czwartek, 30 stycznia 2014

konanie Buddy


B-Wszystkie uwarunkowane zjawiska mają nietrwałą naturę , więc niestrudzenie praktykujcie dalej.
 Czy to możliwe, że tylko tyle mogę powiedzieć moim naśladowcom?  To przecież żaden wniosek, żadna odpowiedź, jedno nie wynika z drugiego, a drugie nie ma wpływu na pierwsze, jakże bezradny jestem w obliczu końca.
J-Żałosny jesteś Siddartho, Buddo oświecony w tych ostatnich chwilach swojego wielkiego żywota, opasły i zdziadziały, odkrywasz na nowo starość, chorobę i śmierć, jak wtedy, gdy uciekłeś z naszego pałacu
B-To ty Jasodharo kochana? To twój głos słyszę z zaświatów? Powiedz miłości moja jak tam jest? czy narodziłaś się już na nowo?
J-Nic ci do tego złotousty hipokryto. Ty przecież i tak wiesz wszystko najlepiej, czy nie poznałeś już wszystkich prawd? Bo takie o tobie krążą ploty. To Budda, mówią, ten który pojął istotę wszechrzeczy
B-Ludzie za zwyczaj szanowali mnie bo umiałem im wyjaśnić to i owo- zawsze byłem w tym dobry
J-to wyjaśnij mi świnio, dlaczego porzuciłeś swoją żonę i syna, dlaczego chcąc zrozumieć cierpienie musiałeś poddać mu najbliższe ci osoby?
B-Musiałem, asceza wydawała mi się wtedy jedyną drogą, jedyną skuteczną metodą na dojście do oświecenia
J-Asceza tak? chyba dawno z niej zrezygnowałeś, co? Spasłeś się tak, że twój brzuch cię wyprzedził, bo oboje wiemy doskonale dlaczego nazwałam cię świnią. Przyznaj się, że zeżarłeś ten ochłap zgniłego wieprza 
B- Tak, zjadłem to mięso, zwyczajnie z głodu
J-Gówno prawda, że z głodu, z obżarstwa, od lat twoi poplecznicy wciskają ci najlepsze żarcie, byle tylko wielce oświecony rad był i częstował ich jakimś mądrym słowem albo tym swoim zrównoważonym uśmieszkiem, ale w końcu trafił się jeden, który zbyt długo czekał na ciebie ze swoim darem, tak długo, że dar zdążył się popsuć
B- Rzeczywiście dziwnie to pachniało
J-A mimo to zeżarłeś to ścierwo, bo nie sądziłeś, że może ci zaszkodzić, uwierzyłeś pewnie, że nic ci już nie może zaszkodzić, skoro pławisz się w nirwanie, a tu proszę, niespodzianka, Budda się rozchorował i znaczy swoją drogę na szczyt cuchnącymi plamami wymiocin
Budda zaczyna głośno mantrować trzymając się za brzuch
J-Nie próbuj mnie zagłuszać mantrami, których znaczenia od dawna już nie rozumiesz, w tym wcieleniu mówimy po polsku, mój kochany mądralo, pamiętasz coś jeszcze z tych twoich prawd, do których kiedyś doszedłeś?

Budda siedzi pod drzewem i wymienia prawdy wyliczając je na palcach, wokół niego krąży dzika Mara i wtrąca się by mu przeszkodzić
B-Istnieją cztery szlachetne prawdy
(M-czwarta)Aby uwolnić się od cierpienia przyjmuję (M-zaniechaj):
właściwy pogląd (M-głupcze), właściwe postanowienie (M-porzuć), właściwą mowę (M-słowa), właściwe działanie (M-uciekaj), właściwy żywot (M-przed śmiercią), właściwe dążenie (M-zamilcz), właściwe skupienie (i nie myśl), właściwą medytację
M- Jakiesz to wszystko było właściwe, najwłaściwsze z właściwych, a trzecia prawda?

B-Aby cierpienie wygasło, musi nastąpić:
 całkowite zaniknięcie (M-Jest) i ustanie (M-żywe), wyrzeczenie się (M-twoje), zaniechanie (M-ciągłe), wyzwolenie (M-wiążące cię), puszczenie (M-uściskiem) pragnienia (M-pragnienie, łaknienie, pożądanie, a jak brzmi druga prawda?)

B- Cierpienie powstaje z
 Pragnienia,tworzącego dalsze stawanie się (M-osiągnąłeś pełnię) , tworzącego namiętność i zachwyt (M-kochają cię i czczą), znajdującego rozkosz to tu, to tam (M-gdziekolwiek zawitasz) – pragnienia zmysłowej przyjemności (M-obdarowują cię i nagradzają), pragnienia stawania się (czy już umiesz stać się), pragnienia niszczenia się (M- nieśmiertelny).

M- a pierwsza prawda? dalej dukaj

B-
Narodziny są cierpieniem (M-od początku), starzenie się jest cierpieniem (M-przez lata) , śmierć jest cierpieniem (M-aż do końca); rozpacz, lament, ból i napięcie są cierpieniem (M-skazywałeś) ; rozłąka z upragnionym jest cierpieniem (bliskich) powiązanie z niechcianym jest cierpieniem (na cierpienie);  ; nie osiągnięcie pożądanego jest cierpieniem (M-zawiodłeś).

B- Wiem, popełniłem błąd i popsułem mechanizm koła Dharmy, trzeba było zostawić tę świninę psu, a samemu najeść się wołu, jako szczur przewodnik reszty zwierząt mogłem przewidzieć, że to się źle skończy, Wybacz piękna Jasodharo, że okazałem się głupim zwierzęciem.

J- Ależ to bardzo dobrze, że cierpisz, uwziąłeś się na istotę cierpienia, więc musiało cię w końcu dopaść. I proszę nie porównuj się ze zwierzęciem, bo życie każdego zwierzęcia składa się tylko z zaspokajania pragnień. Ty, mój jaśnie oświecony jesteś jak posąg, który swoim ciężarem tłumi wszelkie namiętności, zobacz jak zostaniesz zapamiętany
J pokazuje B drewniany posążek Buddy
J-Gruby i twardy jak pień drzewa, pod którym stałeś się Buddą i uśmiechnięty, jakbyś nie tylko ugasił cierpienie, ale i zaznał szczęścia?
J uderza B w głowę posążkiem
J- Szkoda, że artyści nie uwiecznią cię w tej chwili, skręcającego się z bólu z chorym grymasem na tym świętym obliczu
 Pamiętasz jak po latach odwiedziłeś mnie na na chwilę, a ja wierzyłam, że wróciłeś na dobre i chwyciłam twoje stopy, byś już nie mógł nigdy odejść, myślałam, że oto spełnia się moje największe pragnienie, a potem dowiedziałam się że pragnienie jest niewłaściwe, że przywiązanie jest niewłaściwe, a co miłością? Już wtedy byłeś zbyt wielki by zauważyć, jak bardzo bez ciebie cierpię. A skoro nie mogłam żyć przy tobie, jedyną drogą było naśladowanie twoich błędów, tak twojego bełkotu, którego uczyłam się na pamięć, bo nijak nie mogłam go pojąć. I wiesz co? w końcu mi się udało, nie cierpię, niecierpię cię ty nieczuły worku sadła zatknięty na szczycie wielkiej góry, jesteś tak ciężki, że niebiosa zdają się kręcić wokół ciebie. Może w następnym wcieleniu będziemy już kwita, jakoś się rozliczymy i wtedy ci wybaczę.  A propos pamiętasz kwiaty, które ci podarowałam we wcześniejszym życiu? Pięć kwiatów za obietnicę małżeństwa, pamietasz?

B-Dotrzymałem jej, byliśmy mężem i żoną, mamy syna
J- Tak dotrzymałeś, ale cóż począć kiedy wszystkie zjawiska uwarunkowane mają naturę nietrwałą, prawda? . Może trzeba było dać ci wtedy nie pięć, a dziesięć kwiatów, byś w następnym wcieleniu raczył mnie nie porzucać
J podnosi obie dłonie, 10 palców, po czym zaciska je w pięści i uderza B w brzuch 10 razy, B wymiotuje., zaczyna zmierzchać

J-Dobrze ci tak, musisz wyrzucić z siebie zbędny ciężar, by stać się lekkim i wznieść się do gwiazd, które właśnie zaczynają do ciebie migotać
 B patrzy w niebo

B-O, wytępić ślad gwiezdnej z błękitem łącznicy!
Wymknąć się zwinnym sidłom pustej tajemnicy!
Stracić z oczu brzeg niegdyś znajomej rozpaczy!
Umrzeć, dopóki jeszcze śmierć trwa i coś znaczy!»

B umiera między dwoma drzewami

środa, 29 stycznia 2014

egzamin z lunautyki

W drzwiach kościoła czekał na nas ksiądz . Minę miał tak poważną, że zdawał się niewerbalnie odwodzić nas od tej ryzykownej wyprawy. Wpuścił nas, ale już w przedsionku zatrzymał tymi słowy:
-Musicie wiedzieć, że kasa nie wystarczy, żeby dostać się na księżyc. Owszem, jesteśmy gotowi udostępnić wam obie wieże naszego kościoła, pełniące czasem role jednoosobowych rakiet kosmicznych, ale po pierwsze należy  zdać egzamin z lunautyki, a po drugie musicie wrócić na Ziemię przed szóstą rano, kiedy to potrzebować będziemy dzwonów na poranną mszę.
M zanurzyła palec w kamiennej misie z wodą święconą, oblizała go i powiedziała:
- W jedną noc powinniśmy się uporać z tym co zamierzamy tam przedsięwziąć, ale do egzaminu się nie przygotowaliśmy, ja dajmy na to o księżycu wiem tyle, że regularnie swoim ponowiowym sierpem zbiera ode mnie krwawe żniwo, wtedy  też interpretuję wróżby pisane na podpaskach, ale to chyba jakiś poboczny nurt lunautyki, nieprawdaż?

- Poboczny, ale bardzo istotny, a ponieważ do wyników takich badań my księża rzadko mamy dostęp, bardzo chciałbym wiedzieć jaki obraz widniał na  twojej ostatniej podpasce?
Spytał ksiądz lekko oblizując usta
- To był pies, lub lis, jeśli weźmiemy pod uwagę rudy odcień obrazu. Tak czy inaczej zwierzę to zwinięte było w kłębek, z którego wystawały jedynie nos, uszy i ogon
M kucnęła embrionalnie imitując kłębek
- Bardzo dobry znak, mój znajomy brat Dominikanin porównał kiedyś chóralny śpiew, który kierujemy ku Bogu z psim i wilczym wyciem do księżyca właśnie. "Homo Domini Canis est"
Ksiądz złożył dłoń w głowę pieska ze sterczącymi uszami- małym i wskazującym
- Luna Cani Deus est
Odparłem chwaląc się moją szczątkową łaciną.
-Być może, ale nie będziemy wdawać się w dyskusję o psim podporządkowaniu muzułmanów, którzy podpisują się księżycem, tak jak my krzyżykiem. Czas nagli, a wy nie rozpoczęliście jeszcze egzaminu, wrzućcie swoje monety do skrzynek, a potem zapraszam do konfesjonału.
M wrzuciła swoją złotówkę do skrzynki przeznaczonej na działalność misyjną, ja natomiast wsparłem ubogich. Poczuliśmy jak wpadające z brzękiem monety uruchomiły mechanizm, którego procedury doprowadzić nas miały do samego księżyca. Pierwszy do spowiedzi poszedłem ja, a M zaczęła liczyć ilość kroków potrzebną do przejścia całej drogi krzyżowej zataczającej koło wewnątrz kościoła.
Zza kratki usłyszałem od księdza standardową formułę egzaminacyjną
- Synu, wyznaj jeden ze swoich grzechów, podając dokładne jego przyczyny, przebieg, znaczenie i konsekwencje, a następnie uzasadnij swój żal
 Odwróciłem głowę w kierunku wielkiego krucyfiksu za ołtarzem i sięgając pamięcią do lat szkolnych wyznałem:
-Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Synowi Bożemu, przeciw jego świętemu wizerunkowi na krzyżu wyrzeźbionemu. Wisiał taki podobny w naszej klasie, też chudy, z głową tak samo przechyloną, tyle że o wiele mniejszy, a ja mu dokleiłem wielkie sterczące przyrodzenie z zielonej plasteliny, obrażając tym samym uczucia religijne uczniów , wychowawczyni i katechety, który mocno się zaczerwienił na widok tego świętokradztwa.

- Jak wielkie było to przyrodzenie w stosunku do ciała Jezusa Chrystusa?

- Ponad przeciętnie ogromne, długości uda i szerokości nadgarstka,
Ksiądz odmierzył między dłońmi długość swojego uda, a pomiędzy palcami szerokość nadgarstka i odrzekł
-Być może są na świecie mężowie o członkach równie dużych, ale czemu posunąłeś się dalej od oprawców Pana Naszego, nagość jego odkrywając, skoro choćby broda wystarcza by wyrazić męskość jego?
Spróbowałem jakoś zbagatelizować mój grzech.
- Ten penis z plasteliny miał ledwie trzy centymetry, a przez aferę, którą wywołał, mało co nie wyleciałem ze szkoły. Dokleiłem go, by mieć tylko powód do śmiechu zapewne, choć zgadzam się, że postąpiłem jak ostatni Cham,

-Cham śmiał się z Noego gdy ten był nagi i pijany, za co stał się ostatnim z braci, tyś jednak przekłamał całe przesłanie Boskiego cierpienia czyniąc z niego grubiański żart. Moim zdaniem powinieneś był  wylecieć wtedy ze szkoły i ostrzegam, że jeśli nie uzasadnisz żalu, to nie zdasz egzaminu z lunautyki.
Ksiądz przestraszył mnie, jednak szybko zebrałem myśli i kładąc dłonie na dzielącej nas kracie odparłem:
-Krzyż jest opisem dwuwymiarowej płaszczyzny, to prostopadłe względem siebie osie x i y, potrzebne na przykład do określenia naszego położenia na ziemi. Wystarczy dokładna wysokość i szerokość geograficzna by znaleźć kogokolwiek, kto stopami dotyka gleby, jednak jeśli szukamy istot niebiańskich, czy też pilotów i pasażerów linii lotniczych, albo mieszkańców budynków wielopiętrowych, potrzebny nam będzie trzeci wymiar, (włożyłem środkowy palec przez kratę) prostopadłą do dwóch poprzednich oś z, którą to wyraziłem w owym czasie  tamtym nieszczęsnym członkiem. Gdybym wtedy miał wiedzę i świadomość, którą mam teraz, raczej dokleiłbym Jezusowi długi sterczący nos, sprawiając, by wszystkie trzy osie spotkały się w jednym punkcie, początku trójwymiarowego układu odniesienia, mieszczącym się mniej więcej tam gdzie szyszynka Chrystusa Zbawiciela.
Ksiądz pomachał twierdząco głową, stuknął trzy razy palcem środkowym w czubek swego nosa i zadał mi pokutę.
-Udasz się teraz do nawy z  Najświętszą Maryją Panną, następnie padniesz krzyżem przed jej obrazem i aż do momentu, który ci wyznaczę, kontemplować będziesz nagość kobiety, jednak byś broń Boże nie doznał przy tym wzwodu, zrobisz to  z perspektywy rodzącego się z jej łona dziecka, które potem ogrzewa się dotykiem jej skóry i karmi się jej piersią
Z nosem na posadzce przeniosłem się umysłem do dnia, w którym po raz pierwszy zaciągnąłem się powietrzem.
Tymczasem M i ksiądz zajęli przysługujące im zwyczajowo pozycje w konfesjonale.
-Córko, wyznaj jeden ze swoich grzechów, podając dokładne jego przyczyny, przebieg, znaczenie i konsekwencje, a następnie uzasadnij swój żal
M spojrzała w swoją otwartą dłoń i chcąc dotknąć czegoś, czego już dawno w niej nie było, odparła:
- Powiedział ksiądz "córko", to słowo przypomniało mi pewną istotę, którą często nazywałam córką, ba, nawet córeczką. Ojcze, ja zabiłam tę istotę, co prawda przez pomyłkę, ale za to całkiem intencjonalną pomyłkę.To był chomik, płci żeńskiej, czyli chomica, nazywała się Afrodyta i zaprawdę zasługiwała na to imię, bo była najpiękniejszym stworzeniem, jakiego kiedykolwiek przyszło mi dotknąć. Uwielbiałam pieścić jej mięciutkie futerko, wpatrywać się w urocze oczka i trącać uszka, karmiłam, poiłam i radowałam się kiedy robiła pyszczkiem tak:
M pokazała przez kratkę konfesjonału specyficznie chomikowy ruch pyszczkiem
- To znaczy, że ją kochałaś, dlaczego więc ją zabiłaś?
Spytał ksiądz ze śmiertelną powagą
-Chyba z miłości właśnie, a na pewno z zazdrości. Mogłam wtedy porównywać się i konkurować z każdą z moich ówczesnych szkolnych koleżanek, która z nas ładniejsza, mądrzejsza, zabawniejsza i tak dalej, było to naturalne i dawało upust zawiści, którą darzyłam niektórych ludzi. Afrodyta była jednak zwierzątkiem i nie sposób było odnaleźć kryterium wedle którego mogłam się z nią równać. Była więc nieporównywalnie piękniejsza i delikatniejsza ode mnie, a bijącą z jej czarnych oczek mądrość skrywała za skromną kurtyną najprostszych życiowych potrzeb. Kochałam ją i nienawidziłam zarazem, bo kiedy z żalem mówiłam jej, że nigdy nie będę chomikiem, ona zdawała się odpowiadać, że nawet nigdy nie chciałaby być człowiekiem.
- W jaki sposób ją zabiłaś?
- Przygotowałam jej kąpiel w misce. W obawie przed jej utonięciem zmierzyłam nawet linijką długość Afrodyty i głębokość wody zachowując niezbędną dla utrzymania gruntu różnicę
-Więc nie chciałaś jej wcale zabić?
-Raczej upozorowałam, że nie chcę. W rzeczywistości linijka miała dwie równoległe skale, długość córeczki zmierzyłam w centymetrach, a głębokość wody w trzykrotnie dłuższych calach, i tak zrzucając całą winę na błąd w pomiarach po prostu ją utopiłam.
-Pamiętasz jak długa była twoja chomica?
-Mierzyła dokładnie pięć centymetrów od czubka nosa do końca ogona
-Czy ta śmierć coś zmieniła?
-Poczułam siłę, czy raczej moc decydowania o losie innych, nigdy nie zabiłam człowieka, ale od tamtej pory wiedziałam, że mogłabym to zrobić, na przykład źle zamocować przewód hamulcowy w swoim samochodzie, tylko po to, by śmiertelnie potrącić pieszego, gdybym oczywiście miała prawo jazdy i wiedziała którędy biegnie taki przewód hamulcowy.
-Dlaczego żałujesz popełnienia tego grzechu.
M zastanowiła się przez moment i odpowiedziała
-Gdybym dała Afrodycie przeżyć, mogłabym dopuścić do niej jakiegoś samczyka, pozwolić na macierzyństwo. Od jej śmierci minęło już tyle lat, że teraz rodziłoby się (M policzyła na palcach) już piąte pokolenie jej potomków, nie wiem do końca jak to policzyć, ale to by mogły być nawet setki chomików i chomic. Zniszczyłam wtedy piękno, a mogłam je przecież pomnożyć.
-W ramach pokuty staniesz przy wrotach kościoła i otworzysz je przed pięcioma kolejnymi osobami, witając je następującymi słowami:

- Witam w domu Bożym, oby zaznał pan szczęścia w modlitwie, a śmierci się nie lękał
Z uśmiechem rzekła M i zamknęła drzwi za jednym z wiernych


poniedziałek, 27 stycznia 2014

fryzura wierzby

Po spożyciu czekolady o smaku malinowym użyłem aluminiowego sreberka, w które była opakowana, do odciśnięcia własnej twarzy w postaci błyszczącej maski. Założyłem ją przed snem by odbijała wiązki budzącego światła i żeby umożliwiła szybkie przedarcie się przez ogromne woluminy nawarstwionej przestrzeni. Trafiłem wkrótce do małego górniczego miasteczka N. Na Syberii tuż przy granicy z Mongolią. Od razu udałem się do przytulnej oberży, w której w zeszłym roku kręciłem krótki film animowany. Przez środek lokalu przepływały dwa strumyki źródlanej wody tłocząc ją wyrytymi w betonowej posadzce kanionami o głębokości trzech palców wskazujących. W oberży nie ma już miejsc siedzących, wszyscy przycupnięci w głuchym oczekiwaniu na zabawienie, tylko przy jednym stoliku trwa cicha rozmowa w łamanym z jednej i powolnym z drugiej strony języku angielskim. Na czerwone firanki filtrujące na ciepło blade syberyjskie słońce padają cienie much obijających się o grube szyby zatrzaśniętych okien. Niektóre z nich zapisały pewnie w swojej muszej pamięci role w moim filmie animowanym o nowych przygodach Sindbada Żeglarza, kiedy to fruwały wokół łódki z łupiny orzecha kokosowego, którą wartkim strumykiem płynęła mała pluszowa małpka grająca wtedy Sindbada. Do oberży wszedłem całkiem przemoczony wodą płynącą kopalnianymi korytarzami, mocno nasyconą jonami glinu i ołowiu, więc obijając się o ściany zostawiałem na nich mokre sine plamy, za co zganiła mnie srodze młodsza córka oberżystki Nadia i szmatą poczęła rozcierać te plamy, tak by rozmyły się w szarości tynku. Wnet przede mną pojawił się niejaki Łanow- zrusycyzowany Chińczyk z Mandżurii oznajmiając mi, że od ostatniej wizyty nie jestem tu mile widziany, mam jednak szczęście, że akurat dziś prawie wszyscy oprócz Nadii zajęci są dyskretnym podsłuchiwaniem wzajemnych zalotów starszej córki oberżystki- Iriny i pewnego amerykańskiego reżysera filmu dokumentalnego o tutejszych górnikach. Łanow zatrudnił się u amerykanina podobnie jak u mnie w zeszłym roku jako oświetlacz i jako dowód pokazał mi podręczno- nagłowną latarkę górniczą. Ja natomiast wyciągnąłem z torby łupinę kokosu i wetknąłem weń pluszową małpkę, pytając czy jeszcze pamięta co robiliśmy przed rokiem. Pamiętał, wskazał nawet jedyny rekwizyt pozostały z naszego planu filmowego, który stanowiły dwa widelce i rozpostarty między nimi transparent z przewróconą ósemką nieskończoności. Na pamiątkę wbił owe widelce w szpary wyrzeźbione strumykiem z dnie jednego z kanionów, ja z kolei puściłem łódkę tak aby symbolicznie przepłynęła pod transparentem. Oboje życzliwie klasnęliśmy w dłonie, lecz uciszeni przez skupioną na podsłuchu oberżystkę skwitowaliśmy zdarzenie chwilą egzystencjalnej ciszy. W ciężkiej mgle z palonej mahory całe towarzystwo jak gdyby nigdy nic odwrócone plecami do Amerykanina i Iriny wciąż nasłuchiwało. Choć oberżystka nie rozumiała ani słowa angielskiego z rozmowy swojej córki, to zatarła ręce, kiedy reżyser napomknął o jej włosach, wyczuwając najwyraźniej intymniejącą atmosferę pogaduchy. Włosy Iriny owiane były legendą w całym miasteczku N i nie tylko. Podobno trzy lata temu ścięła wszystkie podczas wizyty jakiegoś perukarza z Irkucka, który był tak zachwycony, że zapłacił za nie garścią złotych samorodków. Włosy odrosły karmiąc nadzieję matki, że nawinie się na nie jakiś godny kandydat, który wyciągnie Irinę z dusznego biedowania w N. Mijając smętne skośnookie spojrzenia spod granatowych beretów i czapek uszatek opuściłem oberżę i udałem się do pobliskiego sklepu spożywczego. Wskutek jakichś niejasnych anomalii grawitacyjnych, bo przecież nie wypiłem ani szklanki spirytusu, miałem wielkie trudności przy próbie wspięcia się na drabinkowe schody prowadzące do sklepu. Zostałem wciągnięty między szczytowe deskowate szczebelki, tak że na stopniu została tylko głowa. Mało co nie zszedłem ze świata śmiercią przez uduszenie – powieszenie, gdyby na głowę nie nadepnął mi potężny górnik, przepychając ją wraz z resztą ciała w miejsce pod schodami. Szczęśliwie mocno nadwyrężona szczęka nadała mojej kulawej mowie rosyjskiej bardziej swojski akcent, dzięki któremu zyskałem trochę nadziei na przychylność tubylców. Tym razem pieczołowicie pokonałem schody, ważąc każdy krok rozpoznałem kierunek, w którym napierała nieznana mi jeszcze siła. Moja prawa ręka opuszczona z wiotkością mięśni, samoczynnie przechylała się w stronę wierzby rosnącej na przeciwległym brzegu głębokiej rzeki obmywającej granice miasteczka N. Z podestu przy wejściu do sklepu dobrze przyjrzałem się tej wierzbie przez małą lunetkę, z którą nie rozstaję się odbywając dalekie podróże tego typu. Włosowate gałązki drzewa nurzały się w rzeczystej toni w typowym dla tego gatunku płaczliwym geście. Otworzyłem drzwi sklepu i ostrożnie wszedłem do środka, jednak wykrzywiona we wspomnianym kierunku podłoga zniosła moje koziołkujące ciało w kąt, w który wciśnięta była wielka gablota ze świeżymi wypatroszonymi rybami. Wylądowałem z twarzą przytłoczoną do szyby oko w oko z ogromnym wiszącym za nia jesiotrem. Ryba otworzyła swą paszczę i zdawało się że słyszę wypowiadaną przez nią przestrogę odnoszącą się do wyboru żyłki i haczyka, na który przyjdzie mi się schwytać.Od szyby odkleiły mnie silne górnicze ramiona, a kiedy odwróciły frontem do siebie, spostrzegłem dwóch rosłych chłopów z ostrym, wyzywająco przesadzonym makijażu, czerwonoustych z zachodzącymi słońcami na polikach. We włosy wpięte mieli kosmyki włókien kukurydzianych, a brakujące zęby wypełniały ziarna kukurydzy. Spytali mnie ile spirytusu wyżłopałem skoro tak dynamicznie się turlam, ja na to że tylko parę kropel dla odkażenia popękanych ust, a oni że zapewne starucha nie serwuje, żeby nie wstydzić się przed Amerykańcem dzikich hulanek, które zwyczajowo są na porządku dziennym w N-skiej oberży, i żeby nie spartolić naszej Irinie szansy na złowienie takiej grubej ryby, mówiąc to jeden z nich zastukał w szybę do jesiotra, który zamknął gębę w głuchej odpowiedzi. Spytałem ich dlaczego się tak wystroili , a oni w śmiech i szturchając mnie dziwią się że nie poznaję, - jesteśmy wszakże przyszłymi córkami Amerykańca i Iriny, nazywamy się Corny i Horny i właśnie idziemy do naszych przyszłych rodziców żeby ponarzekać jak strasznie nam nudno i przekonać, żeby zabrali nas do naszej willi w Ohio swoim złotym kadilakiem. Pochwaliłem ich szutki i przypuściłem, że Irina bardzo się ucieszy z wyjazdu, bo zbyt wiele lat dzieliła ze wszystkimi nudy panujące w N. Dostałem za ten komentarz po razie od obydwu pięścią po mordzie w skrytości ciesząc się , że dalsze gnębienie mojej szczęki uczyni obcość mojego akcentu nierozpoznawalną. Wybitego zęba schowałem w kieszonce koszuli i podążając ża żartem Corny i Horny zastapiłem go suchym ziarnem kukurydzy. Po chwili siostry zorganizowały mi przelot z podestu na piaszczysty brzeg rzeki, częstując niemal swojsko brzmiącym słowem "swołocz", po czym klnąc i śmiejąc się na przemian udały się w stronę oberży. Leżąc plackiem na piasku znów ujrzałem wierzbę sponad wydmy wysokości kciuka. Ponieważ z tej odległości zmierzyłem, że drzewo jest również wysokie na kciuk, uznałem swoje położenie za dobry omen wróżący uzasadnione powodzenie przeprawy przez rzekę zwłaszcza, że mojemu spostrzeżeniu towarzyszyło znajome brzęczenie stali. Łanow stał po kostki zanurzony w wodzie stukając miarowo widelcem o widelec. -Tak, ja również zupełnie spontanicznie zapałałem ochotą odzwierciedlenia przygód Sindbada Żeglarza w wymiarze pełnoludzkim i to nie koniecznie w sfilmowanej wersji.- powiedział Łanow, kiedy podczołgałem się do brzegu, zanurzając palce w lodowatej wodzie. -Nie ma sensu ryzykować zapalenia płuc, a nawet utonięcia w wyniku przeprawy wpław. Dostałem właśnie wypłatę od amerykańskiego reżysera, więc możemy zapewnić sobie transport i z suchymi włosami choć na chwilę oprzeć się o pień tej wierzby, którą zapewne zdążył już pan zauważyć, a której przed rokiem jeszcze tu nie było, kiedy filmowaliśmy małpkę żeglarza. Pewnej nocy, siedem miesięcy temu została tam przywieziona starą ciężarówką marki Kraz i zasadzona przy samym brzegu przez kilkunastoosobową ekipę robotników, wyznał mi to w sekrecie jeden z flisaków, kiedy obdarowałem go pełną szklanicą spirytu. Łanow położył się na piasku obok mnie i oboje przez dłuższą chwilę wpatrywaliśmy się w tajemnicze drzewo na drugim brzegu. -Wiedziałem że wcześniej czy później przywoła cię to miejsce przyjacielu i że sam nigdy nie odważyłbym się zgłębić jego tajemnicy. Prawdę mówiąc tylko raz przekroczyłem tę rzeką na barce przewożącej rudę z kopalni, ale napięty harmonogram zdjęć do filmu nie pozwolił na zbliżenie się do tej wierzby. Nawet zaproponowałem podobną wyprawę Amerykańcowi, ale był zbyt pochłonięty przesłuchaniami wywiadowczymi górniczych rodzin, by zgodzić się na tak fantastycznie nieobiecującą dygresję od planu. Swoją drogą jego dobroczynne zasługi są nieporównywalnie większe od twoich upierdliwych dekoracji, o które musieli się potykać klienci oberży, pamiętasz jeszcze te kamienne posążki obscenicznych bóstw, które spoglądały na przepływającą małpkę ze skrajów kanionu?- pamiętałem dokładnie jak na oślep roztrzaskiwaliśmy większe głazy, a odłamki jakimś naturalnym cudem przyjmowały kształty na wpół antropomorficzne, by potem posłużyć jako niemi świadkowie rejsu Sindbada. -Otóż to co zrobił dla miasta główny sponsor tego amerykańskiego filmu może być dla naszych planów bardzo użyteczne, sam zresztą zobaczysz, to jakieś pół godziny stąd, piechotą jeszcze mniej, ale ze względów bezpieczeństwa powinniśmy się tam doczołgać. Łanow odsunął się od brzegu i zaczął czołgać się wzdłuż w górę rzeki, ja podążyłem za nim poprawiając kręty ślad żłobiony w plaży jego kończynami. Pełzaliśmy długo, ciskając napotkane kamienie i patyki do wody, a ponieważ ślad nasz musiał z góry wyglądać jak warkocz, a natura naszej ekspedycji wciąż zdawała mi się niejasna, przypomniała mi się nosząca warkocz młodsza siostra Iriny Nadia, która podobno znalazła kiedyś na dywanie w swoim pokoju cienkie włókno przypominające włos. Bardzo zaniepokoiła ją niepewność czy włókno istotnie jest włosem, czy bierze się z rozczapierzystości samego dywanu, czy też jego pochodzenie jest jeszcze odmienniejsze, a co za tym idzie jeszcze bardziej niepokojące. W celu rozwikłania wątpliwości wyrwała własny włos, żeby porównać go z włóknem, jednak lekka wada wzroku i być może brak dostępu do mikroskopu uczyniły z problemu niezwykle uciążliwe natręctwo, które z czasem uniemożliwiło jej normalne funkcjonowanie do tego stopnia że spędzała godziny, a potem całe dnie na bezowocnym porównywaniu włókna z włosami, a następnie z innymi występującymi w pokoju żyłkami, nitkami i sznureczkami. W dodatku dla zachowania warunków eksperymentalnych utrzymywała swój pokój z drzwiami i oknami zamkniętymi na klucz, odcinając go od świata zewnętrznego, a tym samym od możliwości kontaminacji obcymi włóknami i ewentualnego odfrunięcia włókna w razie przeciągu. Zupełnie nieistotny stał się dla niej głód, pragnienie i brak kontaktu z bliskimi w obliczu potencjalnej identyfikacji włókna. Kiedy sytuacja stała się krytyczna i cała rodzina z oberżystką i Iriną na czele zaległa na klęczkach przej drzwiami jej pokoju błagając by wreszcie wyszła, Nadia wyplotła z warkocza pojedynczy włos, przewlekła go przez dziurkę od klucza, tak aby rodzina mogła go dotknąć, po czym oznajmiła że jest zajęta i ze zdwojoną determinacją poświęciła się dalszemu porównywaniu.
W końcu doczołgaliśmy się z Łanowem do celu. Przy plaży stał pokaźny sklecony z płyt eternitowych barak. Wokół niego piętrzyły się stosy pustych butelek wszelkiej objętości przeznaczonych na sprzedaż, a ducha spirytu czuć było z odległości trzydziestu kroków. Przed barakiem leżał upojony, rozchełstany i nieogolony właściciel przez sen mruczący pieśń marynarską z czasów świetności "Aurory". Łanow bez słowa włożył mu pod koszulę pęk pięciodolarówek, a z kieszeni wyjął klucz do baraku, otworzył kłódkę, ściągnął łańcuch i po chwili z cienia wyłonił się kadłub wehikułu, którym przyjdzie nam przemierzyć wodę dzielącą nas od wierzby. Była to ogromna siedmiokilolitrowa butelka po kokakoli. Firma była oficjalnym sponsorem amerykańskiego filmu dokumentalnego i podarowała napój wszystkim spragnionym ustom i żołądkom mieszkańców miasteczka N. Podobno prawdziwą przyczyną przelotu tak wielkiej butli nad cieśniną Beringa prosto do zaściankowego miasteczka na Syberii było strategiczne posunięcie w kampanii reklamowej mające na celu wyparcie z rynku kwasu chlebowego i ustanowienie przyczółka dla podboju wybrednych mongolskich kubków smakowych. Podejrzewam jednak, że chodziło również o zagarnięcie jakiegoś rzadkiego minerału stanowiącego część składową nowej tajnej receptury kokakoli, a występującego w tutejszych kopalniach. Tak czy owak tuż przed moim przybyciem tysiące pielgrzymów ściągnęło do N. By zapić spiryt oryginalną amerykańską kokakolą z wielkiej butli. Z radości prędko wcisnąłem się do środka przez ciasną szyjkę i począłem zlizywać ze ścianki lepki osad słodkości. Zobaczyłem jak Łanow szkicuje sprężynową trajektorię przepływu butelki. Poślinił palec by tylko upewnić się, że wiatr wieje w kierunku drzewa. Wnętrze naszej kapsuły było dość obszerne by pomieścić nawet cztery osoby o ile przyjęło się pozycję kucającą. Pomogłem przyjacielowi wśliznąć do środka i oboje przesuwając własne masy drobnymi kroczkami wtoczyliśmy się do wody. Rwący nurt poniósł nas w dół rzeki, my natomiast wciąż toczyliśmy butelkę od wewnątrz jak chomiki biegnące po kołowrotku. Pod nami spostrzegliśmy dziwujące się rybie spojrzenia, a jeden z jesiotrów zdał się życzyć nam powodzenia. - Jesteśmy już w jej władaniu- powiedział Łanow, kiedy wokół nas pojawiły się witki wierzby, które zanurzała w rzece, nasze obroty nawinęły je na wehikuł jak włosy na lokówkę, lub jak spaghetti na widelec. Kiedy zbliżyliśmy się do wierzby na odległość rzutu kamieniem, ta ścisnęła butelkę swoimi konarami tak że najpierw utknęliśmy w szyjce a następnie nadciśnienie wystrzeliło nas jak szampanowe korki. Moc przyciągania skierowała nas wprost na pień, a kiedy po uderzeniu odzyskaliśmy przytomność doświadczyliśmy powolnego ruchu po powierzchni wierzbowej kory. Omszona jej faktura widziana z odległości nosa przypominała ląd obserwowany z perspektywy samolotu, lub balonu na gorące powietrze dzięki odbitym od niej ciepłym oddechom. Mijaliśmy lasy mchów i łąki porostów kierując się podług infrastruktury pajęczynowych splotów i exodusu robactwa przeróżnego sortu. Na wzór dalekich osiedli w dolinach popękanej kory wciśnięte były drobinki piasku i odłamki kamieni, a wszystko to zmierzało wraz z nami do odkrycia tajemnicy, tak jakby wierzba zainscenizowała całą moją wizytę w miasteczku N. Tylko dlatego, że było jej z jakichś nieznanych powodów śpieszno, byśmy z towarzyszącym mi Chińczykiem dotarli do samego jej sedna, jakby w jej drzewnej naturze leżało dzielenie się sekretem, do którego bramę stanowiła niewielka dziupla wymacana przez Łanowa dokładnie na wysokości oczu. Wysupłał szybko swoje dwa widelce i zaparł się nimi krawędzi dziupli, żeby ta nie wessała jego głowy, bo w miarę zbliżania się do otworu jego niegdyś skośne oczy nadzwyczaj się wybałuszały, aż wreszcie pocałunek wierzby pokrył jego twarz pozwalając wejrzeć do jej wnętrza. Jego dłonie z trudem trzymały się widelców, a dygoczące nogi energicznie kopały pień chcąc jakby wydobyć z niego jeszcze więcej. Trwało to parę dłużących się przyśpieszonym tempem sekund, a kiedy wierzba uznała najwyraźniej, że Łanow zobaczył już dość, odrzuciła go od siebie prosto do rzeki, w locie zwrócił się jeszcze do mnie palcem przyciśniętym do ust, dając do zrozumienia, że przyjdzie mi teraz zaznajomić się z wielkim sekretem, który ściągnął mnie na ten koniec świata ze środka Europy. Przewidując, że w dziupli mogą panować ciemności nie do przebrnięcia dla mojego kurzoślepego oka, w ostatniej chwili potarłem zapałkę żeglarską o korę wierzby i wetknąłem ją w dłoń pluszowej małpki jak pochodnię, po czym wysłałem tego na wpół ożywionego Sindbada w kokosowej łajbie do środka aby rozjaśnił mi perspektywę. Po chwili twarz moja utkwiła w dziurze, dłonie chwyciły się widelców, a ponieważ głód poznania miotał mną jak nigdy dotąd, to pewnie z powodu tej zajadłej żarłoczności przegryzłem sobie wargę czując żelazisty smak posoki. Oto co ujrzałem w świetle sindbadowej latarni: kamienie różnej wielkości i kształtu, nawet szlachetne i półszlachetne, połamane cegły, odłamki skał i rudy kilku metali, śruby rozmaitego kalibru, niektóre z nakrętkami, zardzewiałe gwoździe, ostre kawałki szklanych butelek o lśniących denkach, powyginane pręty i zwijane druty, fragmenty tkanin porwanych i nadpalonych, naturalnych i syntetycznych, bilon i strzępki banknotów walut obcych, zgniecione puszki po konserwach, biżuterię, dziurawe buty bez pary, popsute zabawki, koniki i samochodziki, podgniłe i nadgryzione warzywa, owoce i ich obierki, kości drobiowe i ssacze, pióra, sznurki, żyłki i nitki różnej długości i grubości oraz kilka wyrwanych włosów. Oszołomiła mnie wielość różnorodnych form materii zawarta w pniu jednego drzewa, ale dopiero pluszowo obojętna mina iluminującej to wszystko małpki uświadomiła mi funkcję wierzby, a co za tym idzie przyczynę ogromnej siły przyciągania znajdującej w niej źródło. Splunąłem krwią do dziupli zasiewając przy okazji kukurydzianego zęba, a sam zostałem wypluty w głębię rzeki. Wypływając powoli na powierzchnię pomyślałem sobie, że Sindbada wcale nie zdziwił widok zawartości wierzby, ponieważ był on muzułmaninem, któremu znajoma była zarówno moc grawitacyjna mekkańskiej Kaaby z jej czarnym odciskiem stopy, jak i nieco odmienna moc stojącego nieopodal kamiennego słupka utożsamianego z szatanem, który ściągał na siebie tysiące zewsząd rzucanych kamieni. Wierzba musiała być zatem swoistym szatańskim śmietnikiem gromadzącym ogromne ciężary ludzkiej pamięci w postaci wszelkich przedmiotów wrzucanych w jej wnętrze, po których mogła następnie z uwagi na swoją wierzbową naturę zwyczajnie zapłakać.. Wynurzyłem się wreszcie, lecz tafla wody zastygła nagle asfaltem pozostawiając moją głowę na środku bezkresnej jezdni, która przed chwilą jeszcze zdawała się być rzeką. Głowa Łanowa wystawała jakieś trzydzieści kroków ode mnie, kiedy usłyszeliśmy zbliżający się warkot silnika. Wołaliśmy nawet o pomoc, lecz nadjeżdżająca ciężarówka minęła nas szczęśliwie między swoimi kołami. Był to stary Kraz wiozący wyrwaną z korzeniami wierzbę z przytulonymi do niej robotnikami. Na tylnej rejestracji widniała przewrócona ósemka. - Zapewne wyruszyła w poszukiwaniu nowych skarbów -oznajmił Łanow 

Dokładnie pamiętam moment, w którym Łanow rozpłakał się o świcie, trzeciego dnia naszego unieruchomienia. Wcześniej doszliśmy do wniosku, że wierzba celowo zasadziła nas w asfalcie, byśmy nie próbowali za nią podążać, po tym jak sięgnęliśmy wzrokiem jej sedna, ale już trzeciego dnia pojawiła się smutna perspektywa śmierci od wilczych zębów, kiedy zdartymi od krzyku głosami nie byliśmy już w stanie odganiać watahy zataczającej wokół nas coraz ciaśniejsze kręgi. Wtedy właśnie powiedziałem, żebyśmy nie zapominali o nadziei, a ona pojawiła się wywołana po imieniu. Nadia triumfalnie wstąpiła na jezdnię, kilofem  wystukując w niej skoczny rytm. W drugiej dłoni trzymała wierzbową gałązkę dając jasno do zrozumienia, że znalazła się w tym miejscu z tego samego co my powodu. Głaszcząc  nasze głowy listkiem wieńczącym gałązkę, tanecznym truchtem zatoczyła wokół nich rytualną ósemkę. Potem stanęła w jej środku i odezwała się jednym zdaniem wielokrotnie złożonym ogarniając istotę chłonącego drzewa. Do dziś nie jestem w stanie odtworzyć sekwencji tamtych słów, ale były one tak mądre, że kiedy skończyła mówić, wilki zaczęły nagle wyć w jej stronę, a Łanow i ja zrozumieliśmy, że językiem ledwie sięgamy jej pięt nie tylko w sensie dosłownym. Wtedy właśnie pokochałem Nadię, a z każdym kruszącym asfalt uderzeniem jej kilofa, czułem się bardziej wolny i śmiertelniej zakochany.
-Nie patrz tak na mnie, bo się rozproszę i rozłupię ci czaszkę niechcący- ostrzegła, a ja zamknąłem oczy, bo chciałem przeżyć w jej pobliżu resztę mojego czasu.

Przez cały październik wyręczałem ją we wszystkich obowiązkach, które nałożyła na nią matka oberżystka i robiłem to bezpłatnie, żywiąc się własnoręcznie łowionymi w rzece rybami. W tym czasie Nadia prawie nie wychodziła ze swojego pokoju pochłonięta badaniami nad czymś czego, jak twierdziła, i tak bym nie zrozumiał. Wyrzucając śmieci natrafiałem czasem na skrawki papieru z wydartymi fragmentami skomplikowanych algorytmów pisanych ołówkiem. Zbierałem te dowody jej geniuszu i nie pojmując ich znaczenia zapamiętywałem jak modlitwy by móc choć przez chwilę podążać za myślami, które wytworzył ukochany przeze mnie mózg. Nadia rozmawiała ze mną tylko kilka minut dziennie w trakcie krótkiej przerwy na papierosa. Każdym wdechem pochłaniała wtedy różne objętości dymu, zmieniając kształt ust i napięcie policzków przy każdym wydechu, a następnie prosiła bym opisał kształt powstałych w ten sposób chmur. Ponieważ wszystkie wyglądały podobnie, to przez całe dnie podczas sprzątania i gotowania obmyślałem dla nich nowe znaczenia, którymi mógłbym nasycić jej ciekawość. Widziałem więc wynurzonego z dymu ślimaka pnącego się po pałacowej wieży, by sięgnąć gwiazd na mundurze dostojnego marszałka o żyrafiej szyi, pierzastego wieloryba nurkującego w smutnym oku szczenięcia, którego ogon zwijał się w poemat o kulawej krawcowej, lub stado ptaków o jednym dziobie połykającym ziarno drzewa, którego sprężynowy pień strzela wrzecionowatym owocem w drugi brzeg oceanu. Nadia uważnie słuchała moich opisów poprawiając błędne akcenty i końcówki, jednak dopiero gdy zobaczyłem w tytoniowym tumanie bałwana toczącego z siebie coraz to mniejsze kule śniegowe, po raz pierwszy uśmiechnęła się, pytając czy wiem co to jest śnieg.

Od tamtego pytania minął rok, a ja w tym czasie nauczyłem się o śniegu wszystkiego, czego wymagała moja nowa posada selekcjonera śnieżynek. Jeszcze przed wyjazdem Nadii, moje zadanie polegało na powiększaniu znajdującej się w zamrażarce kolekcji o nowe próbki białego puchu, za co nagradzała mnie szczątkowymi raportami jej intelektualnych dokonań. Po stwierdzeniach typu " na ujemne potęgi prawdopodobieństwa istnienia takiego kształtu powinno starczyć palców na dłoniach i stopach" , lub "zdaje się, że potrzeba śmiertelnej gorączki by dotykiem móc stopić jej strukturę" wnioskowałem, że pracuje nad jakimś cudem przeczącym zdrowemu rozsądkowi, jednak  o prawdziwej doniosłości jej naukowego odkrycia dowiedziałem się dopiero z listu nadanego z Międzynarodowego Instytutu Nixologii, który w formie papierowego samolotu przyleciał z dalekiej Islandii i utkwił dziobem w szczelinie drzwi do oberży w miasteczku N. Oberżystka popłakała się, gdy zrozumiała, że po wyjeździe Iriny do USA przyjdzie jej stracić również Nadię, na której korespondencyjnie nadany tytuł doktora nauk przyrodniczych wymuszał w pełni sponsorowaną podróż, w trakcie której miała ona zaszczycać czołówkę światowych uniwersytetów swoimi wykładami o własnościach pentagonalnej superśnieżynki.

Najpierw do miasteczka przypełzły samokładne tory kolejowe specjalnie po nią wyrosłej odnogi linii transsyberyjskiej , a następnie dojechała nimi luksusowa drezyna napędzana siłą mięśni trzymetrowego niedźwiedzia ubranego w zimowy strój kolejarza. Niedźwiedź był zmęczony pedałowaniem, obrócił więc swoją podręczną klepsydrę informując, że ma jeszcze godzinę do odjazdu. Jakże wielka była moja radość gdy Nadia zdecydowała się spędzić tę ostatnią godzinę właśnie w moim towarzystwie.
-Musisz wiedzieć, że doskonale zdaję sobie sprawę co do mnie czujesz, dlatego też obiecuję spędzić z tobą cały miesiąc jako twoja narzeczona, jeżeli tylko uda ci się odszukać dla mnie fizyczny przykład przewidzianego moimi obliczeniami wzoru śnieżynki. Nie powiem ci na ile oceniam szanse jej odnalezienia, ani ile zapłacą mi za nią koncerny budowlane, by nie zakłócić wizji szczęśliwych chwil, które możemy spędzić razem, będących dla ciebie jedyną wartą zachodu nagrodą. Wycięłam z serwetki kształt, którego będziesz szukał, daję ci również kasetę dyktafonową z nagraniem mojego wykładu o tej dziwnej małej gwiazdeczce zastygłej wody, a mikroskop, resztę sprzętu i podróże będziesz musiał zorganizować we własnym zakresie. Potrzebujesz czegoś jeszcze? - zapytała mnie spoglądając na czekającego przy drezynie niedźwiedzia
-Odgryź i zostaw mi paznokieć swojego palca wskazującego, bym pamiętał, że to ty wskazałaś mi cel poszukiwań i daj mi też ten z palca serdecznego, żeby przypominał o obiecanym przez ciebie narzeczeństwie.
Nadia odgryzła oba paznokcie i położyła mi na dłoni mówiąc.
-Są twoje, jeśli zdołasz nimi nakarmić wiarę równie wielką jak twoja miłość do mnie. Tylko wysoki współczynnik wiary mnoży ułamek prawdopodobieństwa napotkania tej śnieżynki do wartości godnych jakiejkolwiek nadziei. Z każdego miasta, w którym wygłoszę wykład będę przesyłać ci pocztówkę z pytaniem o postępy twoich poszukiwań, a ty w odpowiedzi podawać będziesz liczbę sprawdzonych pod mikroskopem kryształków aż do chwili, w której odnajdziesz ten wyjątkowy pięcioramienny, sfotografujesz go i schowasz w kapsule izotermicznej z etykietką zawierającą dokładny czas i współrzędne miejsca odnalezienia.

Zapamiętałem jej badawcze wskazówki dziękując za możliwość przysłużenia się szczytnym celom naukowym i podkreślając, ze choć nie jestem godzien obcowania z tak cudną kobietą to perspektywa miesięcznego narzeczeństwa napawa mnie szczęściem wręcz niepojętym. Nadia poczęstowała mnie chłodnym pocałunkiem w czoło, wskoczyła do drezyny i zniknęła na długie miesiące w wielkim świecie.

Siedzę teraz sam w moim namiocie i rozszyfrowuję pocztówkę z Londynu, którą dostarczył mi renifer pocztowy. Od dłuższego czasu nie spotkałem na moim podbiegunowym pustkowiu żadnego człowieka. Wiem, że trzydzieści wiorst na północ mieszka pewien badacz zórz polarnych, wnioskując po świetlistej korespondencji, którą na swoich rogach przynosi mu renifer. Z kolei parę dni drogi na południowy zachód znajduje się osada starców noszących to samo imię - Mikołaj i trudniących się rzeźbieniem w lodzie wielokształtnych form przynoszących radość najmłodszym. Ja natomiast otoczony jestem ogromem badanej przeze mnie substancji- śniegu. Uczyniłem ze swojego półkulistego namiotu kaplicę tęsknoty za moja Nadią, zaś analizę typologiczną tysięcy sześcioramiennych śnieżynek przeprowadzam nad strumieniem wpadającym do morza arktycznego w świetle długich dni polarnych. Namiot służy mi za model północnej półkuli planetarnej, pod której powierzchnią przyklejam widokówki adekwatnie do miejsca ich nadania. W środku rozpalam ognisko z niezgrabnych listów pisanych do Nadii mając nadzieję, że dym wydostający się z biegunowej szpary na szczycie namiotu dotrze kiedyś ponad jej głowę w postaci wyindukowanych chmur i pozwoli zrozumieć, jak bardzo mi jej brakuje. Mam tutaj spory zapas styropianu, z którego wycinam namiastki pocztówkowych miast. Zbudowałem właśnie domy brytyjskiego parlamentu przypinając mój ręczny zegarek do wieży Big Bena by pozbyć się porcji czasu dzielącego mnie od znalezienia upragnionego kryształka. Zaludniam przygotowaną makietę sprawdzonymi już śnieżynkami, jakby to byli wszyscy naukowcy i studenci Nixologii, którym przyszło słuchać wykładów Nadii. To już siódma stolica, której podobiznę wyskrobuję w styropianie, by następnie pozwolić jej oddalić się z nurtem rzeki  prowokując w swojej głowie wrażenie podróży. Jeśli chodzi o kształt superśnieżynki i jej funkcję w roju zwyczajnych śnieżynek to do dziś nie pojąłem w pełni tych skomplikowanych kwestii. Ilość słów w moich notatkach do wykładu Nadii parokrotnie przewyższa tę użytą przez nią samą, tak jakby każde jej słowo było fundamentem do budowy nowego zdania. Opisana przez nią struktura kryształu jest niejako pierwotnym wzorem dla wszechśniegu na całej planecie. Każde z pięciu ramion lodowej gwiazdeczki rozrastać się ma w inny sposób tworząc setki spustów uruchamiających nowe procesy krystalizacji Nadia wysunęła  hipotezę, ze za tę niezwykłą strukturę odpowiedzialne są zawarte w niej jony Astatu i że co najmniej połowa z najwyżej kilku istniejących na świecie okazów już opadła na ziemię. Reszta krąży gdzieś w dolnych partiach stratosfery i prowokuje schłodzone chmury do opadów.

Po trzech kwartałach bezowocnych poszukiwań zaświtała mi w głowie cienka granica między tym co odkryte a tym co stworzone i podjąłem próbę skonstruowania tej dziwnej mikrostruktury, którą tak trudno było zastać w naturze. Ze złomu po starej stacji meteorologicznej zmontowałem rodzaj powiększalnika do wywoływania fotografii o odwróconym działaniu. Mój pomniejszalnik rzucał zminiaturyzowany cień wyciętej z serwetki śnieżynki na cienkie zaparowane szkiełko. Różnica temperatur między cieniem, a oświetlonym tłem miała sprowokować wodę do krystalizacji w ramach narzuconego kształtu.
 
 

wtorek, 21 stycznia 2014

cienie piesków

Przesunąłem swojego pionka na Ateny, a koralik na czterysta lat przed naszą erą, po czym wyszedłem z mieszkania i udałem się na ruchliwy bulwar naszej stolicy, chcąc zarobić parę groszy metodą filozofa-żebraka. Podchodzę więc do czekającego na coś jegomościa i pytam:
-Przepraszam pana najmocniej, ale czy wiedząc, że na świecie jest siedem miliardów ludzi, zdaje pan sobie sprawę, że w tej samej chwili nie tylko pan robi dokładnie to co pan robi i myśli dokładnie to co pan myśli.
-Chyba tak, choć wcześniej o tym nie myślałem, to musi być fakt wynikający z natury prawdopodobieństwa.
- W rzeczy samej, dajmy na to, że pan ze swojej dłoni robi małego pieska i rzuca jego cień na chodnik. Proszę spróbować
Jegomość składa dłoń i poczyna poruszać paszczą cienistego zwierzęcia
- O to chodzi?, potrafię jeszcze kaczuszkę i krokodylka
- Piesek wystarczy, podejdźmy do sprawy cynicznie. Teraz proszę sobie wyobrazić , że jest osoba , która w danym momencie, gdzieś tam w szerokim świecie naśladuje pańskie ruchy i myśli, czyli również robi sobie z dłoni pieska.
-Jest, wyobraziłem sobie, możemy założyć, że taka osoba istnieje
-Świetnie, teraz proszę sobie uzmysłowić, że różnica między panem a tą osobą polega na tym, że ona znajduje się aktualnie w ciemnej piwnicy, a cień jej pieska nie jest wywołany słońcem, lecz światłem z paleniska w małym piecyku na węgiel, drewno, lub jakiekolwiek inne śmiecie.
-Rozumiem, ja jestem na powierzchni, a on, lub ona gdzieś pod nią
-Pięknie, zauważył pan różnicę poziomów między insolowaną antroposferą, a  hipotetyczną zatęchłą piwnicą  pańskiego odpowiednika znajdującą się bliżej środka planety, jak również to, że ten ktoś może mieć płeć zależną od tego czy jest człowiekiem czy osobą, nim, albo nią. Teraz proszę wyobrazić sobie, że zbliża się pan do słońca. Jak na to zareaguje cień pańskiego pieska?
-Naturalnie będzie za mną po chodniku pomykał
- Czy nie należałoby powiedzieć "Przede mną", bo skoro pan idzie ku słońcu, widząc jednocześnie pieska to czyż nie porusza się pan plecami zwrócony do słońca, mając pieska właśnie przed sobą, a nie za sobą.
Jegomość wypróbował omawiany ruch, stwierdzając:
-Rzeczywiście, paradoksalnie jest tak jak pan mówi
-A co dzieje się wtedy z pieskiem tamtej drugiej osoby?
Zastanowił się chwilę po czym odparł:
- Powiększy się, w miarę zbliżania się do piecyka, cień pieska będzie coraz większy
- Właśnie, piesek synchronizującego się z panem człowieka osiągnie wielkie rozmiary, całą ścianę i w końcu prawie całą piwnicę, będzie tak duży, że biedaczek mógłby się nawet go przestraszyć
-Bez przesady, nikt nie boi się cienia własnej dłoni
- Nawet jeśli piesek go nie przestraszy, to na pewno człowiek ten poparzy rękę przystawiając ją zbyt blisko płomieni. Proszę o tym pomyśleć robiąc kolejny krok w stronę słońca, które wciąż będzie oddalone o sto pięćdziesiąt miliardów kilometrów i  na pewno nie zrobi panu krzywdy.
- Że niby, kiedy ja się za bardzo do słońca zbliżę, to on poparzy się ogniem z piecyka? Dobrze rozumiem?
-Mniej więcej tak mogłoby się zdarzyć. Należałoby się wtedy zastanowić ile wart jest każdy z palców tworzących głowę pieska
-Zaraz, zaraz. Czy pan przypadkiem nie insynuuje, że ja miałbym być odpowiedzialny za poparzone palce tego drugiego, lub tej drugiej, co jest teraz w piwnicy?
Skądże znowu. Proponuję jednakże przykładowo nadać każdemu  palcu wartość jednego złotego i oddać się kontemplacji sumy, którą dadzą panu dwie dłonie.
-OK, mam akurat dziesięć złotych w papierku
Pyszczkiem pieska wyciągnął banknot z portfela i wystawił go na mój widok
-Tak to połączeni być możemy plotącymi się sympatycznymi nićmi, a żaden los nie jest wyizolowany od reszty i żaden piesek od swojego pana
Złapałem pyszczkiem własnego pieska za drugi koniec banknotu
-Czy pan i pana piesek przypadkiem nie sugerujecie, że chcielibyście tę dyszkę dostać bardziej niż ja jej potrzebuję
Mówiąc to poruszał pyszczkiem pieska, jakby delikatnie kąsając pieniążek, ja uczyniłem to samo
-Czy dziwi pana taka perspektywa, którą łatwo pomylić z żebractwem?
-Dziwi mnie raczej namacalność zależności mojej gęby od gęby mojego pieska, dziwi mnie również to że tak naiwnie wysłuchałem pańskiej historii, tylko po to żeby teraz podłożyć się panu z tym banknotem
-Czyli uzyskał pan wgląd w dalsze losy naszej bądź co bądź konfrontacji, potrafi pan teraz przewidzieć, co stanie się z tym co rusz kąsanym pieniądzem, z którego jednak  jeszcze nic nie ubyło
- Potrafię o tyle o ile pański piesek zdoła mnie przekonać, dlaczego jemu należy się ta dycha, należąca w końcu do mnie.
-Może próbą ognia? Ma pan zapalniczkę?
-Mam (wyciągnął)
-Proszę ją zapalić (zapala) a teraz proszę pomyśleć, w którym miejscu podłożyć płomień, czy pod moją dłonią?
-Nie, po co miałbym pana oparzyć, pod moją tym bardziej, to bezsensu
- W takim razie proszę podłożyć pod banknotem, żeby spłonął i by nikt nie mógł z niego skorzystać
Przesuwam jego dłoń, ale on gasi płomień
- Naturalnie tego też nie zrobię
-Więc teraz moja kolej
Zabieram zapalniczkę, zapalam i podsuwam ogień pod jego palce, natychmiast puszcza dziesięciozłotówkę, a ja odchodzę o nią bogatszy

sobota, 18 stycznia 2014

rekin żelazny

M przesunęła swojego pionka na wyspę Jawę
-A co mi tam, w aneksie do kazania powiedziane było wszakże, że Błogosławieni ci, którzy zasypiają za dnia, bowiem przyśnią oni jawę śpiących na drugim końcu świata. Różnica stref czasowych chyba się zgadza, a mnie w życiu nie będzie stać na tak daleką podróż.
Zapłaciła  złotówkę za każdy tysiąc kilometrów dzielący ją od celu, można więc było zakupić odpowiednią ilość soli jodowanej, którą wsypaliśmy do wanny pełnej ciepłej wody, by uzyskać występujące w Morzu Jawajskim stężenie trzydziestu dwóch promili. Objętość wanny odmierzaliśmy pięcio i sześcio litrowymi butlami po wodzie mineralnej wypełnianymi i opróżnianymi naprzemiennie, natomiast sól zważyliśmy na wadze, jako odważniki stosując podzielne na kostki stugramowe tabliczki czekolady . W łazience przykręciłem również mocniejszą żarówkę halogenową by lepiej odzwierciedlała okołorównikowe słońce i przysunąłem doniczkową palmę, by dawała namiastkę tropikalnego klimatu i cień od rażącej żarówki .
M rozebrała się i weszła do wanny.
- Ciepło, słono i błogo, zdaje się, że żadna katastrofa nie zmąci mi tej morskiej toni, potrzebuję jeszcze błękitu nieba i jakiegoś stworzenia na nim fruwającego.
Pośpiesznie wydrukowałem zdjęcie szybującej mewy, niebieskim flamastrem pokolorowałem niebo i przesunąłem powoli nad jej głową
-Ładnie, ale mógłbyś postarać się o coś bardziej kolorowego, rajskiego ptaka, albo jakiegoś kolibra z tamtych rejonów, wiesz, mewy zlatują się nawet do podrzędnych kałuż centralnej Polski, a ja niewątpliwie chcę być tam na Jawie i  to teraz.
M przesunęła swój koralik na nici czasu do granicznego supełka oznaczającego chwilę obecną  po czym napięła nić do granic wytrzymałości.
- Do tych nitek powinniśmy dodać jakieś interwały czasu przyszłego albo wręcz ustanowić całe szpulki po tej stronie, bo czuje się teraz jakoś ostatecznie, jakby coś miało się zaraz urwać. Widzę nawet rekina, który do mnie raczy podpływać
Istotnie z powierzchni wody wynurzył się kształt rekiniej płetwy, było to ostrze noża zbliżające się do jej dłoni.
-Niech się mu przyjrzę, to Carcharhinus Ferrus - rekin żelazny, mały, niepozorny i krwawy morderca milionów ludzi i zwierząt, ale z mojej perspektywy nie wygląda wcale groźnie, daje się nawet pogłaskać.
Kredką do oczu namalowała na nożu ślepia, paszczę i skrzela, po czym łagodnie przesunęła ostrze po unaczynionej części nadgarstka, wokół którego owinęła nić czasu. Na szczęście pieniędzy z puli starczyło jeszcze na siatkę pomarańczy i parę gałek muszkatołowych. Uwolniłem pomarańcze z sieci, w której oka schwytałem rekina żelaznego odciągając go od jej ciała. Pomarańcze z chlupotem wpadły do wanny, a ja przesunąłem koralik o czterysta lat wstecz i odparłem:
-W ostatniej chwili przypływa holenderska fregata i łapiąc rekina w sieci ratuje ci życie. Mamy połowę siedemnastego wieku, a ty wracasz właśnie z wyspy Ran w archipelagu Moluki, skąd odebrałaś ładunek bezcennej gałki muszkatołowej, która ponoć leczy dżumę.
Z kartki, na której była mewa szybko złożyłem czapkę-statek, wrzuciłem do niego trzy gałki i umieściłem na jej głowie, a ona na to:
-Z wyspy Ran wyruszyłam już tydzień temu, wnioskując z tych siedmiu pomarańczowo wschodzących słońc, które podgrzewają morze.
Odkręciła kurek z gorącą wodą. Ja wyciągnąłem jedną pomarańczę i przekroiłem nożem w połowie.
- Jedno słońce wyssij sobie na szkorbut, żeby ci zęby nie uciekły w drodze powrotnej przez Malediwy.
M ugryzła połówkę i krzyknęła w dal
-Zaczekaj na mnie jeszcze chwilę, o schorowana Europo!
Zanużyła głowę w wodzie zostawiając papierowy statek na jej powierzchni

piątek, 10 stycznia 2014

masz-tu odchyły

Swego czasu właściciel masztu tele-radiowego w moim mieście oferował pracę na najwyższym możliwym stanowisku w kraju. Z moimi uprawnieniami himalaistycznymi podpisanymi dziewięciokrotnie przez ostatniego Karmapę tybetańskiego na chuście z najwyśmienitszego jedwabiu, nie miałem problemu dostać się do ekipy remontującej maszt. Pierwszym naszym zadaniem było umiejętne ostukanie masztu młoteczkami, co nie stanowiło większego problemu dla mnie jako posiadacza dyplomu Szkoły Muzycznej zaszyfrowanego w nutach krótkiej uwertury z opery "Ramiona Atlasa" przez czołowego kompozytora patetycznej muzyki filmowej. Wystarczyło uważnie wsłuchać się w to co aktualnie nadawał maszt, czy to koncert, słuchowisko, czy program publicystyczny i miarowo odstukać młotkiem rytm charakteryzujący adekwatną do przekazu odpowiedź. W chwili gdy przez trzy minuty cała załoga stukała nader harmonicznie i przyjemnie dla ucha, pracowałem akurat w połowie wysokości masztu, więc choć wszyscyśmy dostali premię za ten wyczyn, to tylko mnie przypadł miedziany medal na którym wygrawerowany był wzór identyczny z tym który zdobił szczytową kondygnację masztu.W związku z tym wyróżnieniem objąłem funkcję koordynatora całej ekipy przy odmalowywaniu ścian masztu. Podejrzewam jednak, że  w tym awansie pomogło moje świadectwo ukończenia Akademii Sztuk Pięknych, namalowane na portugalskim płótnie jako olejna metafora jednego z zachodów słońca dokumentowanych cowieczornie przez  pewnego zasłużonego malarza z Lizbony od wczesnego dzieciństwa, od kiedy to skaleczonym palcem odcisnął on po raz pierwszy czerwone kółko na ścianie obok wychodzącego na ocean okna swojego pokoju. Kwestia doboru właściwych kolorów farb tak aby prawidłowo odpowiadały zmiennemu nasyceniu barw i kształtów w tysiącu kanałów telewizyjnych jednocześnie i zarazem gustownego wkomponowania masztu w otaczający krajobraz, była kluczowa przy takim wyzwaniu. Poleciłem pracownikom używać pędzli o grubości tej samej co sam malowany maszt, tyle że widziany z odległości trzystu sześćdziesięciu metrów. Dozwolone barwy ograniczała wysokość na której miał powstać zaplanowany fresk od czerwieni na dole do fioletu w górnych partiach konstrukcji. Osobiście użyłem jedynie farby czarnej i białej malując samodzielnie szczytowe jej piętro. Zdaniem mojego zwierzchnika nadałem tym samym oryginalnemu i wspomnianemu wcześniej wzorowi bardziej optymistyczny wyraz, za co otrzymałem platynową statuetkę miniaturowego masztu, której używam do dziś jako szpikulca do nabijania wszelkich certyfikatów, które w życiu zdobyłem. Do trzeciego zadania- nadbudowy masztu, wydelegowano już tylko mnie, powierzając reszcie załogi funkcje widzów i ewentualnych klakierów moich poczynań. Przez cały miesiąc nie schodziłem z platformy na samym szczycie stając się żywym elementem całej budowli, który dzięki organicznej strukturze, o wiele elastyczniej  niż antena z metali i tworzyw sztucznych reagował na wszelkie bodźce. Odpowiadałem wtedy na najmocniejsze słowa z telenoweli, na mowy polityków z najwyższych kręgów władzy i teksty najpopularniejszych piosenek. Miotałem się między barierkami w przeróżnych trybach i pozach, popadałem w modlitewną figurę embrionalną, gdy piątkowe wiatry kierowały mnie w stronę saudyjskiej pustyni, w soboty kiwałem głową by wieczorem rozbujać ciało do dzikich tanecznych ruchów, które kończyłem w złożonych dłoniach klęcząc przy biciu niedzielnych dzwonów. Gdy wiało zbyt mocno machałem pozdrowieńczo do tych widzów, którzy akurat zbyt zamaszyście oddychali, tak by dłonią rozproszyć potencjalnie niebezpieczne zawieje. Kiedy nocami wszystko się trzęsło, gwizdałem do tych co właśnie chrapali, by złagodzić możliwie katastrofalne wibracje. Po miesiącu tej mentalnej i fizycznej harówy, w trakcie której energię czerpałem jedynie z fal elektromagnetycznych, zasnąłem z wycieńczenia. Obudził mnie dopiero przechodzący wzdłuż mojego kręgosłupa piorun, gdy ledwie wisiałem na północno-wschodniej barierce, a nurt eteru wyginał maszt o dziesięć stopni, tak że kąt jego odchylenia wyniósł sto stopni względem kierunku południowo-zachodniego. Przez chmury tej piekielnej burzy dostrzegłem, że trzymająca od tamtej strony konstrukcję w pionie stalowa lina znajduje się na skraju wytrzymałości i zaraz pęknie, więc zdecydowałem się ją wesprzeć własną szyją . Uczyniłem to pomimo pary, która zasłaniała mi widok, wody, którą nasiąkłem podwajając swój ciągnący w dół ciężar i gołoledzi, która odbierała kontrolę nad moimi krokami, . Moja głowa po prostu ześlizgnęła się językiem po linie nadając szyi długość studwudziestokrotnie dłuższą od żyrafiej , po czym złapała zębami mały krzew bylinowy rosnący opodal wspornika. Nie przewidziałem jednak, że nieuniknione pęknięcie liny, zada mej szyi poważne rany cięte i zmiesza krew z potworną ulewą. Na szczęście w tym najkrytyczniejszym z momentów zjawiła się ekipa, która wspinając się na moją szyję pozszywała wszystkie przerwy w tkance żywej. Wkrótce założono linę zapasową, burza ucichła, a maszt na powrót osiągnął pion. Szef najpierw mi pogratulował mocnej szyi a potem zganił niemiłosiernie za zaśnięcie na służbie. Nagrodą za moje poświęcenie był jedynie bilet do jadącej na parter windy, ale za to w jej sektorze dla VIPów.

środa, 8 stycznia 2014

pluszowa bomba



 Słońce kładące się na moją pryczę z okiennych ram przyciska mnie mnie do szafy. Zwiotczałe mięśnie z trudem ratują ciało przed hipertermią, pełzną od jasności osłaniane barierą z gniecionej kołdry wiodąc umysł w senną ucieczkę  wątpliwymi korytarzami. Pośród sterty pluszowych zwierząt znajduję bombę zegarową z zapalnikiem zasilanym baterią-paluszkiem ukrytą w bebechach biało-różowego kotka. Bohatersko wyciągam zeń paluszek i po chwili zderzam się ze wściekłym przedszkolakiem, który okazuje się autorem śmiercionośnej bomby. Wymachuje przed moimi oczami schematem konstrukcji namalowanym kredkami świecowymi w bloku rysunkowym, przewraca kartkę z wyrzutem wskazując obraz spodziewanej eksplozji, wydarty z ciepłokolorowej bibuły. Do spełnienia jego katastroficznej wizji brakuje tylko jednego paluszka, który chowam sobie do buzi na znak pacyfistycznego sprzeciwu wobec tego brutalnego przejawu dziecięcego ekstremizmu. Rozwydrzające się dziecko pyta mnie czego właściwie szukam z moim dziesięciokrotnie dłuższym stażem życiowym pośród takich maluchów, których niezadowolony tłumek już zbiera się wkoło.Otaczają mnie rycerze i kowboje w plastikowym rynsztunku,wszyscy oburzeni, że bomba jeszcze nie wybuchła, choć mierzący każdy ledwie po metrze. Pomiędzy nimi przeciska się mała pielęgniarka w czepku z paskiem i pazłotkowym lusterku nad czołem. Zbliża się i wciska mi między zęby szpatułkę, każe wypowiedzieć samogłoskę, a ja z przekonaniem uznaję "S" za samogłoskę i syczę tak, by paluszka nie wypluć. Próbuję się wężem wywinąć, a ona podpowiada, że chodzi o "A" i że jeśli coś dobrego ma się urodzić z tej patowej sytuacji to należy zacząć od początku, od pierwszej litery, mówi że tylko wielki wybuch może oczyścić planszę z fałszywych pionków i łamiących zasady ruchów. Widzę jak każde pole wokół mnie jest już zajęte i nawet ci co wyrzucają kostką prawidłową liczbę oczek nie mogą mnie zbić ani przeskoczyć, bo jestem dla nich za wysoki. Mówię więc, choć trudno słowa przechodzą językiem pod którym kryje się bateryjka.
-Apeluję do was kochane dzieciaki o rozwiązanie pokojowe, gry nie można zachwiać prostym zniszczeniem, które jedynie zasieje planszę niedojrzałym mięsem ludzkim, opamiętajcie się.
Na to odzywa się konstruktor bomby chowając oczy za małymi szkiełkami okularów.
-Rok cały, od kiedy przestałem defekować w pieluchy, pracowałem nad tym wzniosłym projektem potężnej bomby, a ty dryblasie śmiesz opóźniać wybuch swoim obrzydliwym dorosłym wątpieniem. Nikt z nas tu obecnych śmierci przez rozszarpanie się nie boi, bowiem swobodne gnanie duchem zadowoliłoby nas stukrotnie bardziej od ścisłego zastoju w tym piekielnym przedszkolu którego więźniami jesteśmy niemal od urodzenia. Poza tym zguba nasza nie jest tu nieuniknioną koniecznością, na ofiarę złożymy warstwiące się dziko mury tego królestwa urojonego, w którym każdy jest niewolnikiem, a królem nikt. Oddaj nam baterię głupcze, oddaj nam moc sprawczą.
Chórem zawtórowała mu cała zgraja przedszkolaków.
-Oddaj!, Oddaj! Oddaj!
Po chwili ujrzałem poczet zbrojnych jeźdźców dosiadających odwróconych krzesełek, którzy przyciągnęli drabinę i poczęli się po niej wspinać, by sięgnąć mojej gęby. W odpowiedzi nagromadziłem zewsząd budulca wszelkiej maści, by wznieść z niego barykadę, powoli przeistaczającą się w wieżę, z której szczytu mogłem bronić się przed napierającymi dziećmi. W miarę jak wieża moja rosła stogiem dokładanych przeze mnie zabawek, zyskiwałem coraz wyższą perspektywę i lepiej orientowałem się w przebiegu gry. Na planszy rojącej się od pionków, gońców i skoczków istotnie nie widać było króla, wyróżniali się natomiast tylko hetman- konstruktor bomby i damka- pielęgniarka, którzy to małymi krzyżykami ze zbitych patyków marionetkowali resztą kompanii, podsycając w nich żar buntowniczy. Tymczasem kotek noszący w sobie bombę desperacko zlizywał sączącą się między klepkami parkietu wilgoć, która prędko przerodziła się w kałużę do kostek, potem jezioro do ramion aż w końcu zalała świat po horyzont bezbrzeżnym oceanem, zamieniając dzieci w bezgłośne rybki ledwie mogące wymówić pojedyncze "O!, O!, O!". Kaczuszki, delfiny i krokodyle, oraz wszystko co lekkie, lub napompowane zaczęło bezładnie dryfować wokół szczytowych pięter budowli, na której ostatkiem sił trzymałem grunt. Gdy zrozumiałem, że wielki potop stał się nieuniknioną alternatywą dla wielkiego wybuchu natychmiast zwróciłem się ku księżycowi- podejrzanemu winowajcy tego nagłego przypływu. Tuzin dni musiało upłynąć nim moja do granic wyciągnięta ręka sięgnęła miesięcznego satelity, bo  z jego pełni ostał się jedynie ostry sierp. Ocean zdążył wyschnąć, wieża runęła z hukiem, a ja się obudziłem. Księżyc w mojej dłoni okazał się jedynie odgryzionym ze strachu paznokciem, a paluszek w buzi kciukiem, który ssał się sam.  

poniedziałek, 6 stycznia 2014

nieznane jajko


Na kasecie magnetofonowej nagrałem dziewięćdziesiąt minut turkotu kolejowego w trakcie zeszłej podróży do Moskwy. W takim czasie mogę przy odpowiednio rozciągniętych torach z cienkich drutów cynowych doczekać się pociągu z dowolnego miejsca na planecie. W razie połączenia wymagającego przeprawy morskiej dodatkowo zaopatrzony jestem w zestaw rosyjskich metalowych klocków do skręcania, dzięki którym mogę zbudować most o dowolnej rozpiętości. Tym razem nasłuchiwałem stukotu kół długo przed przyjazdem spodziewanego pociągu, lecz dopiero w ostatniej chwili zdążyłem przełączyć zwrotnicę, żeby ten mnie nie przejechał. Lokomotywa z hukiem wtargnęła do mojego pokoju wyrywając wejściowe drzwi z zawiasów. Zatrzymała się tuż u moich stóp sycząc złowrogo od przegrzania. trzymałem akurat w dłoni kubek wody kranowej więc ochlapałem nią kocioł lokomotywy, który buchnął gorącą parą.W składzie znajdowały się jedynie wagony wypełnione drobiem jajonośnym,co wywnioskowałem po odgłosach wydobywających się z ich wnętrza i pierza wyfruwającego ze szczelin między sztachetami ich ścian. Chcąc nawiązać z kurami pośredni kontakt chwyciłem zębami nożyczki i naśladując koguta począłem dziobać drzwi wagonu ich ostrym końcem. Tymczasem z lokomotywy wysiadł maszynista, zasłonił szuflą drzwi przed moim metalowym dziobem i oznajmił, że w wagonie, do którego się dobijam znajduje się ptak niezwykły, wart więcej niż cała reszta licząca sześćset sztuk i za drobną opłatą gotów jest pozwolić mi rzucić na niego okiem. Nie miałem żadnych pieniędzy, więc po przeszukaniu wszystkich kieszeni zaoferowałem mu pozłacany kolczyk łańcuszkowy, który zeszłego wieczora znalazłem pod pobliskim trzepakiem. Zgubiła go zapewne jakaś warkoczysta dziewczynka w trakcie wykonywania trzepakowego fikołka. Maszynista wetknął sobie kolczyk w nos i zadzwonił nim radośnie potrząsając głową. Otworzył małe okienko w ścianie wagonu i zaprosił do zajrzenia w jego głąb. Zajrzałem i nic niezwykłego pośród spierzonego tłumu w ciemności nie zauważyłem. -Ptaka należy wyselekcjonować na gorąco- powiedział z błyskiem w oku i skierował się w stronę pieca. Wrócił po chwili trzymając na szufli tlący się węgiełek i wrzucił go przez okienko pomiędzy kury. Usłyszałem nerwowe pianie i gdakanie po czym ciekawość wcisnęła moją twarz w mroczny otwór. Zobaczyłem pomarańczową plamkę węgiełka i miarowo tryskające z niej iskry, a kiedy wzrok mój przyzwyczaił się do mroku zorientowałem się, że to ów niezwykły ptak uderza dziobem w rozgrzaną grudkę.
-Nadzwyczajne, nieprawdaż?- zapytał maszynista, po czym dotknął kolczyk końcem języka.
-Zaiste, jednak ciekaw jestem czy ona, bo mniemam, że jest to raczej kura niż kogut, czy ona te iskierki połyka, a jak istotnie je połyka to co sprawia, że nie parzy sobie ozorka.
-Myślę, że jest to ptak odporny na ogień -powiedział pewnym tonem, ale ja wiedziałem, że coś jeszcze ukrywa.
-Podejrzewam, że owa kura mogła być już wcześniej upieczona, żar nie zadaje jej więc bólu, a co najwyżej nadaje chrupkości.
-Pan jest najwyraźniej wariatem, skoro pan tak myśli, proponuję lepiej oddać mi swój zegarek, za który mogę zaoferować panu jedno z jaj zniesionych przez tę kurę.
Bez zastanowienia zsunąłem z nadgarstka zegarek marki szwajcarskiej, ustawiony na czas moskiewski.  Maszynista założył go sobie tuż powyżej kostki na prawej nodze, tak by kury mogły bez trudu odczytać godzinę, gdyby stanął między nimi. Następnie wyciągnął niezwykłą kurę z wagonu i począł ją wyżymać jak mokry ręcznik, aż z kloaki wyłoniło się jajo. Pióra biednego ptaka mieniły się różnobarwnie w świetle mojej lampki nocnej i wydawała ona odgłosy skomlenia i mlaskania, gdy maszynista wpychał ją na siłę z powrotem do pociągu przez mały otwór w ścianie.
-Miło było ubijać z panem interes, ale muszę tę kupę pierza dowieść do celu przed Wielkanocą, żegnam więc i proszę postępować ostrożnie z tym cacuszkiem a nuż coś się wykluje.
Powierzył mej dłoni jajko rozmiaru M i szybkim susem wskoczył do lokomotywy, która buchnęła z tłoka, pisnęła z gwizdka i odparowała w północno-wschodnią dal. Gdy zostałem z jajkiem sam na sam zauważyłem na jego skorupce inskrypcję naszkicowaną cyrylicą. Dzięki uniwersalnemu słownikowi rosyjsko-polskiemu rozszyfrowałem tekst, który zdał się być instrukcją postępowania z nieznanym jajkiem. W jedną dłoń chwyciłem więc patelnię, a drugą uderzyłem jajkiem w własne czoło. Jajko ani drgnęło za pierwszym razem, zatrzęsło się lekko za drugim, a od trzeciego uderzenia pękła mi czaszka, mózg spłynął gładko na patelnię i wesoło zaskwierczał na gazie.

piątek, 3 stycznia 2014

żelazko na raty


To jest już nie do zniesienia, trzeba kupić żelazko na raty. Od kilku dni niewyprasowane ubrania psychozę moją podkręcają.Pranie ich nawet we wrzących mydlinach nie rozwiązało problemu wcale. Niby nieść już przestały niesmaczną woń codziennych mąk pamięci   w potłojowych wydzielinach mojego ciała zapisanej, to jednak swoim zgnietestwem wciąż tworzą struktury jawnie przerażające. Co rusz jakieś mordy, gęby i pyski wyłaniają się z fałd pogniecionych ubrań i na mnie przy każdym zwrocie uwagi zerkają. Rzeczy jakkolwiek rzucone na kupę czy w rozproszeniu zyskują niemal natychmiastową zdolność, jakiś imperatyw nabierania cech ożywionych. Kiedy próbuję te wszystkie bluzy, koszule i spodnie poskładać w proste formy geometryczne,  jedne na drugich ułożyć, rozprostować dłońmi i przyklepać, zaraz z lekkich zmarszczek na wierzchnich spodenkach formuje się ledwie zauważalny komunikat "UGNIEĆ". Rozwścieczony rozrzucam stertę ciuchów na wszystkie strony pokoju, a one wybuchają gromkim śmiechem, który dla osoby trzeciej zdałby się jedynie szelestem upadającej tkaniny. Ja jednak słyszę śmiech, pogardliwy rechot moich ubrań, które całkiem niedawno  do skóry ściśle przylegały, ogarniały mnie całego, przesiąkając wszelkimi znakami wstydliwych słabości. Za każdą żałosną plamę, którą  światu dałem jako mała, tępa zawistna nie-istota, one szydzą ze mnie wykrzywionymi ust półksiężycami, wymiętymi kłębkami nochali i guzików gałami wytrzeszczonymi. Prędko wyrywam garstkę monet z którejś kieszeni  jak z ucha, z którym drwiąco brzęczały , i półnagi wybiegam na ulicę w poszukiwaniu sklepu ze sprzętem do cywilizowanej egzystencji. Pytam o drogę tych co czekają na przystanku i tych ciągniętych przez węszące psy, ale oni tylko zbywają mnie uśmieszkiem, bo wszyscy oblepieni są jakąś tkaniną krojoną i szytą, która w spisku jakimś z moimi szatami być musi. Jeden tylko elegant z wyprasowaną twarzą i koszulą bez śladu emocji, czy słowa, rękę wznosi  jak zegar wskazówkę, palcem w szyld sklepu celując Stoję teraz przed ladą z politowania godnym wyrazem ciała, przeliczając niklowo miedziane fundusze wielokrotnie cenę żelazka z żelaza przeniższające.
- To może na raty? - pytam, a sprzedawca z miną poczciwą wyciąga spod lady śrubokręt, majstruje chwilę w rufie okrętopodobnego instrumentu i wybebesza z niej rozczapierzoną końcówkę przewodu zasilającego, po czym zgarnia uzbierane przeze mnie dziewięć złotych siedemdziesiąt trzy grosze, podaje kabel i oznajmia:
- Pierwsza rata promocyjnie, ale grzałka będzie trzy razy droższa co najmniej, więc lepiej niech pan zacznie zarabiać. Wracam do domu machając kablem jak lassem, potem jak wahadłem, a przed samymi drzwiami mam niemal ochotę się na nim powiesić. Wchodzę do pokoju witany skonsternowanymi minami własnych gaci, koszulek, bluz kapturowych, dzinsów i jednego swetra wełnianego, słyszę z trudem od chichotu powstrzymywany szept, którym ciuchy przekazują sobie żarcik najświeższy:
- Miałeś chamie żelazko kupić, ostał ci się ino drut- Nie wytrzymuję i wtyczkowatym końcem kabla siekę na wszystkie strony. Pisk majtek i krzyk koszulin rozlega się w mojej głowie, ale każde trzepnięcie ciucha jest nie dość że daremne, to jeszcze odwrotny od zamierzonego efekt przynosi . Ubrania krzywią i gną się w mściwych grymasach, czepiają się wtyczki i w locie  mnie atakują, owijają i duszą. Szamotliwa walka trwa dziewięć minut i siedemdziesiąt trzy sekundy, aż w końcu udaje mi się okrążyć klamoty w jednym stosie, który ciasno związuję kablem i w przeciwny kąt pokoju rzucam. Sam wciskam się w swój kąt. - więc lepiej niech pan zacznie zarabiać- odzywa się w moim uchu echo przesłania sprzedawcy żelazek.