- To teraz powiedz po co zabrałeś mnie do piaskownicy w środku nocy, przerywając mi niezwykle intrygujący sen o wielorybie?
+ Wieloryb raz przyśniony nie ucieknie daleko, to kupa pluskającej masy, jeśli pamiętasz gatunek to jutro mogę ci podobnego narysować, żebyś pochwyciła go w siatkówkę jednym dogłębnym rzutem, a tej nocy zajmiemy się piaskiem i to nie byle piaskiem, tylko takim wielokrotnie przetworzonym przez mnóstwo małych rączek
-Wieloryby też czasem lądują na piasku, martwe zazwyczaj, nadymają się wtedy od gazów gnilnych i wybuchają rozsiewając flaki dookoła po gałach podnieconych gapiów
+ jak bardzo chcesz to ulep wieloryba, ale koniecznie w tym rogu, północno-zachodnim, została mi akurat ostatnia petarda, to możemy zasymulować taki wybuch, jak tylko wypełnimy resztę ogrodzonej przestrzeni
-ale przysięgnij, że to nie będzie kolejna makieta miasta, jak tamta z cegłówek za garażami, na której planowaliśmy konspiracyjną konfiskatę tego nieszczęsnego roweru.
+Nic z tych rzeczy, piasek to tworzywo dzieł ulotniejszych o naturze bardziej kuriozalno-mistycznej niż pragmatyczno-utylitarnej
-Wieloryb gotowy, wielkości stopy, w mroku nie widoczny, ale namacalny, przodem zwrócony do centrum piaskownicy, pełen nadzieji na uzasadnienie swojego akurat tutaj położenia.
+Cicho, ktoś się zbliża, udawajmy posągi
-które wzniosły się same nagle na środku placu zabaw, bardzo wiarygodne, poza tym to tylko piesek, choć piesołku, kochany, mięciuchny, merdający, lubisz głaski i czochry też lubisz, co?... ale jazda, wiesz co zrobił?
+Obsikał wieloryba,
-Dając mu tym samym namiastkę oceanu, to genialny pies albo objaw symbiotycznego instynktu wobec piaskowego walenia, dla mnie fenomenalne,...a co ty tam majstrujesz?
+Zaraz zapalę świece to zobaczysz, a co do pieska, to nie bez powodu różni się od piasku tylko jedną samogłoską
-Jak ostatnio karmiłeś kaczki kaszką to jakoś nie chciały jej kąsać, specjalnie gotowałeś, to przystający do nich pokarm, mówiłeś, z ręki miały nam jeść, pamiętasz, wytresujemy i zarobimy, twierdziłeś, a skończyłeś po kolana w stawie gdacząc tak, że straż miejska nas zgarnęła, że prawie się do ciebie nie przyznałam ze wstydu
+nie przewidziałem, że kaszka będzie tonąć, ale za to się przeziębiłem, więc kaszel i ból stawów i tak dowiodły prawidłowości tej... prawidłowości
-Jasne, a teraz ulepiłeś cegłę na kształt cegły w przeciwnym narożniku, nie, czekaj, po świeczystej iluminacji cegła okazała się małym autobusem, czy to ma znaczyć, że śnił ci się autobus?
+Dokładnie wczoraj, jechałem nim w delegację, zamiast biletu skasowałem jednak gumę do żucia, ale kanar powiedział, że nie spełnia jego wymagań smakowych, że kapciowata i daje małe balony, zastrzegał, że zna się na gumach, pokazywał certyfikat konesera
- Zwykle nic nie kasujesz tylko udajesz upośledzonego i puszczają cię jak tylko zapłaczesz nad zgubioną legitką, jak ty się wtedy słodko ślinisz, a ja, twoja opiekunka biorę winę na siebie i tłumaczę kontrolerowi, że...
+No wiem przecież, powiedz lepiej o wielorybie
-Wiesz, że uwielbiam smak tranu?
+No wiem, zaiste wiele o tobie wiem Drogo
-Wkręcam więc w brzuch płynącego wieloryba jakby rodzaj świdra ssawkowego i sączę sobie z gwinta w najlepsze,, a on do mnie mówi, że grzeczniej byłoby najpierw zapytać, czy można, zamiast się sycić jak ostatni cham i pasożyt. Zapytałabym gdybyś mnie nie obudził
+Przepraszam, ale dzięki tej piaskownicy może łatwiej zapanujemy nad naszą sferą oniryczną
-Naszą? Odpościel się od moich snów ty komunisto totalny, starczy mi, że dzielimy się każdą chwilą jawy, sny pozostaną moją nietykalną własnością z prawem do nieopowiadalności, nie pozwolę żebyś mi się we śnie objawiał z jakiegoś nienacka i wyczytywał ze słownika ciągi dalsze, wypraszam sobie
+Trochę zabolało, ale skoro odrzucasz moją pomocną dłoń eteryczną to muszę wyprosić cię z piaskownicy
- Robię to z ulgą wyzwoleńczą od ciasnoty twojej nieświadomej wyobraźni, idę w kimę konwersować sobie z kaszalotem, który nota bene nie cierpi kaszy, żegnam
+Niestety waleń zostaje tutaj, gdzie go ulepiono, w mojej piaskownicy
- Zaraz ci go zdepczę
+Bez kapci w psie szczyny? Prędzej zwymiotujesz
-No to smacznego tranu, Panie gorzki
środa, 30 lipca 2014
wtorek, 29 lipca 2014
zdarzycie się cz.2
-Znajduję co rusz sierpy twoich paznokci, zawsze w jakimś kącie, pod przykrywką porzuconej skarpetki, a nawet w pustej butelce na wzór ultradźwięcznej grzechotki. Masz w tym zasiewaniu swoich strzępów jakiś zamiar ponadhigieniczny, czy tylko za daleko ci do śmietnika
+Znaczę nimi miejscochwile ponawianych aktów pokory wobec upływającego mi świata. Składam wrodzony oręż żeby nie rozdrapywać swędzących przeciwności, nie ranić przy wskazywaniu palcem, dla twojego również bezpieczeństwa, poddaję się twoim szponom malowanym dając szansę w hipotetycznej konfrontacji
-Ostatnio biliśmy się o szczyptę niedopalonego tytoniu w czasach wielkiego kryzysu nikotynowego i rzeczywiście wygrałam, a ty płakałeś podrapany, dym wtedy smakował jakoś wznioślej i układał się w kształty wręcz patetyczne.
+Pamiętam, ryczałem nie z bólu a z nędzy i rozdygotania, obiecałem sobie nie dopuścić już nigdy przemocy między nasze wzajemności.
-A ja teraz na przykład bym twój niechlujny pysk chętnie ozdobiła fioletami właśnie za plugawienie pazurami naszego ciężkiego w utrzymaniu pokoju
+A przyjrzałaś się bliżej tym swoistym runom z mojej własnocielnie wytworzonej keratyny
-Zauważyłam, że z paznokci leżących pod łóżkiem ułożyłeś jakby osła, w każdym razie coś czworonożnego z uszami, w kącie za szafą stoi wyraźny stos wciśnięty między klepki, a w łazience pod mydłem znalazłam rodzaj wykrzywionej spirali
+Czyli jednak doceniasz te drobne dzieła, w które włożyłem część siebie i to jak najdosłowniej
-dostrzegam, nie doceniam, nie wyrzuciłam ich, bo chcę, żebyś sam to zrobił i to zaraz
+Czy ja się czepiam twojej kolekcji kłębuchów? A kulki do gry w dmuchanego z twoich włosów ze szczotki wyłuskanych, czyż nie trudno pożegnać się z odłamkami naszych ciał? W moich znakach kryje się głęboki sens: Pod łóżkiem jest krowa, nie osioł, znaczy mlekodajną płodność naszej pościelowej współprzenikliwości, która da nam wkrótce bachorka, za szafą jest szałasik chroniący nas przed bezwzględnym niebem, a pod mydłem duchowe katharsis, którego nijak nie potrafiłem zobrazować, więc wyszła spirala.
-W temacie katharsis to już wiem, że wygodniej ci odgryźć paznokieć niż oczyścić to co się pod nim zalęgło, ale ta metoda nie sprawdza się w wymiarze metamentalnym niestety. Przypuśćmy, że śladami twoich totemików podąża jakaś bestialska kreatura, której ty jesteś częścią, taką kończyną próbną, awantogonem swoistym do macania wszystkiego, czym mogłaby się zająć, gdyby jej wewnętrzna moneta woli akurat wylosowała adekwatny awers.
+Straszysz mnie dla draki czy za karę? W zaufaniu opowiadam ci moje koszmary, a ty wyskakujesz z jakąś potworną hipotezą, do której pasują jak... palce do uszu, o tak właśnie, nie słyszę cię już Drogo i śmieję się haha z tej niby bestii, która wcale...
-...wcale nie jest zmyślona! Ponadto zauważa zdegustowana, że czubek tej jej czujki się istotnie ubrudził i zużył! Odgryza więc końcówkę swojej metafizycznej sondy, która okazuje się stanowić twoją głowę Panie Słodki!
+Lalalala, głowa to nie jest byle paznokieć,
głów się nie odgryza, co najwyżej się nimi kiwa
poza tym dam odgryźć sobie rękę aż po sam łokieć
jeżeli taka kreatura może być prawdziwa
-Wierszyki cię nie uratują przed lękiem o własną odrębność, nie ten poziom infantylności niestety. To wcale nie musi być potwór, to może równie dobrze być lawina, w której pełnisz rolę przewodniego kamyczka, albo otartej zapałki dla pożaru.
+Czy to naprawdę musi się tak katastroficznie malować? Mamy przecież za sobą także miłe fakty, nie tylko błędy, proszę zobacz w tej spirali spod mydła pachnący kwiatek niezapominajki na przykład
-Zamiast wiru wciągającego nas w depresyjne szambo na przykład?
+ Właśnie. Może i próbuję się zminiaturyzować, do wymiaru ogarnialnego palcami, ukryć się po kątach przed chronicznym niedoborem środków i groźbą odgryzienia ze strony monstrum społecznej hierarchii. Być może znaczę tyle co te paznokcie i dla jakiejś wyższej metahigieny trzeba by mnie zutylizować. Być może sam się na takiego wychowałem, ale nie mam z tego powodu ochoty na obalanie dogmatu o niezbywalnym sensie istnienia i będę się go doszukiwał choćby w tej krzywiźnie twoich ust, co ją teraz uwydatniasz.
-Boisz się, co? Nie trzeba się bać tylko śmiało szukać nowego.Bo twoje znaki to podświadomie dosłowne wspomnienie naszych ostatnich wakacji: krowę z pastwiska zaciągnąłeś wtedy pod nasz leśny szałas, a nocą malowałeś jej mlekiem spiralny kształt naszej galaktyki, żebym przyjęła perspektywę jak najdalszą od naszych problemów materialnych
+Rzeczywiście, takie echo, ale przyznaj, że tamta wycieczka była udana na przykład
-Właściciel krowy uderzył cię sztachetą w łeb
+Pewnie dlatego dopiero teraz wszystko mi się przypomniało
niedziela, 20 lipca 2014
długa zima (100 słów)
Zmęczone dzieci odłożyły na bok
łopatki i zaległy na śniegu. Po całym dniu pracy zaspa przyjęła
w końcu zaplanowany kształt piramidy.
-Zanieśmy ją do weterynarza, proszę
-Nie, trzeba nakarmić słońce, bo
inaczej umarniemy z zimna
-To ja się już nie bawię w Indian.
Chłopczyk odwrócił się i
powstrzymując płacz poszedł za swym długim cieniem w stronę
domu. Dziewczynka ze szczytu piramidy wygwizdała trzy nuty,
skupiając na sobie uwagę kolegów. Sikorka miała zwichnięte
skrzydło, więc bez oporu dała się ułożyć na ołtarzu z
pękniętej cegłówki, wydłubać sobie drżące serduszko nożykiem
i uciąć główkę, która stoczyła się pochyłą ścianą
budowli. Słońce błysnęło.
wtorek, 8 lipca 2014
festiwal panteatralny w Manaus cz.1
O plemieniu Xaqua usłyszeliśmy po raz pierwszy dzięki słynnym fenomenom ichtiokulturalnym sfilmowanym przez satelitę szpiegowskiego chińskiej agencji alimentarnej. Właściwie zaczęło się od niewinnej ciekawostki prasowej o indiańskich czarownikach przekraczających rzekę Acre pieszo (nie wpław), ale dopiero satelita dostarczył dowodów naukowych zjawiska Quadqa oznaczającego w narzeczu Xaqua "przejście po rybich grzbietach". Najznamienitsi Ichtiolodzy spierali się wówczas o przyczyny tak wielkiej koncentracji ryb, że swą masą zaporową wywoływała podtopienia w górnym biegu rzeki. Xaqua stali się szybko sławni wśród wyznawców newage z reszty kontynentów. Ich liturgiczno-teatralne tańce zastąpiły callanetics i aerobic w najlepszych salonach fitness. Żadnemu z fanów nie udało się jednak zakląć ani złotej rybki ze szklanej sfery ani karpia w świątecznym basenie. Desant oddziału DEA rozwiał wszelkie wątpliwości co do natury zjawiska, kiedy wykryto piscofilinę w proszku, który Indianie rozsiewali przed sobą po falującej powierzchni rzeki w trakcie jej przekraczania. Jest to narkotyk doprowadzający ryby do euforycznego parcia ku powierzchni, a tym samym budowania żywego mostu pod stopami szamanów. Torturowany papuzim piórkiem wódz plemienia nie zdradził procedury pozyskiwania tajemniczego proszku, lecz śmiejąc się do tropikalnego słońca zgodził się na dostarczanie go flotom rybackim w zamian za wieczystą dzierżawę ogromnych obszarów amazońskiego lasu deszczowego.
Trzy miesiące po tych wydarzeniach szamani Xaqua zostali zaproszeni na Wielki Festiwal Panteatralny w Manaus, a zapowiedź ich przybycia ściągnęła do stanu Amazonas fanów z całego świata. Do umówionego miejsca nad rzeką Madeirą przy granicy boliwijsko-brazylijskiej został wysłany helikopter by zabrać szamanów w przededniu uroczystego otwarcia festiwalu, lecz nie było tam nikogo poza zwierzyną i dziwnym znakiem, o interpretację którego zwrócono się do mnie. Przebywałem wtedy w Cuzco badając razem z peruwiańskimi kolegami złote zwierciadła inkaskie, których wklęsłość sugerowała używanie ich do skupiania światła słonecznego w celu rozpalania ognia. Kiedy otrzymałem telefon od organizatorów festiwalu z desperacką prośbą o pomoc, helikopter czekał już na pobliskim lądowisku. Zgodziłem się wyjaśnić zniknięcie czarowników Xaqua w zamian za podwójny karnet na wszystkie przedstawienia teatralne w gmachu opery w Manaus. Poleciał ze mną mój przyjaciel Łanow, którego dedukcyjny talent i spontaniczną wynalazczość ceniłem sobie bardziej od łyku chłodnej Yerba Mate o poranku. W czasie lotu podniecony Łanow cytował po chińsku Prospera z szekspirowskiej "Burzy" chcąc odgonić złowrogie Cumulonimbusy i dać wyraz magicznej wyższości dramaturgii nad żmudną archeologią. W ulewnym deszczu zeszliśmy z drabinki linowej na błotnisty brzeg , najwyraźniej opuszczony przez Xaqua przed przybyciem transportu powietrznego. Przyczłapaliśmy z trudem do wbitego w glebę kija, na szczycie którego umocowane było oko jakiejś bestii rzecznej
-Arapaima gigas- z dumą oznajmił Łanow- To jest oko wielkiej ryby bez wątpienia, wpatrywałem się w podobne, kiedy jedną taką znakowaliśmy parę lat temu jakieś trzysta kilometrów stąd w dole rzeki. Niewiele stworzeń tak cynicznie spogląda na świat jak Arapaima, nawet po śmierci, jakby dla jej oka było wsio rawno czy widzi nas spod wody czy z czubka tego totemu.
-Skąd wiesz, że ta ryba nie żyje, może Xaqua wyłupili jej tylko oko, żeby zakomunikować nam na przykład proste "do zobaczenia"-odparłem
-Zabili i wypatroszyli, przed chwilą niemal potknąłem się o jej flaki, lepiej sprawdź co napisali na tym sznurku
Z kija istotnie zwisał jakiś upstrzony pętelkami sznurek, a ja od lat uczyłem się Kipu na własnych sznurowadłach.
-Tu jest uwiązane jedno słowo "Zdążymy", znaczy że wyruszyli do Manaus na własną rękę, ale ciekawe jest to, że to wcale nie jest sznurek, raczej gumka spleciona z kauczuku, rozciąga się nadając słowu względną rozpiętość.
-Stąd do Manaus jest jakieś tysiąc kilometrów, więc jeśli zdecydowali się popłynąć Madeirą to nie zdążą nawet na zakończenie festiwalu, chyba że...
-Chyba że co?
-Oko spuchło od egzotycznych dzikunów, przez źrenicę widać nawet ich pląsy, więc Indiańce musieli wyruszyć ze trzy dni temu, a w tym patroszeniu gigantycznych ryb i kauczukowej plecionce kryć się może jakaś quasigenialna metoda.
Wspięliśmy się z powrotem po drabince i odlecieliśmy wzdłuż rzeki by osobiście przywrócić nadzieję na oczekiwany występ Xaqua dyrektorowi artystycznemu festiwalu, niejakiemu Miguelowi. Łanow przez całą drogę szkicował w swoim notatniku poszlaki hipotezy, w której zasadność trudno było mi uwierzyć
-Ależ te ryby są pod ochroną, po co mieliby je zabijać, przecież wydaliśmy fortunę na helikopter- odparł załamany Miguel, kiedy opowiedzieliśmy mu o pozostawionej przez Indian wskazówce.
-Być może chodziło o rodzaj magicznej transmutacji- Łanow pokazał dyrektorowi swoje szkice, a ten przejrzał je z rozdziawioną buzią.
-Pozostaje nam jedynie zaufać ich deklaracji z kauczukowych węzełków- próbowałem go pocieszyć
-Na pewno napisali, że zdążą? Ich występ przenieśliśmy na pojutrze.
-Dosłowne tłumaczenie ich Kipu brzmi "Będziemy na czas"
-Tego się obawiałem, dla nich "czas" to pojęcie mistyczne, określają go jakimś strasznie skomplikowanym algorytmem uwzględniającym liczbę uderzeń serca i ruchów kończyn, w dodatku odnoszącym się do różnych gatunków zwierząt. Wiecie co zrobił ich wódz, kiedy mój tłumacz podarował mu nakręcany zegarek?
-Pewnie się z niego ucieszył-odgadł Łanow
-I to jak, śmiał się jak wariat, cała wioska dyskutowała potem nad obnażonym mechanizmem sprężynowo zębatkowym, ale przedtem wódz wyjął wskazówki i wygiął je na haczyki do wędkowania, bo oni lubią wędkować jak my, z tym że zamiast wędki naprężają całe ukorzenione drzewa przybrzeżne i stąd pewnie siła do łowienia takich gigantów jak Arapaima. Xaqua to przedziwne plemię prymitywnych naukowców, którzy w dupach mają zasady cywilizowanego świata, i to coraz głębiej, bo się wzbogacili na tym opium dla ryb.
-Piscofilinie
-Dokładnie. Bez ich występu ten festiwal i całe miasto zaliczy największą klapę od czasu utraty monopolu na uprawę kauczuku.-W oczach Miguela pojawiły się łzy
-Wie pan o czym miał być ich spektakl?
-Tak, o czasie właśnie, o tęsknocie za ich mitycznym wężem jakimś, o szaleństwie różnych gatunków wywołanym brakiem jednej ukochanej kluczowej istoty, taka kolektywna tragedia miłosna, tyle wiem, miało być tanecznie, kolorowo i metafizycznie do cholery, a jest...-Miguel desperacko chwycił się szkiców Łanowa- Naprawdę myślicie, że przypłyną w taki sposób?
-Jeśli pojęli mechanizm zegarka to równie dobrze mogli sklecić takie cudo z kauczuku i ości
Wszyscy pochyliliśmy się nad rysunkami. Palce na kartce wskazywały czas płynący sercem.
Trzy miesiące po tych wydarzeniach szamani Xaqua zostali zaproszeni na Wielki Festiwal Panteatralny w Manaus, a zapowiedź ich przybycia ściągnęła do stanu Amazonas fanów z całego świata. Do umówionego miejsca nad rzeką Madeirą przy granicy boliwijsko-brazylijskiej został wysłany helikopter by zabrać szamanów w przededniu uroczystego otwarcia festiwalu, lecz nie było tam nikogo poza zwierzyną i dziwnym znakiem, o interpretację którego zwrócono się do mnie. Przebywałem wtedy w Cuzco badając razem z peruwiańskimi kolegami złote zwierciadła inkaskie, których wklęsłość sugerowała używanie ich do skupiania światła słonecznego w celu rozpalania ognia. Kiedy otrzymałem telefon od organizatorów festiwalu z desperacką prośbą o pomoc, helikopter czekał już na pobliskim lądowisku. Zgodziłem się wyjaśnić zniknięcie czarowników Xaqua w zamian za podwójny karnet na wszystkie przedstawienia teatralne w gmachu opery w Manaus. Poleciał ze mną mój przyjaciel Łanow, którego dedukcyjny talent i spontaniczną wynalazczość ceniłem sobie bardziej od łyku chłodnej Yerba Mate o poranku. W czasie lotu podniecony Łanow cytował po chińsku Prospera z szekspirowskiej "Burzy" chcąc odgonić złowrogie Cumulonimbusy i dać wyraz magicznej wyższości dramaturgii nad żmudną archeologią. W ulewnym deszczu zeszliśmy z drabinki linowej na błotnisty brzeg , najwyraźniej opuszczony przez Xaqua przed przybyciem transportu powietrznego. Przyczłapaliśmy z trudem do wbitego w glebę kija, na szczycie którego umocowane było oko jakiejś bestii rzecznej
-Arapaima gigas- z dumą oznajmił Łanow- To jest oko wielkiej ryby bez wątpienia, wpatrywałem się w podobne, kiedy jedną taką znakowaliśmy parę lat temu jakieś trzysta kilometrów stąd w dole rzeki. Niewiele stworzeń tak cynicznie spogląda na świat jak Arapaima, nawet po śmierci, jakby dla jej oka było wsio rawno czy widzi nas spod wody czy z czubka tego totemu.
-Skąd wiesz, że ta ryba nie żyje, może Xaqua wyłupili jej tylko oko, żeby zakomunikować nam na przykład proste "do zobaczenia"-odparłem
-Zabili i wypatroszyli, przed chwilą niemal potknąłem się o jej flaki, lepiej sprawdź co napisali na tym sznurku
Z kija istotnie zwisał jakiś upstrzony pętelkami sznurek, a ja od lat uczyłem się Kipu na własnych sznurowadłach.
-Tu jest uwiązane jedno słowo "Zdążymy", znaczy że wyruszyli do Manaus na własną rękę, ale ciekawe jest to, że to wcale nie jest sznurek, raczej gumka spleciona z kauczuku, rozciąga się nadając słowu względną rozpiętość.
-Stąd do Manaus jest jakieś tysiąc kilometrów, więc jeśli zdecydowali się popłynąć Madeirą to nie zdążą nawet na zakończenie festiwalu, chyba że...
-Chyba że co?
-Oko spuchło od egzotycznych dzikunów, przez źrenicę widać nawet ich pląsy, więc Indiańce musieli wyruszyć ze trzy dni temu, a w tym patroszeniu gigantycznych ryb i kauczukowej plecionce kryć się może jakaś quasigenialna metoda.
Wspięliśmy się z powrotem po drabince i odlecieliśmy wzdłuż rzeki by osobiście przywrócić nadzieję na oczekiwany występ Xaqua dyrektorowi artystycznemu festiwalu, niejakiemu Miguelowi. Łanow przez całą drogę szkicował w swoim notatniku poszlaki hipotezy, w której zasadność trudno było mi uwierzyć
-Ależ te ryby są pod ochroną, po co mieliby je zabijać, przecież wydaliśmy fortunę na helikopter- odparł załamany Miguel, kiedy opowiedzieliśmy mu o pozostawionej przez Indian wskazówce.
-Być może chodziło o rodzaj magicznej transmutacji- Łanow pokazał dyrektorowi swoje szkice, a ten przejrzał je z rozdziawioną buzią.
-Pozostaje nam jedynie zaufać ich deklaracji z kauczukowych węzełków- próbowałem go pocieszyć
-Na pewno napisali, że zdążą? Ich występ przenieśliśmy na pojutrze.
-Dosłowne tłumaczenie ich Kipu brzmi "Będziemy na czas"
-Tego się obawiałem, dla nich "czas" to pojęcie mistyczne, określają go jakimś strasznie skomplikowanym algorytmem uwzględniającym liczbę uderzeń serca i ruchów kończyn, w dodatku odnoszącym się do różnych gatunków zwierząt. Wiecie co zrobił ich wódz, kiedy mój tłumacz podarował mu nakręcany zegarek?
-Pewnie się z niego ucieszył-odgadł Łanow
-I to jak, śmiał się jak wariat, cała wioska dyskutowała potem nad obnażonym mechanizmem sprężynowo zębatkowym, ale przedtem wódz wyjął wskazówki i wygiął je na haczyki do wędkowania, bo oni lubią wędkować jak my, z tym że zamiast wędki naprężają całe ukorzenione drzewa przybrzeżne i stąd pewnie siła do łowienia takich gigantów jak Arapaima. Xaqua to przedziwne plemię prymitywnych naukowców, którzy w dupach mają zasady cywilizowanego świata, i to coraz głębiej, bo się wzbogacili na tym opium dla ryb.
-Piscofilinie
-Dokładnie. Bez ich występu ten festiwal i całe miasto zaliczy największą klapę od czasu utraty monopolu na uprawę kauczuku.-W oczach Miguela pojawiły się łzy
-Wie pan o czym miał być ich spektakl?
-Tak, o czasie właśnie, o tęsknocie za ich mitycznym wężem jakimś, o szaleństwie różnych gatunków wywołanym brakiem jednej ukochanej kluczowej istoty, taka kolektywna tragedia miłosna, tyle wiem, miało być tanecznie, kolorowo i metafizycznie do cholery, a jest...-Miguel desperacko chwycił się szkiców Łanowa- Naprawdę myślicie, że przypłyną w taki sposób?
-Jeśli pojęli mechanizm zegarka to równie dobrze mogli sklecić takie cudo z kauczuku i ości
Wszyscy pochyliliśmy się nad rysunkami. Palce na kartce wskazywały czas płynący sercem.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)