To jest już nie do zniesienia, trzeba kupić żelazko na raty. Od kilku dni niewyprasowane ubrania psychozę moją podkręcają.Pranie ich nawet we wrzących mydlinach nie rozwiązało problemu wcale. Niby nieść już przestały niesmaczną woń codziennych mąk pamięci w potłojowych wydzielinach mojego ciała zapisanej, to jednak swoim zgnietestwem wciąż tworzą struktury jawnie przerażające. Co rusz jakieś mordy, gęby i pyski wyłaniają się z fałd pogniecionych ubrań i na mnie przy każdym zwrocie uwagi zerkają. Rzeczy jakkolwiek rzucone na kupę czy w rozproszeniu zyskują niemal natychmiastową zdolność, jakiś imperatyw nabierania cech ożywionych. Kiedy próbuję te wszystkie bluzy, koszule i spodnie poskładać w proste formy geometryczne, jedne na drugich ułożyć, rozprostować dłońmi i przyklepać, zaraz z lekkich zmarszczek na wierzchnich spodenkach formuje się ledwie zauważalny komunikat "UGNIEĆ". Rozwścieczony rozrzucam stertę ciuchów na wszystkie strony pokoju, a one wybuchają gromkim śmiechem, który dla osoby trzeciej zdałby się jedynie szelestem upadającej tkaniny. Ja jednak słyszę śmiech, pogardliwy rechot moich ubrań, które całkiem niedawno do skóry ściśle przylegały, ogarniały mnie całego, przesiąkając wszelkimi znakami wstydliwych słabości. Za każdą żałosną plamę, którą światu dałem jako mała, tępa zawistna nie-istota, one szydzą ze mnie wykrzywionymi ust półksiężycami, wymiętymi kłębkami nochali i guzików gałami wytrzeszczonymi. Prędko wyrywam garstkę monet z którejś kieszeni jak z ucha, z którym drwiąco brzęczały , i półnagi wybiegam na ulicę w poszukiwaniu sklepu ze sprzętem do cywilizowanej egzystencji. Pytam o drogę tych co czekają na przystanku i tych ciągniętych przez węszące psy, ale oni tylko zbywają mnie uśmieszkiem, bo wszyscy oblepieni są jakąś tkaniną krojoną i szytą, która w spisku jakimś z moimi szatami być musi. Jeden tylko elegant z wyprasowaną twarzą i koszulą bez śladu emocji, czy słowa, rękę wznosi jak zegar wskazówkę, palcem w szyld sklepu celując Stoję teraz przed ladą z politowania godnym wyrazem ciała, przeliczając niklowo miedziane fundusze wielokrotnie cenę żelazka z żelaza przeniższające.
- To może na raty? -
pytam, a sprzedawca z miną poczciwą wyciąga spod lady śrubokręt,
majstruje chwilę w rufie okrętopodobnego instrumentu i wybebesza z
niej rozczapierzoną końcówkę przewodu zasilającego, po czym
zgarnia uzbierane przeze mnie dziewięć złotych siedemdziesiąt
trzy grosze, podaje kabel i oznajmia:
- Pierwsza rata
promocyjnie, ale grzałka będzie trzy razy droższa co najmniej, więc
lepiej niech pan zacznie zarabiać. Wracam do domu machając kablem
jak lassem, potem jak wahadłem, a przed samymi drzwiami mam niemal
ochotę się na nim powiesić. Wchodzę do pokoju witany
skonsternowanymi minami własnych gaci, koszulek, bluz kapturowych,
dzinsów i jednego swetra wełnianego, słyszę z trudem od chichotu
powstrzymywany szept, którym ciuchy przekazują sobie
żarcik najświeższy:
- Miałeś chamie żelazko
kupić, ostał ci się ino drut- Nie wytrzymuję i wtyczkowatym
końcem kabla siekę na wszystkie strony. Pisk majtek i krzyk koszulin
rozlega się w mojej głowie, ale każde trzepnięcie ciucha jest nie
dość że daremne, to jeszcze odwrotny od zamierzonego
efekt przynosi . Ubrania krzywią i gną się w mściwych grymasach, czepiają
się wtyczki i w locie mnie atakują, owijają i duszą. Szamotliwa
walka trwa dziewięć minut i siedemdziesiąt trzy sekundy, aż w
końcu udaje mi się okrążyć klamoty w jednym stosie, który
ciasno związuję kablem i w przeciwny kąt pokoju rzucam. Sam
wciskam się w swój kąt. - więc lepiej niech pan zacznie zarabiać-
odzywa się w moim uchu echo przesłania sprzedawcy żelazek.

historia zatacza koło: 9zł 73 gr to 973 gr, a 9 min 73sek to 613sek. 973-613= 360.
OdpowiedzUsuńCzyli wychodzi wartość odwróconego okręgu !!!