niedziela, 31 sierpnia 2014

Press

Nie jestem dobrym fotografem, a jeszcze gorszym dziennikarzem, nieudolność w chwytaniu ostrości i skłonność do mitomanii praktycznie dyskwalifikują mnie jako reportera. Poszczycić się mogę jednak pewnym wywiadem, który przeprowadziłem w trakcie jednej z wojen plemiennych we wschodnim Zairze, jak również osobiście pstrykniętym zdjęciem puentującym tenże wywiad. Mój artykuł rozplenił się po sieci niczym przyzwoita kultura zakaźnych bakterii, zbierając przy tym pokaźne żniwo kciuków i komentarzy, a wszystko zaczęło się od koszulki z napisem PRESS, wygranej w bierki rozbierane jako fant od koleżanki będącej korespondentką Daily Mirror. W tamtym hotelu w Kinszasie chciałem tylko zobaczyć czy jej piersi są asymetryczne, a już następnego dnia przyszło mi oglądać ludzkie okrucieństwo w najpierwotniejszej odsłonie. Upokorzona przegraną koleżanka założyła się ze mną o tysiąc funtów, że nie przeżyję tygodnia w dżungli i wyczarterowała awionetkę, z której po przeleceniu tysiąca mil wyskoczyłem na spadochronie w sam środek kotła tragicznych wydarzeń. Po paru godzinach samotnego przedzierania się przez haszcze dotarłem do ścieżki, na której powitała mnie kolumna bojowników z plemienia Bonu. Na widok napisu na koszulce jeden z bojowników zaczął na mnie naciskać rękoma i śmiać się z dwuznaczności angielskiego słowa, a kiedy reszta mnie otoczyła, wyciągnąłem aparat i zrobiłem parę zdjęć, czym zaskarbiłem sobie ich przychylność. Pozowali radośnie świecąc wielkimi zębami, wchodzili sobie na barana, przytulali się i całowali swoje maczety do chwili, w której ich pokreślony na twarzy dowódca z piórami w mankietach wydał rozkaz dalszego marszu. Ruszyłem razem z nimi, w nadzieji, że doprowadzą mnie do jakiegoś wyjścia, ale wkrótce zorientowałem się jak absurdalnym jest samo pojęcie wyjścia jako takiego. Następnego dnia o świcie dotarliśmy do wioski Taupe, zamieszkanej przez plemię Mala , tradycyjnych wrogów Bonu . Rzeź przebiegała przy akompaniamencie  ćwierkania i pohukiwania bojowników, którzy w ten sposób odczłowieczali  się, by lżej było im dokonać przyrzeczonej zbrodni. Stałem jak wryty z aparatem na szyi, patrząc jak wokół odcina się ręce i głowy, otwiera brzuchy i wyrywa wnętrzności. Dopiero gdy przede mną zatrzymała się młoda dziewczyna z drewnianym kolczykiem w dolnej wardze, a jeden z naszych zamachnął się na nią maczetą, krzyknąłem do niego -stop! Zatrzymał się, a dziewczyna podziękowała mi, uklękła i przemówiła
- Wiedziałam, że przyjdą w końcu nas zgasić. Kiedy księżyc pokazał całą twarz wyjęłam pięć serc z piersi naszych kur i nakarmiłam nimi mrówki, a to były ich serca, serca Bonu, plemienia ptaków, potem w tańcu przywołałam chmury wściekłych moskitów, żeby wstrzyknęły w ich ciała chorobę,  a na koniec  wykrzyczałam ich imiona wspak, by cały świat czynił wbrew nim. Wszyscy baliśmy się zemsty, ale nienawiść była silniejsza, a przodkowie cieszyli się z wojny, którą sami kiedyś ułożyli i będziemy się tak wzajemnie zabijać, póki las nie wykluje ostatniej żaby.
Kiedy skończyła mówić, jej kat znów uniósł maczetę, więc szybko zadałem jej pytanie żeby mogła mówić dalej odwlekając egzekucję. Opowiedziała mi o nekroplastycznych zwyczajach szczepu Mala, o jej zaręczynach z najodważniejszym myśliwym w wiosce, który pójdzie zabijać Bonu, jak tylko wróci z polowania na małpy, o swojej rmatce i siostrze, których poćwiartowane zwłoki bojownicy    rozrzucili między chatami, o ojcu, który włócznią zabił krokodyla i babce, po której odziedziczyła talent do czarów. Tak powstawał najważniejszy wywiad, jaki w życiu przeprowadziłem, tymczasem wokół nas gromadzili się wsłuchani w jej opowieść  bojownicy Bonu odpoczywający po skończonej robocie. W pewnej chwili dziewczyna zaniemówiła, usta jej zaschły, albo wątek się zgubił, a ja nie wpadłem na żadne sensowne pytanie i wtedy maczeta uderzyłaby ją gdybym w ostatniej chwili nie krzyknął - wait! Podniosłem aparat do oka, ustawiłem ostrość, dostosowałem ekspozycję do zachodzącego słońca i powiedziałem -now. Wcisnąłem guzik, a uśmiech oprawcy, duma ofiary i fontanna krwi z jej tętnicy szyjnej skomponowały klatkę w złotych proporcjach. Wygrałem tysiąc funtów, a koleżanka po dziś dzień zazdrości mi świetnego artykułu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz