poniedziałek, 27 stycznia 2014

fryzura wierzby

Po spożyciu czekolady o smaku malinowym użyłem aluminiowego sreberka, w które była opakowana, do odciśnięcia własnej twarzy w postaci błyszczącej maski. Założyłem ją przed snem by odbijała wiązki budzącego światła i żeby umożliwiła szybkie przedarcie się przez ogromne woluminy nawarstwionej przestrzeni. Trafiłem wkrótce do małego górniczego miasteczka N. Na Syberii tuż przy granicy z Mongolią. Od razu udałem się do przytulnej oberży, w której w zeszłym roku kręciłem krótki film animowany. Przez środek lokalu przepływały dwa strumyki źródlanej wody tłocząc ją wyrytymi w betonowej posadzce kanionami o głębokości trzech palców wskazujących. W oberży nie ma już miejsc siedzących, wszyscy przycupnięci w głuchym oczekiwaniu na zabawienie, tylko przy jednym stoliku trwa cicha rozmowa w łamanym z jednej i powolnym z drugiej strony języku angielskim. Na czerwone firanki filtrujące na ciepło blade syberyjskie słońce padają cienie much obijających się o grube szyby zatrzaśniętych okien. Niektóre z nich zapisały pewnie w swojej muszej pamięci role w moim filmie animowanym o nowych przygodach Sindbada Żeglarza, kiedy to fruwały wokół łódki z łupiny orzecha kokosowego, którą wartkim strumykiem płynęła mała pluszowa małpka grająca wtedy Sindbada. Do oberży wszedłem całkiem przemoczony wodą płynącą kopalnianymi korytarzami, mocno nasyconą jonami glinu i ołowiu, więc obijając się o ściany zostawiałem na nich mokre sine plamy, za co zganiła mnie srodze młodsza córka oberżystki Nadia i szmatą poczęła rozcierać te plamy, tak by rozmyły się w szarości tynku. Wnet przede mną pojawił się niejaki Łanow- zrusycyzowany Chińczyk z Mandżurii oznajmiając mi, że od ostatniej wizyty nie jestem tu mile widziany, mam jednak szczęście, że akurat dziś prawie wszyscy oprócz Nadii zajęci są dyskretnym podsłuchiwaniem wzajemnych zalotów starszej córki oberżystki- Iriny i pewnego amerykańskiego reżysera filmu dokumentalnego o tutejszych górnikach. Łanow zatrudnił się u amerykanina podobnie jak u mnie w zeszłym roku jako oświetlacz i jako dowód pokazał mi podręczno- nagłowną latarkę górniczą. Ja natomiast wyciągnąłem z torby łupinę kokosu i wetknąłem weń pluszową małpkę, pytając czy jeszcze pamięta co robiliśmy przed rokiem. Pamiętał, wskazał nawet jedyny rekwizyt pozostały z naszego planu filmowego, który stanowiły dwa widelce i rozpostarty między nimi transparent z przewróconą ósemką nieskończoności. Na pamiątkę wbił owe widelce w szpary wyrzeźbione strumykiem z dnie jednego z kanionów, ja z kolei puściłem łódkę tak aby symbolicznie przepłynęła pod transparentem. Oboje życzliwie klasnęliśmy w dłonie, lecz uciszeni przez skupioną na podsłuchu oberżystkę skwitowaliśmy zdarzenie chwilą egzystencjalnej ciszy. W ciężkiej mgle z palonej mahory całe towarzystwo jak gdyby nigdy nic odwrócone plecami do Amerykanina i Iriny wciąż nasłuchiwało. Choć oberżystka nie rozumiała ani słowa angielskiego z rozmowy swojej córki, to zatarła ręce, kiedy reżyser napomknął o jej włosach, wyczuwając najwyraźniej intymniejącą atmosferę pogaduchy. Włosy Iriny owiane były legendą w całym miasteczku N i nie tylko. Podobno trzy lata temu ścięła wszystkie podczas wizyty jakiegoś perukarza z Irkucka, który był tak zachwycony, że zapłacił za nie garścią złotych samorodków. Włosy odrosły karmiąc nadzieję matki, że nawinie się na nie jakiś godny kandydat, który wyciągnie Irinę z dusznego biedowania w N. Mijając smętne skośnookie spojrzenia spod granatowych beretów i czapek uszatek opuściłem oberżę i udałem się do pobliskiego sklepu spożywczego. Wskutek jakichś niejasnych anomalii grawitacyjnych, bo przecież nie wypiłem ani szklanki spirytusu, miałem wielkie trudności przy próbie wspięcia się na drabinkowe schody prowadzące do sklepu. Zostałem wciągnięty między szczytowe deskowate szczebelki, tak że na stopniu została tylko głowa. Mało co nie zszedłem ze świata śmiercią przez uduszenie – powieszenie, gdyby na głowę nie nadepnął mi potężny górnik, przepychając ją wraz z resztą ciała w miejsce pod schodami. Szczęśliwie mocno nadwyrężona szczęka nadała mojej kulawej mowie rosyjskiej bardziej swojski akcent, dzięki któremu zyskałem trochę nadziei na przychylność tubylców. Tym razem pieczołowicie pokonałem schody, ważąc każdy krok rozpoznałem kierunek, w którym napierała nieznana mi jeszcze siła. Moja prawa ręka opuszczona z wiotkością mięśni, samoczynnie przechylała się w stronę wierzby rosnącej na przeciwległym brzegu głębokiej rzeki obmywającej granice miasteczka N. Z podestu przy wejściu do sklepu dobrze przyjrzałem się tej wierzbie przez małą lunetkę, z którą nie rozstaję się odbywając dalekie podróże tego typu. Włosowate gałązki drzewa nurzały się w rzeczystej toni w typowym dla tego gatunku płaczliwym geście. Otworzyłem drzwi sklepu i ostrożnie wszedłem do środka, jednak wykrzywiona we wspomnianym kierunku podłoga zniosła moje koziołkujące ciało w kąt, w który wciśnięta była wielka gablota ze świeżymi wypatroszonymi rybami. Wylądowałem z twarzą przytłoczoną do szyby oko w oko z ogromnym wiszącym za nia jesiotrem. Ryba otworzyła swą paszczę i zdawało się że słyszę wypowiadaną przez nią przestrogę odnoszącą się do wyboru żyłki i haczyka, na który przyjdzie mi się schwytać.Od szyby odkleiły mnie silne górnicze ramiona, a kiedy odwróciły frontem do siebie, spostrzegłem dwóch rosłych chłopów z ostrym, wyzywająco przesadzonym makijażu, czerwonoustych z zachodzącymi słońcami na polikach. We włosy wpięte mieli kosmyki włókien kukurydzianych, a brakujące zęby wypełniały ziarna kukurydzy. Spytali mnie ile spirytusu wyżłopałem skoro tak dynamicznie się turlam, ja na to że tylko parę kropel dla odkażenia popękanych ust, a oni że zapewne starucha nie serwuje, żeby nie wstydzić się przed Amerykańcem dzikich hulanek, które zwyczajowo są na porządku dziennym w N-skiej oberży, i żeby nie spartolić naszej Irinie szansy na złowienie takiej grubej ryby, mówiąc to jeden z nich zastukał w szybę do jesiotra, który zamknął gębę w głuchej odpowiedzi. Spytałem ich dlaczego się tak wystroili , a oni w śmiech i szturchając mnie dziwią się że nie poznaję, - jesteśmy wszakże przyszłymi córkami Amerykańca i Iriny, nazywamy się Corny i Horny i właśnie idziemy do naszych przyszłych rodziców żeby ponarzekać jak strasznie nam nudno i przekonać, żeby zabrali nas do naszej willi w Ohio swoim złotym kadilakiem. Pochwaliłem ich szutki i przypuściłem, że Irina bardzo się ucieszy z wyjazdu, bo zbyt wiele lat dzieliła ze wszystkimi nudy panujące w N. Dostałem za ten komentarz po razie od obydwu pięścią po mordzie w skrytości ciesząc się , że dalsze gnębienie mojej szczęki uczyni obcość mojego akcentu nierozpoznawalną. Wybitego zęba schowałem w kieszonce koszuli i podążając ża żartem Corny i Horny zastapiłem go suchym ziarnem kukurydzy. Po chwili siostry zorganizowały mi przelot z podestu na piaszczysty brzeg rzeki, częstując niemal swojsko brzmiącym słowem "swołocz", po czym klnąc i śmiejąc się na przemian udały się w stronę oberży. Leżąc plackiem na piasku znów ujrzałem wierzbę sponad wydmy wysokości kciuka. Ponieważ z tej odległości zmierzyłem, że drzewo jest również wysokie na kciuk, uznałem swoje położenie za dobry omen wróżący uzasadnione powodzenie przeprawy przez rzekę zwłaszcza, że mojemu spostrzeżeniu towarzyszyło znajome brzęczenie stali. Łanow stał po kostki zanurzony w wodzie stukając miarowo widelcem o widelec. -Tak, ja również zupełnie spontanicznie zapałałem ochotą odzwierciedlenia przygód Sindbada Żeglarza w wymiarze pełnoludzkim i to nie koniecznie w sfilmowanej wersji.- powiedział Łanow, kiedy podczołgałem się do brzegu, zanurzając palce w lodowatej wodzie. -Nie ma sensu ryzykować zapalenia płuc, a nawet utonięcia w wyniku przeprawy wpław. Dostałem właśnie wypłatę od amerykańskiego reżysera, więc możemy zapewnić sobie transport i z suchymi włosami choć na chwilę oprzeć się o pień tej wierzby, którą zapewne zdążył już pan zauważyć, a której przed rokiem jeszcze tu nie było, kiedy filmowaliśmy małpkę żeglarza. Pewnej nocy, siedem miesięcy temu została tam przywieziona starą ciężarówką marki Kraz i zasadzona przy samym brzegu przez kilkunastoosobową ekipę robotników, wyznał mi to w sekrecie jeden z flisaków, kiedy obdarowałem go pełną szklanicą spirytu. Łanow położył się na piasku obok mnie i oboje przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w tajemnicze drzewo na drugim brzegu. -Wiedziałem że wcześniej czy później przywoła cię to miejsce przyjacielu i że sam nigdy nie odważyłbym się zgłębić jego tajemnicy. Prawdę mówiąc tylko raz przekroczyłem tę rzeką na barce przewożącej rudę z kopalni, ale napięty harmonogram zdjęć do filmu nie pozwolił na zbliżenie się do tej wierzby. Nawet zaproponowałem podobną wyprawę Amerykańcowi, ale był zbyt pochłonięty przesłuchaniami wywiadowczymi górniczych rodzin, by zgodzić się na tak fantastycznie nieobiecującą dygresję od planu. Swoją drogą jego dobroczynne zasługi są nieporównywalnie większe od twoich upierdliwych dekoracji, o które musieli się potykać klienci oberży, pamiętasz jeszcze te kamienne posążki obscenicznych bóstw, które spoglądały na przepływającą małpkę ze skrajów kanionu?- pamiętałem dokładnie jak na oślep roztrzaskiwaliśmy większe głazy, a odłamki jakimś naturalnym cudem przyjmowały kształty na wpół antropomorficzne, by potem posłużyć jako niemi świadkowie rejsu Sindbada. -Otóż to co zrobił dla miasta główny sponsor tego amerykańskiego filmu może być dla naszych planów bardzo użyteczne, sam zresztą zobaczysz, to jakieś pół godziny stąd, piechotą jeszcze mniej, ale ze względów bezpieczeństwa powinniśmy się tam doczołgać. Łanow odsunął się od brzegu i zaczął czołgać się wzdłuż w górę rzeki, ja podążyłem za nim poprawiając kręty ślad żłobiony w plaży jego kończynami. Pełzaliśmy długo, ciskając napotkane kamienie i patyki do wody, a ponieważ ślad nasz musiał z góry wyglądać jak warkocz, a natura naszej ekspedycji wciąż zdawała mi się niejasna, przypomniała mi się nosząca warkocz młodsza siostra Iriny Nadia, która podobno znalazła kiedyś na dywanie w swoim pokoju cienkie włókno przypominające włos. Bardzo zaniepokoiła ją niepewność czy włókno istotnie jest włosem, czy bierze się z rozczapierzystości samego dywanu, czy też jego pochodzenie jest jeszcze odmienniejsze, a co za tym idzie jeszcze bardziej niepokojące. W celu rozwikłania wątpliwości wyrwała własny włos, żeby porównać go z włóknem, jednak lekka wada wzroku i być może brak dostępu do mikroskopu uczyniły z problemu niezwykle uciążliwe natręctwo, które z czasem uniemożliwiło jej normalne funkcjonowanie do tego stopnia że spędzała godziny, a potem całe dnie na bezowocnym porównywaniu włókna z włosami, a następnie z innymi występującymi w pokoju żyłkami, nitkami i sznureczkami. W dodatku dla zachowania warunków eksperymentalnych utrzymywała swój pokój z drzwiami i oknami zamkniętymi na klucz, odcinając go od świata zewnętrznego, a tym samym od możliwości kontaminacji obcymi włóknami i ewentualnego odfrunięcia włókna w razie przeciągu. Zupełnie nieistotny stał się dla niej głód, pragnienie i brak kontaktu z bliskimi w obliczu potencjalnej identyfikacji włókna. Kiedy sytuacja stała się krytyczna i cała rodzina z oberżystką i Iriną na czele zaległa na klęczkach przej drzwiami jej pokoju błagając by wreszcie wyszła, Nadia wyplotła z warkocza pojedynczy włos, przewlekła go przez dziurkę od klucza, tak aby rodzina mogła go dotknąć, po czym oznajmiła że jest zajęta i ze zdwojoną determinacją poświęciła się dalszemu porównywaniu.
W końcu doczołgaliśmy się z Łanowem do celu. Przy plaży stał pokaźny sklecony z płyt eternitowych barak. Wokół niego piętrzyły się stosy pustych butelek wszelkiej objętości przeznaczonych na sprzedaż, a ducha spirytu czuć było z odległości trzydziestu kroków. Przed barakiem leżał upojony, rozchełstany i nieogolony właściciel przez sen mruczący pieśń marynarską z czasów świetności "Aurory". Łanow bez słowa włożył mu pod koszulę pęk pięciodolarówek, a z kieszeni wyjął klucz do baraku, otworzył kłódkę, ściągnął łańcuch i po chwili z cienia wyłonił się kadłub wehikułu, którym przyjdzie nam przemierzyć wodę dzielącą nas od wierzby. Była to ogromna siedmiokilolitrowa butelka po kokakoli. Firma była oficjalnym sponsorem amerykańskiego filmu dokumentalnego i podarowała napój wszystkim spragnionym ustom i żołądkom mieszkańców miasteczka N. Podobno prawdziwą przyczyną przelotu tak wielkiej butli nad cieśniną Beringa prosto do zaściankowego miasteczka na Syberii było strategiczne posunięcie w kampanii reklamowej mające na celu wyparcie z rynku kwasu chlebowego i ustanowienie przyczółka dla podboju wybrednych mongolskich kubków smakowych. Podejrzewam jednak, że chodziło również o zagarnięcie jakiegoś rzadkiego minerału stanowiącego część składową nowej tajnej receptury kokakoli, a występującego w tutejszych kopalniach. Tak czy owak tuż przed moim przybyciem tysiące pielgrzymów ściągnęło do N. By zapić spiryt oryginalną amerykańską kokakolą z wielkiej butli. Z radości prędko wcisnąłem się do środka przez ciasną szyjkę i począłem zlizywać ze ścianki lepki osad słodkości. Zobaczyłem jak Łanow szkicuje sprężynową trajektorię przepływu butelki. Poślinił palec by tylko upewnić się, że wiatr wieje w kierunku drzewa. Wnętrze naszej kapsuły było dość obszerne by pomieścić nawet cztery osoby o ile przyjęło się pozycję kucającą. Pomogłem przyjacielowi wśliznąć do środka i oboje przesuwając własne masy drobnymi kroczkami wtoczyliśmy się do wody. Rwący nurt poniósł nas w dół rzeki, my natomiast wciąż toczyliśmy butelkę od wewnątrz jak chomiki biegnące po kołowrotku. Pod nami spostrzegliśmy dziwujące się rybie spojrzenia, a jeden z jesiotrów zdał się życzyć nam powodzenia. - Jesteśmy już w jej władaniu- powiedział Łanow, kiedy wokół nas pojawiły się witki wierzby, które zanurzała w rzece, nasze obroty nawinęły je na wehikuł jak włosy na lokówkę, lub jak spaghetti na widelec. Kiedy zbliżyliśmy się do wierzby na odległość rzutu kamieniem, ta ścisnęła butelkę swoimi konarami tak że najpierw utknęliśmy w szyjce a następnie nadciśnienie wystrzeliło nas jak szampanowe korki. Moc przyciągania skierowała nas wprost na pień, a kiedy po uderzeniu odzyskaliśmy przytomność doświadczyliśmy powolnego ruchu po powierzchni wierzbowej kory. Omszona jej faktura widziana z odległości nosa przypominała ląd obserwowany z perspektywy samolotu, lub balonu na gorące powietrze dzięki odbitym od niej ciepłym oddechom. Mijaliśmy lasy mchów i łąki porostów kierując się podług infrastruktury pajęczynowych splotów i exodusu robactwa przeróżnego sortu. Na wzór dalekich osiedli w dolinach popękanej kory wciśnięte były drobinki piasku i odłamki kamieni, a wszystko to zmierzało wraz z nami do odkrycia tajemnicy, tak jakby wierzba zainscenizowała całą moją wizytę w miasteczku N. Tylko dlatego, że było jej z jakichś nieznanych powodów śpieszno, byśmy z towarzyszącym mi Chińczykiem dotarli do samego jej sedna, jakby w jej drzewnej naturze leżało dzielenie się sekretem, do którego bramę stanowiła niewielka dziupla wymacana przez Łanowa dokładnie na wysokości oczu. Wysupłał szybko swoje dwa widelce i zaparł się nimi krawędzi dziupli, żeby ta nie wessała jego głowy, bo w miarę zbliżania się do otworu jego niegdyś skośne oczy nadzwyczaj się wybałuszały, aż wreszcie pocałunek wierzby pokrył jego twarz pozwalając wejrzeć do jej wnętrza. Jego dłonie z trudem trzymały się widelców, a dygoczące nogi energicznie kopały pień chcąc jakby wydobyć z niego jeszcze więcej. Trwało to parę dłużących się przyśpieszonym tempem sekund, a kiedy wierzba uznała najwyraźniej, że Łanow zobaczył już dość, odrzuciła go od siebie prosto do rzeki, w locie zwrócił się jeszcze do mnie palcem przyciśniętym do ust, dając do zrozumienia, że przyjdzie mi teraz zaznajomić się z wielkim sekretem, który ściągnął mnie na ten koniec świata ze środka Europy. Przewidując, że w dziupli mogą panować ciemności nie do przebrnięcia dla mojego kurzoślepego oka, w ostatniej chwili potarłem zapałkę żeglarską o korę wierzby i wetknąłem ją w dłoń pluszowej małpki jak pochodnię, po czym wysłałem tego na wpół ożywionego Sindbada w kokosowej łajbie do środka aby rozjaśnił mi perspektywę. Po chwili twarz moja utkwiła w dziurze, dłonie chwyciły się widelców, a ponieważ głód poznania miotał mną jak nigdy dotąd, to pewnie z powodu tej zajadłej żarłoczności przegryzłem sobie wargę czując żelazisty smak posoki. Oto co ujrzałem w świetle sindbadowej latarni: kamienie różnej wielkości i kształtu, nawet szlachetne i półszlachetne, połamane cegły, odłamki skał i rudy kilku metali, śruby rozmaitego kalibru, niektóre z nakrętkami, zardzewiałe gwoździe, ostre kawałki szklanych butelek o lśniących denkach, powyginane pręty i zwijane druty, fragmenty tkanin porwanych i nadpalonych, naturalnych i syntetycznych, bilon i strzępki banknotów walut obcych, zgniecione puszki po konserwach, biżuterię, dziurawe buty bez pary, popsute zabawki, koniki i samochodziki, podgniłe i nadgryzione warzywa, owoce i ich obierki, kości drobiowe i ssacze, pióra, sznurki, żyłki i nitki różnej długości i grubości oraz kilka wyrwanych włosów. Oszołomiła mnie wielość różnorodnych form materii zawarta w pniu jednego drzewa, ale dopiero pluszowo obojętna mina iluminującej to wszystko małpki uświadomiła mi funkcję wierzby, a co za tym idzie przyczynę ogromnej siły przyciągania znajdującej w niej źródło. Splunąłem krwią do dziupli zasiewając przy okazji kukurydzianego zęba, a sam zostałem wypluty w głębię rzeki. Wypływając powoli na powierzchnię pomyślałem sobie, że Sindbada wcale nie zdziwił widok zawartości wierzby, ponieważ był on muzułmaninem, któremu znajoma była zarówno moc grawitacyjna mekkańskiej Kaaby z jej czarnym odciskiem stopy, jak i nieco odmienna moc stojącego nieopodal kamiennego słupka utożsamianego z szatanem, który ściągał na siebie tysiące zewsząd rzucanych kamieni. Wierzba musiała być zatem swoistym szatańskim śmietnikiem gromadzącym ogromne ciężary ludzkiej pamięci w postaci wszelkich przedmiotów wrzucanych w jej wnętrze, po których mogła następnie z uwagi na swoją wierzbową naturę zwyczajnie zapłakać.. Wynurzyłem się wreszcie, lecz tafla wody zastygła nagle asfaltem pozostawiając moją głowę na środku bezkresnej jezdni, która przed chwilą jeszcze zdawała się być rzeką. Głowa Łanowa wystawała jakieś trzydzieści kroków ode mnie, kiedy usłyszeliśmy zbliżający się warkot silnika. Wołaliśmy nawet o pomoc, lecz nadjeżdżająca ciężarówka minęła nas szczęśliwie między swoimi kołami. Był to stary Kraz wiozący wyrwaną z korzeniami wierzbę z przytulonymi do niej robotnikami. Na tylnej rejestracji widniała przewrócona ósemka. - Zapewne wyruszyła w poszukiwaniu nowych skarbów -oznajmił Łanow 

Dokładnie pamiętam moment, w którym Łanow rozpłakał się o świcie, trzeciego dnia naszego unieruchomienia. Wcześniej doszliśmy do wniosku, że wierzba celowo zasadziła nas w asfalcie, byśmy nie próbowali za nią podążać, po tym jak sięgnęliśmy wzrokiem jej sedna, ale już trzeciego dnia pojawiła się smutna perspektywa śmierci od wilczych zębów, kiedy zdartymi od krzyku głosami nie byliśmy już w stanie odganiać watahy zataczającej wokół nas coraz ciaśniejsze kręgi. Wtedy właśnie powiedziałem, żebyśmy nie zapominali o nadziei, a ona pojawiła się wywołana po imieniu. Nadia triumfalnie wstąpiła na jezdnię, kilofem  wystukując w niej skoczny rytm. W drugiej dłoni trzymała wierzbową gałązkę dając jasno do zrozumienia, że znalazła się w tym miejscu z tego samego co my powodu. Głaszcząc  nasze głowy listkiem wieńczącym gałązkę, tanecznym truchtem zatoczyła wokół nich rytualną ósemkę. Potem stanęła w jej środku i odezwała się jednym zdaniem wielokrotnie złożonym ogarniając istotę chłonącego drzewa. Do dziś nie jestem w stanie odtworzyć sekwencji tamtych słów, ale były one tak mądre, że kiedy skończyła mówić, wilki zaczęły nagle wyć w jej stronę, a Łanow i ja zrozumieliśmy, że językiem ledwie sięgamy jej pięt nie tylko w sensie dosłownym. Wtedy właśnie pokochałem Nadię, a z każdym kruszącym asfalt uderzeniem jej kilofa, czułem się bardziej wolny i śmiertelniej zakochany.
-Nie patrz tak na mnie, bo się rozproszę i rozłupię ci czaszkę niechcący- ostrzegła, a ja zamknąłem oczy, bo chciałem przeżyć w jej pobliżu resztę mojego czasu.

Przez cały październik wyręczałem ją we wszystkich obowiązkach, które nałożyła na nią matka oberżystka i robiłem to bezpłatnie, żywiąc się własnoręcznie łowionymi w rzece rybami. W tym czasie Nadia prawie nie wychodziła ze swojego pokoju pochłonięta badaniami nad czymś czego, jak twierdziła, i tak bym nie zrozumiał. Wyrzucając śmieci natrafiałem czasem na skrawki papieru z wydartymi fragmentami skomplikowanych algorytmów pisanych ołówkiem. Zbierałem te dowody jej geniuszu i nie pojmując ich znaczenia zapamiętywałem jak modlitwy by móc choć przez chwilę podążać za myślami, które wytworzył ukochany przeze mnie mózg. Nadia rozmawiała ze mną tylko kilka minut dziennie w trakcie krótkiej przerwy na papierosa. Każdym wdechem pochłaniała wtedy różne objętości dymu, zmieniając kształt ust i napięcie policzków przy każdym wydechu, a następnie prosiła bym opisał kształt powstałych w ten sposób chmur. Ponieważ wszystkie wyglądały podobnie, to przez całe dnie podczas sprzątania i gotowania obmyślałem dla nich nowe znaczenia, którymi mógłbym nasycić jej ciekawość. Widziałem więc wynurzonego z dymu ślimaka pnącego się po pałacowej wieży, by sięgnąć gwiazd na mundurze dostojnego marszałka o żyrafiej szyi, pierzastego wieloryba nurkującego w smutnym oku szczenięcia, którego ogon zwijał się w poemat o kulawej krawcowej, lub stado ptaków o jednym dziobie połykającym ziarno drzewa, którego sprężynowy pień strzela wrzecionowatym owocem w drugi brzeg oceanu. Nadia uważnie słuchała moich opisów poprawiając błędne akcenty i końcówki, jednak dopiero gdy zobaczyłem w tytoniowym tumanie bałwana toczącego z siebie coraz to mniejsze kule śniegowe, po raz pierwszy uśmiechnęła się, pytając czy wiem co to jest śnieg.

Od tamtego pytania minął rok, a ja w tym czasie nauczyłem się o śniegu wszystkiego, czego wymagała moja nowa posada selekcjonera śnieżynek. Jeszcze przed wyjazdem Nadii, moje zadanie polegało na powiększaniu znajdującej się w zamrażarce kolekcji o nowe próbki białego puchu, za co nagradzała mnie szczątkowymi raportami jej intelektualnych dokonań. Po stwierdzeniach typu " na ujemne potęgi prawdopodobieństwa istnienia takiego kształtu powinno starczyć palców na dłoniach i stopach" , lub "zdaje się, że potrzeba śmiertelnej gorączki by dotykiem móc stopić jej strukturę" wnioskowałem, że pracuje nad jakimś cudem przeczącym zdrowemu rozsądkowi, jednak  o prawdziwej doniosłości jej naukowego odkrycia dowiedziałem się dopiero z listu nadanego z Międzynarodowego Instytutu Nixologii, który w formie papierowego samolotu przyleciał z dalekiej Islandii i utkwił dziobem w szczelinie drzwi do oberży w miasteczku N. Oberżystka popłakała się, gdy zrozumiała, że po wyjeździe Iriny do USA przyjdzie jej stracić również Nadię, na której korespondencyjnie nadany tytuł doktora nauk przyrodniczych wymuszał w pełni sponsorowaną podróż, w trakcie której miała ona zaszczycać czołówkę światowych uniwersytetów swoimi wykładami o własnościach pentagonalnej superśnieżynki.

Najpierw do miasteczka przypełzły samokładne tory kolejowe specjalnie po nią wyrosłej odnogi linii transsyberyjskiej , a następnie dojechała nimi luksusowa drezyna napędzana siłą mięśni trzymetrowego niedźwiedzia ubranego w zimowy strój kolejarza. Niedźwiedź był zmęczony pedałowaniem, obrócił więc swoją podręczną klepsydrę informując, że ma jeszcze godzinę do odjazdu. Jakże wielka była moja radość gdy Nadia zdecydowała się spędzić tę ostatnią godzinę właśnie w moim towarzystwie.
-Musisz wiedzieć, że doskonale zdaję sobie sprawę co do mnie czujesz, dlatego też obiecuję spędzić z tobą cały miesiąc jako twoja narzeczona, jeżeli tylko uda ci się odszukać dla mnie fizyczny przykład przewidzianego moimi obliczeniami wzoru śnieżynki. Nie powiem ci na ile oceniam szanse jej odnalezienia, ani ile zapłacą mi za nią koncerny budowlane, by nie zakłócić wizji szczęśliwych chwil, które możemy spędzić razem, będących dla ciebie jedyną wartą zachodu nagrodą. Wycięłam z serwetki kształt, którego będziesz szukał, daję ci również kasetę dyktafonową z nagraniem mojego wykładu o tej dziwnej małej gwiazdeczce zastygłej wody, a mikroskop, resztę sprzętu i podróże będziesz musiał zorganizować we własnym zakresie. Potrzebujesz czegoś jeszcze? - zapytała mnie spoglądając na czekającego przy drezynie niedźwiedzia
-Odgryź i zostaw mi paznokieć swojego palca wskazującego, bym pamiętał, że to ty wskazałaś mi cel poszukiwań i daj mi też ten z palca serdecznego, żeby przypominał o obiecanym przez ciebie narzeczeństwie.
Nadia odgryzła oba paznokcie i położyła mi na dłoni mówiąc.
-Są twoje, jeśli zdołasz nimi nakarmić wiarę równie wielką jak twoja miłość do mnie. Tylko wysoki współczynnik wiary mnoży ułamek prawdopodobieństwa napotkania tej śnieżynki do wartości godnych jakiejkolwiek nadziei. Z każdego miasta, w którym wygłoszę wykład będę przesyłać ci pocztówkę z pytaniem o postępy twoich poszukiwań, a ty w odpowiedzi podawać będziesz liczbę sprawdzonych pod mikroskopem kryształków aż do chwili, w której odnajdziesz ten wyjątkowy pięcioramienny, sfotografujesz go i schowasz w kapsule izotermicznej z etykietką zawierającą dokładny czas i współrzędne miejsca odnalezienia.

Zapamiętałem jej badawcze wskazówki dziękując za możliwość przysłużenia się szczytnym celom naukowym i podkreślając, ze choć nie jestem godzien obcowania z tak cudną kobietą to perspektywa miesięcznego narzeczeństwa napawa mnie szczęściem wręcz niepojętym. Nadia poczęstowała mnie chłodnym pocałunkiem w czoło, wskoczyła do drezyny i zniknęła na długie miesiące w wielkim świecie.

Siedzę teraz sam w moim namiocie i rozszyfrowuję pocztówkę z Londynu, którą dostarczył mi renifer pocztowy. Od dłuższego czasu nie spotkałem na moim podbiegunowym pustkowiu żadnego człowieka. Wiem, że trzydzieści wiorst na północ mieszka pewien badacz zórz polarnych, wnioskując po świetlistej korespondencji, którą na swoich rogach przynosi mu renifer. Z kolei parę dni drogi na południowy zachód znajduje się osada starców noszących to samo imię - Mikołaj i trudniących się rzeźbieniem w lodzie wielokształtnych form przynoszących radość najmłodszym. Ja natomiast otoczony jestem ogromem badanej przeze mnie substancji- śniegu. Uczyniłem ze swojego półkulistego namiotu kaplicę tęsknoty za moja Nadią, zaś analizę typologiczną tysięcy sześcioramiennych śnieżynek przeprowadzam nad strumieniem wpadającym do morza arktycznego w świetle długich dni polarnych. Namiot służy mi za model północnej półkuli planetarnej, pod której powierzchnią przyklejam widokówki adekwatnie do miejsca ich nadania. W środku rozpalam ognisko z niezgrabnych listów pisanych do Nadii mając nadzieję, że dym wydostający się z biegunowej szpary na szczycie namiotu dotrze kiedyś ponad jej głowę w postaci wyindukowanych chmur i pozwoli zrozumieć, jak bardzo mi jej brakuje. Mam tutaj spory zapas styropianu, z którego wycinam namiastki pocztówkowych miast. Zbudowałem właśnie domy brytyjskiego parlamentu przypinając mój ręczny zegarek do wieży Big Bena by pozbyć się porcji czasu dzielącego mnie od znalezienia upragnionego kryształka. Zaludniam przygotowaną makietę sprawdzonymi już śnieżynkami, jakby to byli wszyscy naukowcy i studenci Nixologii, którym przyszło słuchać wykładów Nadii. To już siódma stolica, której podobiznę wyskrobuję w styropianie, by następnie pozwolić jej oddalić się z nurtem rzeki  prowokując w swojej głowie wrażenie podróży. Jeśli chodzi o kształt superśnieżynki i jej funkcję w roju zwyczajnych śnieżynek to do dziś nie pojąłem w pełni tych skomplikowanych kwestii. Ilość słów w moich notatkach do wykładu Nadii parokrotnie przewyższa tę użytą przez nią samą, tak jakby każde jej słowo było fundamentem do budowy nowego zdania. Opisana przez nią struktura kryształu jest niejako pierwotnym wzorem dla wszechśniegu na całej planecie. Każde z pięciu ramion lodowej gwiazdeczki rozrastać się ma w inny sposób tworząc setki spustów uruchamiających nowe procesy krystalizacji Nadia wysunęła  hipotezę, ze za tę niezwykłą strukturę odpowiedzialne są zawarte w niej jony Astatu i że co najmniej połowa z najwyżej kilku istniejących na świecie okazów już opadła na ziemię. Reszta krąży gdzieś w dolnych partiach stratosfery i prowokuje schłodzone chmury do opadów.

Po trzech kwartałach bezowocnych poszukiwań zaświtała mi w głowie cienka granica między tym co odkryte a tym co stworzone i podjąłem próbę skonstruowania tej dziwnej mikrostruktury, którą tak trudno było zastać w naturze. Ze złomu po starej stacji meteorologicznej zmontowałem rodzaj powiększalnika do wywoływania fotografii o odwróconym działaniu. Mój pomniejszalnik rzucał zminiaturyzowany cień wyciętej z serwetki śnieżynki na cienkie zaparowane szkiełko. Różnica temperatur między cieniem, a oświetlonym tłem miała sprowokować wodę do krystalizacji w ramach narzuconego kształtu.
 
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz