Słońce kładące się na moją pryczę z okiennych ram przyciska mnie mnie do szafy. Zwiotczałe mięśnie z trudem ratują ciało przed hipertermią, pełzną od jasności osłaniane barierą z gniecionej kołdry wiodąc umysł w senną ucieczkę wątpliwymi korytarzami. Pośród sterty pluszowych zwierząt znajduję bombę zegarową z zapalnikiem zasilanym baterią-paluszkiem ukrytą w bebechach biało-różowego kotka. Bohatersko wyciągam zeń paluszek i po chwili zderzam się ze wściekłym przedszkolakiem, który okazuje się autorem śmiercionośnej bomby. Wymachuje przed moimi oczami schematem konstrukcji namalowanym kredkami świecowymi w bloku rysunkowym, przewraca kartkę z wyrzutem wskazując obraz spodziewanej eksplozji, wydarty z ciepłokolorowej bibuły. Do spełnienia jego katastroficznej wizji brakuje tylko jednego paluszka, który chowam sobie do buzi na znak pacyfistycznego sprzeciwu wobec tego brutalnego przejawu dziecięcego ekstremizmu. Rozwydrzające się dziecko pyta mnie czego właściwie szukam z moim dziesięciokrotnie dłuższym stażem życiowym pośród takich maluchów, których niezadowolony tłumek już zbiera się wkoło.Otaczają mnie rycerze i kowboje w plastikowym rynsztunku,wszyscy oburzeni, że bomba jeszcze nie wybuchła, choć mierzący każdy ledwie po metrze. Pomiędzy nimi przeciska się mała pielęgniarka w czepku z paskiem i pazłotkowym lusterku nad czołem. Zbliża się i wciska mi między zęby szpatułkę, każe wypowiedzieć samogłoskę, a ja z przekonaniem uznaję "S" za samogłoskę i syczę tak, by paluszka nie wypluć. Próbuję się wężem wywinąć, a ona podpowiada, że chodzi o "A" i że jeśli coś dobrego ma się urodzić z tej patowej sytuacji to należy zacząć od początku, od pierwszej litery, mówi że tylko wielki wybuch może oczyścić planszę z fałszywych pionków i łamiących zasady ruchów. Widzę jak każde pole wokół mnie jest już zajęte i nawet ci co wyrzucają kostką prawidłową liczbę oczek nie mogą mnie zbić ani przeskoczyć, bo jestem dla nich za wysoki. Mówię więc, choć trudno słowa przechodzą językiem pod którym kryje się bateryjka.
-Apeluję do was kochane dzieciaki o rozwiązanie pokojowe, gry nie można zachwiać prostym zniszczeniem, które jedynie zasieje planszę niedojrzałym mięsem ludzkim, opamiętajcie się.
Na to odzywa się konstruktor bomby chowając oczy za małymi szkiełkami okularów.
-Rok cały, od kiedy przestałem defekować w pieluchy, pracowałem nad tym wzniosłym projektem potężnej bomby, a ty dryblasie śmiesz opóźniać wybuch swoim obrzydliwym dorosłym wątpieniem. Nikt z nas tu obecnych śmierci przez rozszarpanie się nie boi, bowiem swobodne gnanie duchem zadowoliłoby nas stukrotnie bardziej od ścisłego zastoju w tym piekielnym przedszkolu którego więźniami jesteśmy niemal od urodzenia. Poza tym zguba nasza nie jest tu nieuniknioną koniecznością, na ofiarę złożymy warstwiące się dziko mury tego królestwa urojonego, w którym każdy jest niewolnikiem, a królem nikt. Oddaj nam baterię głupcze, oddaj nam moc sprawczą.
Chórem zawtórowała mu cała zgraja przedszkolaków.
-Oddaj!, Oddaj! Oddaj!
Po chwili ujrzałem poczet zbrojnych jeźdźców dosiadających odwróconych krzesełek, którzy przyciągnęli drabinę i poczęli się po niej wspinać, by sięgnąć mojej gęby. W odpowiedzi nagromadziłem zewsząd budulca wszelkiej maści, by wznieść z niego barykadę, powoli przeistaczającą się w wieżę, z której szczytu mogłem bronić się przed napierającymi dziećmi. W miarę jak wieża moja rosła stogiem dokładanych przeze mnie zabawek, zyskiwałem coraz wyższą perspektywę i lepiej orientowałem się w przebiegu gry. Na planszy rojącej się od pionków, gońców i skoczków istotnie nie widać było króla, wyróżniali się natomiast tylko hetman- konstruktor bomby i damka- pielęgniarka, którzy to małymi krzyżykami ze zbitych patyków marionetkowali resztą kompanii, podsycając w nich żar buntowniczy. Tymczasem kotek noszący w sobie bombę desperacko zlizywał sączącą się między klepkami parkietu wilgoć, która prędko przerodziła się w kałużę do kostek, potem jezioro do ramion aż w końcu zalała świat po horyzont bezbrzeżnym oceanem, zamieniając dzieci w bezgłośne rybki ledwie mogące wymówić pojedyncze "O!, O!, O!". Kaczuszki, delfiny i krokodyle, oraz wszystko co lekkie, lub napompowane zaczęło bezładnie dryfować wokół szczytowych pięter budowli, na której ostatkiem sił trzymałem grunt. Gdy zrozumiałem, że wielki potop stał się nieuniknioną alternatywą dla wielkiego wybuchu natychmiast zwróciłem się ku księżycowi- podejrzanemu winowajcy tego nagłego przypływu. Tuzin dni musiało upłynąć nim moja do granic wyciągnięta ręka sięgnęła miesięcznego satelity, bo z jego pełni ostał się jedynie ostry sierp. Ocean zdążył wyschnąć, wieża runęła z hukiem, a ja się obudziłem. Księżyc w mojej dłoni okazał się jedynie odgryzionym ze strachu paznokciem, a paluszek w buzi kciukiem, który ssał się sam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz