piątek, 10 stycznia 2014

masz-tu odchyły

Swego czasu właściciel masztu tele-radiowego w moim mieście oferował pracę na najwyższym możliwym stanowisku w kraju. Z moimi uprawnieniami himalaistycznymi podpisanymi dziewięciokrotnie przez ostatniego Karmapę tybetańskiego na chuście z najwyśmienitszego jedwabiu, nie miałem problemu dostać się do ekipy remontującej maszt. Pierwszym naszym zadaniem było umiejętne ostukanie masztu młoteczkami, co nie stanowiło większego problemu dla mnie jako posiadacza dyplomu Szkoły Muzycznej zaszyfrowanego w nutach krótkiej uwertury z opery "Ramiona Atlasa" przez czołowego kompozytora patetycznej muzyki filmowej. Wystarczyło uważnie wsłuchać się w to co aktualnie nadawał maszt, czy to koncert, słuchowisko, czy program publicystyczny i miarowo odstukać młotkiem rytm charakteryzujący adekwatną do przekazu odpowiedź. W chwili gdy przez trzy minuty cała załoga stukała nader harmonicznie i przyjemnie dla ucha, pracowałem akurat w połowie wysokości masztu, więc choć wszyscyśmy dostali premię za ten wyczyn, to tylko mnie przypadł miedziany medal na którym wygrawerowany był wzór identyczny z tym który zdobił szczytową kondygnację masztu.W związku z tym wyróżnieniem objąłem funkcję koordynatora całej ekipy przy odmalowywaniu ścian masztu. Podejrzewam jednak, że  w tym awansie pomogło moje świadectwo ukończenia Akademii Sztuk Pięknych, namalowane na portugalskim płótnie jako olejna metafora jednego z zachodów słońca dokumentowanych cowieczornie przez  pewnego zasłużonego malarza z Lizbony od wczesnego dzieciństwa, od kiedy to skaleczonym palcem odcisnął on po raz pierwszy czerwone kółko na ścianie obok wychodzącego na ocean okna swojego pokoju. Kwestia doboru właściwych kolorów farb tak aby prawidłowo odpowiadały zmiennemu nasyceniu barw i kształtów w tysiącu kanałów telewizyjnych jednocześnie i zarazem gustownego wkomponowania masztu w otaczający krajobraz, była kluczowa przy takim wyzwaniu. Poleciłem pracownikom używać pędzli o grubości tej samej co sam malowany maszt, tyle że widziany z odległości trzystu sześćdziesięciu metrów. Dozwolone barwy ograniczała wysokość na której miał powstać zaplanowany fresk od czerwieni na dole do fioletu w górnych partiach konstrukcji. Osobiście użyłem jedynie farby czarnej i białej malując samodzielnie szczytowe jej piętro. Zdaniem mojego zwierzchnika nadałem tym samym oryginalnemu i wspomnianemu wcześniej wzorowi bardziej optymistyczny wyraz, za co otrzymałem platynową statuetkę miniaturowego masztu, której używam do dziś jako szpikulca do nabijania wszelkich certyfikatów, które w życiu zdobyłem. Do trzeciego zadania- nadbudowy masztu, wydelegowano już tylko mnie, powierzając reszcie załogi funkcje widzów i ewentualnych klakierów moich poczynań. Przez cały miesiąc nie schodziłem z platformy na samym szczycie stając się żywym elementem całej budowli, który dzięki organicznej strukturze, o wiele elastyczniej  niż antena z metali i tworzyw sztucznych reagował na wszelkie bodźce. Odpowiadałem wtedy na najmocniejsze słowa z telenoweli, na mowy polityków z najwyższych kręgów władzy i teksty najpopularniejszych piosenek. Miotałem się między barierkami w przeróżnych trybach i pozach, popadałem w modlitewną figurę embrionalną, gdy piątkowe wiatry kierowały mnie w stronę saudyjskiej pustyni, w soboty kiwałem głową by wieczorem rozbujać ciało do dzikich tanecznych ruchów, które kończyłem w złożonych dłoniach klęcząc przy biciu niedzielnych dzwonów. Gdy wiało zbyt mocno machałem pozdrowieńczo do tych widzów, którzy akurat zbyt zamaszyście oddychali, tak by dłonią rozproszyć potencjalnie niebezpieczne zawieje. Kiedy nocami wszystko się trzęsło, gwizdałem do tych co właśnie chrapali, by złagodzić możliwie katastrofalne wibracje. Po miesiącu tej mentalnej i fizycznej harówy, w trakcie której energię czerpałem jedynie z fal elektromagnetycznych, zasnąłem z wycieńczenia. Obudził mnie dopiero przechodzący wzdłuż mojego kręgosłupa piorun, gdy ledwie wisiałem na północno-wschodniej barierce, a nurt eteru wyginał maszt o dziesięć stopni, tak że kąt jego odchylenia wyniósł sto stopni względem kierunku południowo-zachodniego. Przez chmury tej piekielnej burzy dostrzegłem, że trzymająca od tamtej strony konstrukcję w pionie stalowa lina znajduje się na skraju wytrzymałości i zaraz pęknie, więc zdecydowałem się ją wesprzeć własną szyją . Uczyniłem to pomimo pary, która zasłaniała mi widok, wody, którą nasiąkłem podwajając swój ciągnący w dół ciężar i gołoledzi, która odbierała kontrolę nad moimi krokami, . Moja głowa po prostu ześlizgnęła się językiem po linie nadając szyi długość studwudziestokrotnie dłuższą od żyrafiej , po czym złapała zębami mały krzew bylinowy rosnący opodal wspornika. Nie przewidziałem jednak, że nieuniknione pęknięcie liny, zada mej szyi poważne rany cięte i zmiesza krew z potworną ulewą. Na szczęście w tym najkrytyczniejszym z momentów zjawiła się ekipa, która wspinając się na moją szyję pozszywała wszystkie przerwy w tkance żywej. Wkrótce założono linę zapasową, burza ucichła, a maszt na powrót osiągnął pion. Szef najpierw mi pogratulował mocnej szyi a potem zganił niemiłosiernie za zaśnięcie na służbie. Nagrodą za moje poświęcenie był jedynie bilet do jadącej na parter windy, ale za to w jej sektorze dla VIPów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz