Po
spożyciu czekolady o smaku malinowym użyłem aluminiowego sreberka,
w które była opakowana, do odciśnięcia własnej twarzy w postaci
błyszczącej maski. Założyłem ją przed snem by odbijała wiązki
budzącego światła i żeby umożliwiła szybkie przedarcie się
przez ogromne woluminy nawarstwionej przestrzeni. Trafiłem wkrótce
do małego górniczego miasteczka N. Na Syberii tuż przy granicy z
Mongolią. Od razu udałem się do przytulnej oberży, w której w
zeszłym roku kręciłem krótki film animowany. Przez środek lokalu
przepływały dwa strumyki źródlanej wody tłocząc ją wyrytymi w
betonowej posadzce kanionami o głębokości trzech palców
wskazujących. W oberży nie ma już miejsc siedzących, wszyscy
przycupnięci w głuchym oczekiwaniu na zabawienie, tylko przy jednym
stoliku trwa cicha rozmowa w łamanym z jednej i powolnym z drugiej
strony języku angielskim. Na czerwone firanki filtrujące na ciepło
blade syberyjskie słońce padają cienie much obijających się o
grube szyby zatrzaśniętych okien. Niektóre z nich zapisały pewnie
w swojej muszej pamięci role w moim filmie animowanym o nowych
przygodach Sindbada Żeglarza, kiedy to fruwały wokół łódki z
łupiny orzecha kokosowego, którą wartkim strumykiem płynęła
mała pluszowa małpka grająca wtedy Sindbada. Do oberży wszedłem
całkiem przemoczony wodą płynącą kopalnianymi korytarzami, mocno
nasyconą jonami glinu i ołowiu, więc obijając się o ściany
zostawiałem na nich mokre sine plamy, za co zganiła mnie srodze
młodsza córka oberżystki Nadia i szmatą poczęła rozcierać te
plamy, tak by rozmyły się w szarości tynku. Wnet przede mną
pojawił się niejaki Łanow- zrusycyzowany Chińczyk z Mandżurii
oznajmiając mi, że od ostatniej wizyty nie jestem tu mile widziany,
mam jednak szczęście, że akurat dziś prawie wszyscy oprócz Nadii
zajęci są dyskretnym podsłuchiwaniem wzajemnych zalotów starszej
córki oberżystki- Iriny i pewnego amerykańskiego reżysera filmu
dokumentalnego o tutejszych górnikach. Łanow zatrudnił się u
amerykanina podobnie jak u mnie w zeszłym roku jako oświetlacz i
jako dowód pokazał mi podręczno- nagłowną latarkę górniczą.
Ja natomiast wyciągnąłem z torby łupinę kokosu i wetknąłem weń
pluszową małpkę, pytając czy jeszcze pamięta co robiliśmy przed
rokiem. Pamiętał, wskazał nawet jedyny rekwizyt pozostały z
naszego planu filmowego, który stanowiły dwa widelce i rozpostarty
między nimi transparent z przewróconą ósemką nieskończoności.
Na pamiątkę wbił owe widelce w szpary wyrzeźbione strumykiem z
dnie jednego z kanionów, ja z kolei puściłem łódkę tak aby
symbolicznie przepłynęła pod transparentem. Oboje życzliwie
klasnęliśmy w dłonie, lecz uciszeni przez skupioną na podsłuchu
oberżystkę skwitowaliśmy zdarzenie chwilą egzystencjalnej ciszy.
W ciężkiej mgle z palonej mahory całe towarzystwo jak gdyby nigdy
nic odwrócone plecami do Amerykanina i Iriny wciąż nasłuchiwało.
Choć oberżystka nie rozumiała ani słowa angielskiego z rozmowy
swojej córki, to zatarła ręce, kiedy reżyser napomknął o jej
włosach, wyczuwając najwyraźniej intymniejącą atmosferę pogaduchy. Włosy Iriny owiane były legendą w całym miasteczku N
i nie tylko. Podobno trzy lata temu ścięła wszystkie podczas
wizyty jakiegoś perukarza z Irkucka, który był tak zachwycony, że
zapłacił za nie garścią złotych samorodków. Włosy odrosły
karmiąc nadzieję matki, że nawinie się na nie jakiś godny
kandydat, który wyciągnie Irinę z dusznego biedowania w N. Mijając
smętne skośnookie spojrzenia spod granatowych beretów i czapek
uszatek opuściłem oberżę i udałem się do pobliskiego sklepu
spożywczego. Wskutek jakichś niejasnych anomalii grawitacyjnych, bo
przecież nie wypiłem ani szklanki spirytusu, miałem wielkie
trudności przy próbie wspięcia się na drabinkowe schody
prowadzące do sklepu. Zostałem wciągnięty między szczytowe
deskowate szczebelki, tak że na stopniu została tylko głowa. Mało
co nie zszedłem ze świata śmiercią przez uduszenie –
powieszenie, gdyby na głowę nie nadepnął mi potężny górnik,
przepychając ją wraz z resztą ciała w miejsce pod schodami.
Szczęśliwie mocno nadwyrężona szczęka nadała mojej kulawej
mowie rosyjskiej bardziej swojski akcent, dzięki któremu zyskałem
trochę nadziei na przychylność tubylców. Tym razem
pieczołowicie pokonałem schody, ważąc każdy krok rozpoznałem
kierunek, w którym napierała nieznana mi jeszcze siła. Moja prawa
ręka opuszczona z wiotkością mięśni, samoczynnie przechylała
się w stronę wierzby rosnącej na przeciwległym brzegu głębokiej
rzeki obmywającej granice miasteczka N. Z podestu przy wejściu do
sklepu dobrze przyjrzałem się tej wierzbie przez małą lunetkę, z
którą nie rozstaję się odbywając dalekie podróże tego typu.
Włosowate gałązki drzewa nurzały się w rzeczystej toni w typowym
dla tego gatunku płaczliwym geście. Otworzyłem drzwi sklepu i
ostrożnie wszedłem do środka, jednak wykrzywiona we wspomnianym
kierunku podłoga zniosła moje koziołkujące ciało w kąt, w który
wciśnięta była wielka gablota ze świeżymi wypatroszonymi rybami.
Wylądowałem z twarzą przytłoczoną do szyby oko w oko z ogromnym
wiszącym za nia jesiotrem. Ryba otworzyła swą paszczę i zdawało
się że słyszę wypowiadaną przez nią przestrogę odnoszącą się
do wyboru żyłki i haczyka, na który przyjdzie mi się schwytać.Od
szyby odkleiły mnie silne górnicze ramiona, a kiedy odwróciły
frontem do siebie, spostrzegłem dwóch rosłych chłopów z ostrym,
wyzywająco przesadzonym makijażu, czerwonoustych z zachodzącymi
słońcami na polikach. We włosy wpięte mieli kosmyki włókien
kukurydzianych, a brakujące zęby wypełniały ziarna kukurydzy.
Spytali mnie ile spirytusu wyżłopałem skoro tak dynamicznie się
turlam, ja na to że tylko parę kropel dla odkażenia popękanych
ust, a oni że zapewne starucha nie serwuje, żeby nie wstydzić się
przed Amerykańcem dzikich hulanek, które zwyczajowo są na porządku
dziennym w N-skiej oberży, i żeby nie spartolić naszej Irinie
szansy na złowienie takiej grubej ryby, mówiąc to jeden z nich
zastukał w szybę do jesiotra, który zamknął gębę w głuchej
odpowiedzi. Spytałem ich dlaczego się tak wystroili , a oni w
śmiech i szturchając mnie dziwią się że nie poznaję, - jesteśmy
wszakże przyszłymi córkami Amerykańca i Iriny, nazywamy się
Corny i Horny i właśnie idziemy do naszych przyszłych rodziców
żeby ponarzekać jak strasznie nam nudno i przekonać, żeby zabrali
nas do naszej willi w Ohio swoim złotym kadilakiem. Pochwaliłem ich
szutki i przypuściłem, że Irina bardzo się ucieszy z wyjazdu, bo
zbyt wiele lat dzieliła ze wszystkimi nudy panujące w N. Dostałem
za ten komentarz po razie od obydwu pięścią po mordzie w skrytości
ciesząc się , że dalsze gnębienie mojej szczęki uczyni obcość
mojego akcentu nierozpoznawalną. Wybitego zęba schowałem w
kieszonce koszuli i podążając ża żartem Corny i Horny zastapiłem
go suchym ziarnem kukurydzy. Po chwili siostry zorganizowały mi
przelot z podestu na piaszczysty brzeg rzeki, częstując niemal
swojsko brzmiącym słowem "swołocz", po czym klnąc i
śmiejąc się na przemian udały się w stronę oberży. Leżąc
plackiem na piasku znów ujrzałem wierzbę sponad wydmy wysokości
kciuka. Ponieważ z tej odległości zmierzyłem, że drzewo jest
również wysokie na kciuk, uznałem swoje położenie za dobry omen
wróżący uzasadnione powodzenie przeprawy przez rzekę zwłaszcza,
że mojemu spostrzeżeniu towarzyszyło znajome brzęczenie stali.
Łanow stał po kostki zanurzony w wodzie stukając miarowo widelcem
o widelec. -Tak, ja również zupełnie spontanicznie zapałałem
ochotą odzwierciedlenia przygód Sindbada Żeglarza w wymiarze
pełnoludzkim i to nie koniecznie w sfilmowanej wersji.- powiedział
Łanow, kiedy podczołgałem się do brzegu, zanurzając palce w
lodowatej wodzie. -Nie ma sensu ryzykować zapalenia płuc, a nawet
utonięcia w wyniku przeprawy wpław. Dostałem właśnie wypłatę
od amerykańskiego reżysera, więc możemy zapewnić sobie transport
i z suchymi włosami choć na chwilę oprzeć się o pień tej
wierzby, którą zapewne zdążył już pan zauważyć, a której
przed rokiem jeszcze tu nie było, kiedy filmowaliśmy małpkę
żeglarza. Pewnej nocy, siedem miesięcy temu została tam
przywieziona starą ciężarówką marki Kraz i zasadzona przy samym
brzegu przez kilkunastoosobową ekipę robotników, wyznał mi to w
sekrecie jeden z flisaków, kiedy obdarowałem go pełną szklanicą
spirytu. Łanow położył się na piasku obok mnie i oboje
przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w tajemnicze drzewo na
drugim brzegu. -Wiedziałem że wcześniej czy później przywoła
cię to miejsce przyjacielu i że sam nigdy nie odważyłbym się
zgłębić jego tajemnicy. Prawdę mówiąc tylko raz przekroczyłem
tę rzeką na barce przewożącej rudę z kopalni, ale napięty
harmonogram zdjęć do filmu nie pozwolił na zbliżenie się do tej
wierzby. Nawet zaproponowałem podobną wyprawę Amerykańcowi, ale
był zbyt pochłonięty przesłuchaniami wywiadowczymi górniczych
rodzin, by zgodzić się na tak fantastycznie nieobiecującą
dygresję od planu. Swoją drogą jego dobroczynne zasługi są
nieporównywalnie większe od twoich upierdliwych dekoracji, o które
musieli się potykać klienci oberży, pamiętasz jeszcze te kamienne
posążki obscenicznych bóstw, które spoglądały na przepływającą
małpkę ze skrajów kanionu?- pamiętałem dokładnie jak na oślep
roztrzaskiwaliśmy większe głazy, a odłamki jakimś naturalnym
cudem przyjmowały kształty na wpół antropomorficzne, by potem
posłużyć jako niemi świadkowie rejsu Sindbada. -Otóż to co
zrobił dla miasta główny sponsor tego amerykańskiego filmu może
być dla naszych planów bardzo użyteczne, sam zresztą zobaczysz,
to jakieś pół godziny stąd, piechotą jeszcze mniej, ale ze
względów bezpieczeństwa powinniśmy się tam doczołgać. Łanow
odsunął się od brzegu i zaczął czołgać się wzdłuż w górę
rzeki, ja podążyłem za nim poprawiając kręty ślad żłobiony w
plaży jego kończynami. Pełzaliśmy długo, ciskając napotkane
kamienie i patyki do wody, a ponieważ ślad nasz musiał z góry
wyglądać jak warkocz, a natura naszej ekspedycji wciąż zdawała
mi się niejasna, przypomniała mi się nosząca warkocz młodsza
siostra Iriny Nadia, która podobno znalazła kiedyś na dywanie w
swoim pokoju cienkie włókno przypominające włos. Bardzo
zaniepokoiła ją niepewność czy włókno istotnie jest włosem,
czy bierze się z rozczapierzystości samego dywanu, czy też jego
pochodzenie jest jeszcze odmienniejsze, a co za tym idzie jeszcze
bardziej niepokojące. W celu rozwikłania wątpliwości wyrwała
własny włos, żeby porównać go z włóknem, jednak lekka wada
wzroku i być może brak dostępu do mikroskopu uczyniły z problemu
niezwykle uciążliwe natręctwo, które z czasem uniemożliwiło jej
normalne funkcjonowanie do tego stopnia że spędzała godziny, a
potem całe dnie na bezowocnym porównywaniu włókna z włosami, a
następnie z innymi występującymi w pokoju żyłkami, nitkami i
sznureczkami. W dodatku dla zachowania warunków eksperymentalnych
utrzymywała swój pokój z drzwiami i oknami zamkniętymi na klucz, odcinając go od świata zewnętrznego, a tym samym od możliwości
kontaminacji obcymi włóknami i ewentualnego odfrunięcia włókna w
razie przeciągu. Zupełnie nieistotny stał się dla niej głód,
pragnienie i brak kontaktu z bliskimi w obliczu potencjalnej
identyfikacji włókna. Kiedy sytuacja stała się krytyczna i cała
rodzina z oberżystką i Iriną na czele zaległa na klęczkach przej
drzwiami jej pokoju błagając by wreszcie wyszła, Nadia wyplotła z
warkocza pojedynczy włos, przewlekła go przez dziurkę od klucza,
tak aby rodzina mogła go dotknąć, po czym oznajmiła że jest
zajęta i ze zdwojoną determinacją poświęciła się dalszemu
porównywaniu.
W
końcu doczołgaliśmy się z Łanowem do celu. Przy plaży stał
pokaźny sklecony z płyt eternitowych barak. Wokół niego piętrzyły
się stosy pustych butelek wszelkiej objętości przeznaczonych na
sprzedaż, a ducha spirytu czuć było z odległości trzydziestu
kroków. Przed barakiem leżał upojony, rozchełstany i nieogolony
właściciel przez sen mruczący pieśń marynarską z czasów
świetności "Aurory". Łanow bez słowa włożył mu pod
koszulę pęk pięciodolarówek, a z kieszeni wyjął klucz do
baraku, otworzył kłódkę, ściągnął łańcuch i po chwili z
cienia wyłonił się kadłub wehikułu, którym przyjdzie nam
przemierzyć wodę dzielącą nas od wierzby. Była to ogromna
siedmiokilolitrowa butelka po kokakoli. Firma była oficjalnym
sponsorem amerykańskiego filmu dokumentalnego i podarowała napój
wszystkim spragnionym ustom i żołądkom mieszkańców miasteczka N.
Podobno prawdziwą przyczyną przelotu tak wielkiej butli nad
cieśniną Beringa prosto do zaściankowego miasteczka na Syberii
było strategiczne posunięcie w kampanii reklamowej mające na celu
wyparcie z rynku kwasu chlebowego i ustanowienie przyczółka dla
podboju wybrednych mongolskich kubków smakowych. Podejrzewam jednak,
że chodziło również o zagarnięcie jakiegoś rzadkiego minerału
stanowiącego część składową nowej tajnej receptury kokakoli, a
występującego w tutejszych kopalniach. Tak czy owak tuż przed moim
przybyciem tysiące pielgrzymów ściągnęło do N. By zapić spiryt
oryginalną amerykańską kokakolą z wielkiej butli. Z radości
prędko wcisnąłem się do środka przez ciasną szyjkę i począłem
zlizywać ze ścianki lepki osad słodkości. Zobaczyłem jak Łanow
szkicuje sprężynową trajektorię przepływu butelki. Poślinił
palec by tylko upewnić się, że wiatr wieje w kierunku drzewa.
Wnętrze naszej kapsuły było dość obszerne by pomieścić nawet
cztery osoby o ile przyjęło się pozycję kucającą. Pomogłem
przyjacielowi wśliznąć do środka i oboje przesuwając własne
masy drobnymi kroczkami wtoczyliśmy się do wody. Rwący nurt
poniósł nas w dół rzeki, my natomiast wciąż toczyliśmy butelkę
od wewnątrz jak chomiki biegnące po kołowrotku. Pod nami
spostrzegliśmy dziwujące się rybie spojrzenia, a jeden z jesiotrów
zdał się życzyć nam powodzenia. - Jesteśmy już w jej władaniu-
powiedział Łanow, kiedy wokół nas pojawiły się witki wierzby,
które zanurzała w rzece, nasze obroty nawinęły je na wehikuł jak
włosy na lokówkę, lub jak spaghetti na widelec. Kiedy zbliżyliśmy
się do wierzby na odległość rzutu kamieniem, ta ścisnęła
butelkę swoimi konarami tak że najpierw utknęliśmy w szyjce a
następnie nadciśnienie wystrzeliło nas jak szampanowe korki. Moc
przyciągania skierowała nas wprost na pień, a kiedy po uderzeniu
odzyskaliśmy przytomność doświadczyliśmy powolnego ruchu po
powierzchni wierzbowej kory. Omszona jej faktura widziana z
odległości nosa przypominała ląd obserwowany z perspektywy
samolotu, lub balonu na gorące powietrze dzięki odbitym od niej
ciepłym oddechom. Mijaliśmy lasy mchów i łąki porostów kierując
się podług infrastruktury pajęczynowych splotów i exodusu
robactwa przeróżnego sortu. Na wzór dalekich osiedli w dolinach
popękanej kory wciśnięte były drobinki piasku i odłamki kamieni,
a wszystko to zmierzało wraz z nami do odkrycia tajemnicy, tak jakby
wierzba zainscenizowała całą moją wizytę w miasteczku N. Tylko
dlatego, że było jej z jakichś nieznanych powodów śpieszno,
byśmy z towarzyszącym mi Chińczykiem dotarli do samego jej sedna,
jakby w jej drzewnej naturze leżało dzielenie się sekretem, do
którego bramę stanowiła niewielka dziupla wymacana przez Łanowa
dokładnie na wysokości oczu. Wysupłał szybko swoje dwa widelce i
zaparł się nimi krawędzi dziupli, żeby ta nie wessała jego
głowy, bo w miarę zbliżania się do otworu jego niegdyś skośne
oczy nadzwyczaj się wybałuszały, aż wreszcie pocałunek wierzby
pokrył jego twarz pozwalając wejrzeć do jej wnętrza. Jego dłonie
z trudem trzymały się widelców, a dygoczące nogi energicznie
kopały pień chcąc jakby wydobyć z niego jeszcze więcej. Trwało
to parę dłużących się przyśpieszonym tempem sekund, a kiedy
wierzba uznała najwyraźniej, że Łanow zobaczył już dość,
odrzuciła go od siebie prosto do rzeki, w locie zwrócił się
jeszcze do mnie palcem przyciśniętym do ust, dając do zrozumienia,
że przyjdzie mi teraz zaznajomić się z wielkim sekretem, który
ściągnął mnie na ten koniec świata ze środka Europy.
Przewidując, że w dziupli mogą panować ciemności nie do
przebrnięcia dla mojego kurzoślepego oka, w ostatniej chwili
potarłem zapałkę żeglarską o korę wierzby i wetknąłem ją w
dłoń pluszowej małpki jak pochodnię, po czym wysłałem tego na
wpół ożywionego Sindbada w kokosowej łajbie do środka aby
rozjaśnił mi perspektywę. Po chwili twarz moja utkwiła w dziurze,
dłonie chwyciły się widelców, a ponieważ głód poznania miotał
mną jak nigdy dotąd, to pewnie z powodu tej zajadłej żarłoczności
przegryzłem sobie wargę czując żelazisty smak posoki. Oto co
ujrzałem w świetle sindbadowej latarni: kamienie różnej wielkości
i kształtu, nawet szlachetne i półszlachetne, połamane cegły,
odłamki skał i rudy kilku metali, śruby rozmaitego kalibru,
niektóre z nakrętkami, zardzewiałe gwoździe, ostre kawałki
szklanych butelek o lśniących denkach, powyginane pręty i zwijane
druty, fragmenty tkanin porwanych i nadpalonych, naturalnych i
syntetycznych, bilon i strzępki banknotów walut obcych, zgniecione
puszki po konserwach, biżuterię, dziurawe buty bez pary, popsute
zabawki, koniki i samochodziki, podgniłe i nadgryzione warzywa,
owoce i ich obierki, kości drobiowe i ssacze, pióra, sznurki, żyłki
i nitki różnej długości i grubości oraz kilka wyrwanych włosów.
Oszołomiła mnie wielość różnorodnych form materii zawarta w
pniu jednego drzewa, ale dopiero pluszowo obojętna mina iluminującej
to wszystko małpki uświadomiła mi funkcję wierzby, a co za tym
idzie przyczynę ogromnej siły przyciągania znajdującej w niej
źródło. Splunąłem krwią do dziupli zasiewając przy okazji
kukurydzianego zęba, a sam zostałem wypluty w głębię rzeki.
Wypływając powoli na powierzchnię pomyślałem sobie, że Sindbada
wcale nie zdziwił widok zawartości wierzby, ponieważ był on
muzułmaninem, któremu znajoma była zarówno moc grawitacyjna
mekkańskiej Kaaby z jej czarnym odciskiem stopy, jak i nieco
odmienna moc stojącego nieopodal kamiennego słupka utożsamianego z
szatanem, który ściągał na siebie tysiące zewsząd rzucanych
kamieni. Wierzba musiała być zatem swoistym szatańskim śmietnikiem
gromadzącym ogromne ciężary ludzkiej pamięci w postaci wszelkich
przedmiotów wrzucanych w jej wnętrze, po których mogła następnie
z uwagi na swoją wierzbową naturę zwyczajnie zapłakać..
Wynurzyłem się wreszcie, lecz tafla wody zastygła nagle asfaltem
pozostawiając moją głowę na środku bezkresnej jezdni, która
przed chwilą jeszcze zdawała się być rzeką. Głowa Łanowa
wystawała jakieś trzydzieści kroków ode mnie, kiedy usłyszeliśmy
zbliżający się warkot silnika. Wołaliśmy nawet o pomoc, lecz
nadjeżdżająca ciężarówka minęła nas szczęśliwie między
swoimi kołami. Był to stary Kraz wiozący wyrwaną z korzeniami
wierzbę z przytulonymi do niej robotnikami. Na tylnej rejestracji
widniała przewrócona ósemka. - Zapewne wyruszyła w poszukiwaniu nowych skarbów -oznajmił Łanow
Dokładnie pamiętam moment, w którym Łanow rozpłakał się o świcie,
trzeciego dnia naszego unieruchomienia. Wcześniej doszliśmy do wniosku,
że wierzba celowo zasadziła nas w asfalcie, byśmy nie próbowali za nią
podążać, po tym jak sięgnęliśmy wzrokiem jej sedna, ale już trzeciego
dnia pojawiła się smutna perspektywa śmierci od wilczych zębów, kiedy
zdartymi od krzyku głosami nie byliśmy już w stanie odganiać watahy
zataczającej wokół nas coraz ciaśniejsze kręgi. Wtedy właśnie
powiedziałem, żebyśmy nie zapominali o nadziei, a ona pojawiła się
wywołana po imieniu. Nadia triumfalnie wstąpiła na jezdnię, kilofem
wystukując w niej skoczny rytm. W drugiej dłoni trzymała wierzbową
gałązkę dając jasno do zrozumienia, że znalazła się w tym miejscu z tego
samego co my powodu. Głaszcząc nasze głowy listkiem wieńczącym
gałązkę, tanecznym truchtem zatoczyła wokół nich rytualną ósemkę. Potem
stanęła w jej środku i odezwała się jednym zdaniem wielokrotnie złożonym
ogarniając istotę chłonącego drzewa. Do dziś nie jestem w stanie
odtworzyć sekwencji tamtych słów, ale były one tak mądre, że kiedy
skończyła mówić, wilki zaczęły nagle wyć w jej stronę, a Łanow i ja
zrozumieliśmy, że językiem ledwie sięgamy jej pięt nie tylko w sensie
dosłownym. Wtedy właśnie pokochałem Nadię, a z każdym kruszącym asfalt
uderzeniem jej kilofa, czułem się bardziej wolny i śmiertelniej
zakochany.
-Nie patrz tak na mnie, bo się rozproszę i rozłupię ci
czaszkę niechcący- ostrzegła, a ja zamknąłem oczy, bo chciałem przeżyć w
jej pobliżu resztę mojego czasu.
Przez cały
październik wyręczałem ją we wszystkich obowiązkach, które nałożyła na
nią matka oberżystka i robiłem to bezpłatnie, żywiąc się własnoręcznie
łowionymi w rzece rybami. W tym czasie Nadia prawie nie wychodziła ze
swojego pokoju pochłonięta badaniami nad czymś czego, jak twierdziła, i
tak bym nie zrozumiał. Wyrzucając śmieci natrafiałem czasem na skrawki
papieru z wydartymi fragmentami skomplikowanych algorytmów pisanych
ołówkiem. Zbierałem te dowody jej geniuszu i nie pojmując ich znaczenia
zapamiętywałem jak modlitwy by móc choć przez chwilę podążać za myślami,
które wytworzył ukochany przeze mnie mózg. Nadia rozmawiała ze mną
tylko kilka minut dziennie w trakcie krótkiej przerwy na papierosa.
Każdym wdechem pochłaniała wtedy różne objętości dymu, zmieniając
kształt ust i napięcie policzków przy każdym wydechu, a następnie
prosiła bym opisał kształt powstałych w ten sposób chmur. Ponieważ
wszystkie wyglądały podobnie, to przez całe dnie podczas sprzątania i
gotowania obmyślałem dla nich nowe znaczenia, którymi mógłbym nasycić
jej ciekawość. Widziałem więc wynurzonego z dymu ślimaka pnącego się po
pałacowej wieży, by sięgnąć gwiazd na mundurze dostojnego marszałka o
żyrafiej szyi, pierzastego wieloryba nurkującego w smutnym oku
szczenięcia, którego ogon zwijał się w poemat o kulawej krawcowej, lub
stado ptaków o jednym dziobie połykającym ziarno drzewa, którego
sprężynowy pień strzela wrzecionowatym owocem w drugi brzeg oceanu.
Nadia uważnie słuchała moich opisów poprawiając błędne akcenty i
końcówki, jednak dopiero gdy zobaczyłem w tytoniowym tumanie bałwana
toczącego z siebie coraz to mniejsze kule śniegowe, po raz pierwszy
uśmiechnęła się, pytając czy wiem co to jest śnieg.
Od
tamtego pytania minął rok, a ja w tym czasie nauczyłem się o śniegu
wszystkiego, czego wymagała moja nowa posada selekcjonera śnieżynek.
Jeszcze przed wyjazdem Nadii, moje zadanie polegało na powiększaniu
znajdującej się w zamrażarce kolekcji o nowe próbki białego puchu, za co
nagradzała mnie szczątkowymi raportami jej intelektualnych dokonań. Po
stwierdzeniach typu " na ujemne potęgi prawdopodobieństwa istnienia
takiego kształtu powinno starczyć palców na dłoniach i stopach" , lub
"zdaje się, że potrzeba śmiertelnej gorączki by dotykiem móc stopić jej
strukturę" wnioskowałem, że pracuje nad jakimś cudem przeczącym zdrowemu
rozsądkowi, jednak o prawdziwej doniosłości jej naukowego odkrycia
dowiedziałem się dopiero z listu nadanego z Międzynarodowego Instytutu
Nixologii, który w formie papierowego samolotu przyleciał z dalekiej
Islandii i utkwił dziobem w szczelinie drzwi do oberży w miasteczku N.
Oberżystka popłakała się, gdy zrozumiała, że po wyjeździe Iriny do USA
przyjdzie jej stracić również Nadię, na której korespondencyjnie nadany
tytuł doktora nauk przyrodniczych wymuszał w pełni sponsorowaną podróż, w
trakcie której miała ona zaszczycać czołówkę światowych uniwersytetów
swoimi wykładami o własnościach pentagonalnej superśnieżynki.
Najpierw
do miasteczka przypełzły samokładne tory kolejowe specjalnie po nią
wyrosłej odnogi linii transsyberyjskiej , a następnie dojechała nimi
luksusowa drezyna napędzana siłą mięśni trzymetrowego niedźwiedzia
ubranego w zimowy strój kolejarza. Niedźwiedź był zmęczony pedałowaniem,
obrócił więc swoją podręczną klepsydrę informując, że ma jeszcze
godzinę do odjazdu. Jakże wielka była moja radość gdy Nadia zdecydowała
się spędzić tę ostatnią godzinę właśnie w moim towarzystwie.
-Musisz
wiedzieć, że doskonale zdaję sobie sprawę co do mnie czujesz, dlatego
też obiecuję spędzić z tobą cały miesiąc jako twoja narzeczona, jeżeli
tylko uda ci się odszukać dla mnie fizyczny przykład przewidzianego
moimi obliczeniami wzoru śnieżynki. Nie powiem ci na ile oceniam szanse
jej odnalezienia, ani ile zapłacą mi za nią koncerny budowlane, by nie
zakłócić wizji szczęśliwych chwil, które możemy spędzić razem, będących
dla ciebie jedyną wartą zachodu nagrodą. Wycięłam z serwetki kształt,
którego będziesz szukał, daję ci również kasetę dyktafonową z nagraniem
mojego wykładu o tej dziwnej małej gwiazdeczce zastygłej wody, a
mikroskop, resztę sprzętu i podróże będziesz musiał zorganizować we
własnym zakresie. Potrzebujesz czegoś jeszcze? - zapytała mnie
spoglądając na czekającego przy drezynie niedźwiedzia
-Odgryź i
zostaw mi paznokieć swojego palca wskazującego, bym pamiętał, że to ty
wskazałaś mi cel poszukiwań i daj mi też ten z palca serdecznego, żeby
przypominał o obiecanym przez ciebie narzeczeństwie.
Nadia odgryzła oba paznokcie i położyła mi na dłoni mówiąc.
-Są
twoje, jeśli zdołasz nimi nakarmić wiarę równie wielką jak twoja miłość
do mnie. Tylko wysoki współczynnik wiary mnoży ułamek
prawdopodobieństwa napotkania tej śnieżynki do wartości godnych
jakiejkolwiek nadziei. Z każdego miasta, w którym wygłoszę wykład będę
przesyłać ci pocztówkę z pytaniem o postępy twoich poszukiwań, a ty w
odpowiedzi podawać będziesz liczbę sprawdzonych pod mikroskopem
kryształków aż do chwili, w której odnajdziesz ten wyjątkowy
pięcioramienny, sfotografujesz go i schowasz w kapsule izotermicznej z
etykietką zawierającą dokładny czas i współrzędne miejsca odnalezienia.
Zapamiętałem
jej badawcze wskazówki dziękując za możliwość przysłużenia się
szczytnym celom naukowym i podkreślając, ze choć nie jestem godzien
obcowania z tak cudną kobietą to perspektywa miesięcznego narzeczeństwa
napawa mnie szczęściem wręcz niepojętym. Nadia poczęstowała mnie
chłodnym pocałunkiem w czoło, wskoczyła do drezyny i zniknęła na długie
miesiące w wielkim świecie.
Siedzę teraz sam w moim
namiocie i rozszyfrowuję pocztówkę z Londynu, którą dostarczył mi
renifer pocztowy. Od dłuższego czasu nie spotkałem na moim podbiegunowym
pustkowiu żadnego człowieka. Wiem, że trzydzieści wiorst na północ
mieszka pewien badacz zórz polarnych, wnioskując po świetlistej
korespondencji, którą na swoich rogach przynosi mu renifer. Z kolei parę
dni drogi na południowy zachód znajduje się osada starców noszących to
samo imię - Mikołaj i trudniących się rzeźbieniem w lodzie
wielokształtnych form przynoszących radość najmłodszym. Ja natomiast
otoczony jestem ogromem badanej przeze mnie substancji- śniegu.
Uczyniłem ze swojego półkulistego namiotu kaplicę tęsknoty za moja
Nadią, zaś analizę typologiczną tysięcy sześcioramiennych śnieżynek
przeprowadzam nad strumieniem wpadającym do morza arktycznego w świetle
długich dni polarnych. Namiot służy mi za model północnej półkuli
planetarnej, pod której powierzchnią przyklejam widokówki adekwatnie do
miejsca ich nadania. W środku rozpalam ognisko z niezgrabnych listów
pisanych do Nadii mając nadzieję, że dym wydostający się z biegunowej
szpary na szczycie namiotu dotrze kiedyś ponad jej głowę w postaci
wyindukowanych chmur i pozwoli zrozumieć, jak bardzo mi jej brakuje. Mam
tutaj spory zapas styropianu, z którego wycinam namiastki pocztówkowych
miast. Zbudowałem właśnie domy brytyjskiego parlamentu przypinając mój
ręczny zegarek do wieży Big Bena by pozbyć się porcji czasu dzielącego
mnie od znalezienia upragnionego kryształka. Zaludniam przygotowaną
makietę sprawdzonymi już śnieżynkami, jakby to byli wszyscy naukowcy i
studenci Nixologii, którym przyszło słuchać wykładów Nadii. To już
siódma stolica, której podobiznę wyskrobuję w styropianie, by następnie
pozwolić jej oddalić się z nurtem rzeki prowokując w swojej głowie
wrażenie podróży. Jeśli chodzi o kształt superśnieżynki i jej funkcję w
roju zwyczajnych śnieżynek to do dziś nie pojąłem w pełni tych
skomplikowanych kwestii. Ilość słów w moich notatkach do wykładu Nadii
parokrotnie przewyższa tę użytą przez nią samą, tak jakby każde jej
słowo było fundamentem do budowy nowego zdania. Opisana przez nią
struktura kryształu jest niejako pierwotnym wzorem dla wszechśniegu na
całej planecie. Każde z pięciu ramion lodowej gwiazdeczki rozrastać się
ma w inny sposób tworząc setki spustów uruchamiających nowe procesy
krystalizacji Nadia wysunęła hipotezę, ze za tę niezwykłą strukturę
odpowiedzialne są zawarte w niej jony Astatu i że co najmniej połowa z
najwyżej kilku istniejących na świecie okazów już opadła na ziemię.
Reszta krąży gdzieś w dolnych partiach stratosfery i prowokuje
schłodzone chmury do opadów.
Po trzech kwartałach
bezowocnych poszukiwań zaświtała mi w głowie cienka granica między tym
co odkryte a tym co stworzone i podjąłem próbę skonstruowania tej
dziwnej mikrostruktury, którą tak trudno było zastać w naturze. Ze złomu
po starej stacji meteorologicznej zmontowałem rodzaj powiększalnika do
wywoływania fotografii o odwróconym działaniu. Mój pomniejszalnik rzucał
zminiaturyzowany cień wyciętej z serwetki śnieżynki na cienkie
zaparowane szkiełko. Różnica temperatur między cieniem, a oświetlonym
tłem miała sprowokować wodę do krystalizacji w ramach narzuconego
kształtu.