środa, 29 stycznia 2014

egzamin z lunautyki

W drzwiach kościoła czekał na nas ksiądz . Minę miał tak poważną, że zdawał się niewerbalnie odwodzić nas od tej ryzykownej wyprawy. Wpuścił nas, ale już w przedsionku zatrzymał tymi słowy:
-Musicie wiedzieć, że kasa nie wystarczy, żeby dostać się na księżyc. Owszem, jesteśmy gotowi udostępnić wam obie wieże naszego kościoła, pełniące czasem role jednoosobowych rakiet kosmicznych, ale po pierwsze należy  zdać egzamin z lunautyki, a po drugie musicie wrócić na Ziemię przed szóstą rano, kiedy to potrzebować będziemy dzwonów na poranną mszę.
M zanurzyła palec w kamiennej misie z wodą święconą, oblizała go i powiedziała:
- W jedną noc powinniśmy się uporać z tym co zamierzamy tam przedsięwziąć, ale do egzaminu się nie przygotowaliśmy, ja dajmy na to o księżycu wiem tyle, że regularnie swoim ponowiowym sierpem zbiera ode mnie krwawe żniwo, wtedy  też interpretuję wróżby pisane na podpaskach, ale to chyba jakiś poboczny nurt lunautyki, nieprawdaż?

- Poboczny, ale bardzo istotny, a ponieważ do wyników takich badań my księża rzadko mamy dostęp, bardzo chciałbym wiedzieć jaki obraz widniał na  twojej ostatniej podpasce?
Spytał ksiądz lekko oblizując usta
- To był pies, lub lis, jeśli weźmiemy pod uwagę rudy odcień obrazu. Tak czy inaczej zwierzę to zwinięte było w kłębek, z którego wystawały jedynie nos, uszy i ogon
M kucnęła embrionalnie imitując kłębek
- Bardzo dobry znak, mój znajomy brat Dominikanin porównał kiedyś chóralny śpiew, który kierujemy ku Bogu z psim i wilczym wyciem do księżyca właśnie. "Homo Domini Canis est"
Ksiądz złożył dłoń w głowę pieska ze sterczącymi uszami- małym i wskazującym
- Luna Cani Deus est
Odparłem chwaląc się moją szczątkową łaciną.
-Być może, ale nie będziemy wdawać się w dyskusję o psim podporządkowaniu muzułmanów, którzy podpisują się księżycem, tak jak my krzyżykiem. Czas nagli, a wy nie rozpoczęliście jeszcze egzaminu, wrzućcie swoje monety do skrzynek, a potem zapraszam do konfesjonału.
M wrzuciła swoją złotówkę do skrzynki przeznaczonej na działalność misyjną, ja natomiast wsparłem ubogich. Poczuliśmy jak wpadające z brzękiem monety uruchomiły mechanizm, którego procedury doprowadzić nas miały do samego księżyca. Pierwszy do spowiedzi poszedłem ja, a M zaczęła liczyć ilość kroków potrzebną do przejścia całej drogi krzyżowej zataczającej koło wewnątrz kościoła.
Zza kratki usłyszałem od księdza standardową formułę egzaminacyjną
- Synu, wyznaj jeden ze swoich grzechów, podając dokładne jego przyczyny, przebieg, znaczenie i konsekwencje, a następnie uzasadnij swój żal
 Odwróciłem głowę w kierunku wielkiego krucyfiksu za ołtarzem i sięgając pamięcią do lat szkolnych wyznałem:
-Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Synowi Bożemu, przeciw jego świętemu wizerunkowi na krzyżu wyrzeźbionemu. Wisiał taki podobny w naszej klasie, też chudy, z głową tak samo przechyloną, tyle że o wiele mniejszy, a ja mu dokleiłem wielkie sterczące przyrodzenie z zielonej plasteliny, obrażając tym samym uczucia religijne uczniów , wychowawczyni i katechety, który mocno się zaczerwienił na widok tego świętokradztwa.

- Jak wielkie było to przyrodzenie w stosunku do ciała Jezusa Chrystusa?

- Ponad przeciętnie ogromne, długości uda i szerokości nadgarstka,
Ksiądz odmierzył między dłońmi długość swojego uda, a pomiędzy palcami szerokość nadgarstka i odrzekł
-Być może są na świecie mężowie o członkach równie dużych, ale czemu posunąłeś się dalej od oprawców Pana Naszego, nagość jego odkrywając, skoro choćby broda wystarcza by wyrazić męskość jego?
Spróbowałem jakoś zbagatelizować mój grzech.
- Ten penis z plasteliny miał ledwie trzy centymetry, a przez aferę, którą wywołał, mało co nie wyleciałem ze szkoły. Dokleiłem go, by mieć tylko powód do śmiechu zapewne, choć zgadzam się, że postąpiłem jak ostatni Cham,

-Cham śmiał się z Noego gdy ten był nagi i pijany, za co stał się ostatnim z braci, tyś jednak przekłamał całe przesłanie Boskiego cierpienia czyniąc z niego grubiański żart. Moim zdaniem powinieneś był  wylecieć wtedy ze szkoły i ostrzegam, że jeśli nie uzasadnisz żalu, to nie zdasz egzaminu z lunautyki.
Ksiądz przestraszył mnie, jednak szybko zebrałem myśli i kładąc dłonie na dzielącej nas kracie odparłem:
-Krzyż jest opisem dwuwymiarowej płaszczyzny, to prostopadłe względem siebie osie x i y, potrzebne na przykład do określenia naszego położenia na ziemi. Wystarczy dokładna wysokość i szerokość geograficzna by znaleźć kogokolwiek, kto stopami dotyka gleby, jednak jeśli szukamy istot niebiańskich, czy też pilotów i pasażerów linii lotniczych, albo mieszkańców budynków wielopiętrowych, potrzebny nam będzie trzeci wymiar, (włożyłem środkowy palec przez kratę) prostopadłą do dwóch poprzednich oś z, którą to wyraziłem w owym czasie  tamtym nieszczęsnym członkiem. Gdybym wtedy miał wiedzę i świadomość, którą mam teraz, raczej dokleiłbym Jezusowi długi sterczący nos, sprawiając, by wszystkie trzy osie spotkały się w jednym punkcie, początku trójwymiarowego układu odniesienia, mieszczącym się mniej więcej tam gdzie szyszynka Chrystusa Zbawiciela.
Ksiądz pomachał twierdząco głową, stuknął trzy razy palcem środkowym w czubek swego nosa i zadał mi pokutę.
-Udasz się teraz do nawy z  Najświętszą Maryją Panną, następnie padniesz krzyżem przed jej obrazem i aż do momentu, który ci wyznaczę, kontemplować będziesz nagość kobiety, jednak byś broń Boże nie doznał przy tym wzwodu, zrobisz to  z perspektywy rodzącego się z jej łona dziecka, które potem ogrzewa się dotykiem jej skóry i karmi się jej piersią
Z nosem na posadzce przeniosłem się umysłem do dnia, w którym po raz pierwszy zaciągnąłem się powietrzem.
Tymczasem M i ksiądz zajęli przysługujące im zwyczajowo pozycje w konfesjonale.
-Córko, wyznaj jeden ze swoich grzechów, podając dokładne jego przyczyny, przebieg, znaczenie i konsekwencje, a następnie uzasadnij swój żal
M spojrzała w swoją otwartą dłoń i chcąc dotknąć czegoś, czego już dawno w niej nie było, odparła:
- Powiedział ksiądz "córko", to słowo przypomniało mi pewną istotę, którą często nazywałam córką, ba, nawet córeczką. Ojcze, ja zabiłam tę istotę, co prawda przez pomyłkę, ale za to całkiem intencjonalną pomyłkę.To był chomik, płci żeńskiej, czyli chomica, nazywała się Afrodyta i zaprawdę zasługiwała na to imię, bo była najpiękniejszym stworzeniem, jakiego kiedykolwiek przyszło mi dotknąć. Uwielbiałam pieścić jej mięciutkie futerko, wpatrywać się w urocze oczka i trącać uszka, karmiłam, poiłam i radowałam się kiedy robiła pyszczkiem tak:
M pokazała przez kratkę konfesjonału specyficznie chomikowy ruch pyszczkiem
- To znaczy, że ją kochałaś, dlaczego więc ją zabiłaś?
Spytał ksiądz ze śmiertelną powagą
-Chyba z miłości właśnie, a na pewno z zazdrości. Mogłam wtedy porównywać się i konkurować z każdą z moich ówczesnych szkolnych koleżanek, która z nas ładniejsza, mądrzejsza, zabawniejsza i tak dalej, było to naturalne i dawało upust zawiści, którą darzyłam niektórych ludzi. Afrodyta była jednak zwierzątkiem i nie sposób było odnaleźć kryterium wedle którego mogłam się z nią równać. Była więc nieporównywalnie piękniejsza i delikatniejsza ode mnie, a bijącą z jej czarnych oczek mądrość skrywała za skromną kurtyną najprostszych życiowych potrzeb. Kochałam ją i nienawidziłam zarazem, bo kiedy z żalem mówiłam jej, że nigdy nie będę chomikiem, ona zdawała się odpowiadać, że nawet nigdy nie chciałaby być człowiekiem.
- W jaki sposób ją zabiłaś?
- Przygotowałam jej kąpiel w misce. W obawie przed jej utonięciem zmierzyłam nawet linijką długość Afrodyty i głębokość wody zachowując niezbędną dla utrzymania gruntu różnicę
-Więc nie chciałaś jej wcale zabić?
-Raczej upozorowałam, że nie chcę. W rzeczywistości linijka miała dwie równoległe skale, długość córeczki zmierzyłam w centymetrach, a głębokość wody w trzykrotnie dłuższych calach, i tak zrzucając całą winę na błąd w pomiarach po prostu ją utopiłam.
-Pamiętasz jak długa była twoja chomica?
-Mierzyła dokładnie pięć centymetrów od czubka nosa do końca ogona
-Czy ta śmierć coś zmieniła?
-Poczułam siłę, czy raczej moc decydowania o losie innych, nigdy nie zabiłam człowieka, ale od tamtej pory wiedziałam, że mogłabym to zrobić, na przykład źle zamocować przewód hamulcowy w swoim samochodzie, tylko po to, by śmiertelnie potrącić pieszego, gdybym oczywiście miała prawo jazdy i wiedziała którędy biegnie taki przewód hamulcowy.
-Dlaczego żałujesz popełnienia tego grzechu.
M zastanowiła się przez moment i odpowiedziała
-Gdybym dała Afrodycie przeżyć, mogłabym dopuścić do niej jakiegoś samczyka, pozwolić na macierzyństwo. Od jej śmierci minęło już tyle lat, że teraz rodziłoby się (M policzyła na palcach) już piąte pokolenie jej potomków, nie wiem do końca jak to policzyć, ale to by mogły być nawet setki chomików i chomic. Zniszczyłam wtedy piękno, a mogłam je przecież pomnożyć.
-W ramach pokuty staniesz przy wrotach kościoła i otworzysz je przed pięcioma kolejnymi osobami, witając je następującymi słowami:

- Witam w domu Bożym, oby zaznał pan szczęścia w modlitwie, a śmierci się nie lękał
Z uśmiechem rzekła M i zamknęła drzwi za jednym z wiernych


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz