być ich spektakl?
-Tak, o czasie właśnie, o tęsknocie za ich mitycznym wężem jakimś, o szaleństwie różnych gatunków wywołanym brakiem jednej ukochanej kluczowej istoty, taka kolektywna tragedia miłosna, tyle wiem, miało być tanecznie, kolorowo i metafizycznie do cholery, a jest...-Miguel desperacko chwycił się szkiców Łanowa- Naprawdę myślicie, że przypłyną w taki sposób?
-Jeśli pojęli mechanizm zegarka to równie dobrze mogli sklecić takie cudo z kauczuku i ości
Wszyscy pochyliliśmy się nad rysunkami. Palce na kartce wskazywały czas płynący sercem.





 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz