Minęło osiem lat od wprowadzenia surowego zakazu polowania na rosomaki sinonose. Mój bliski znajomy Kraswald był w tamtym czasie jednym z przywódców ekowyzwoleńczego ruchu znaturzałych włochatych hipisów domagających się zaprzestania bezpardonowej rzezi tych cennych istot leśnych. Z telewizji pamiętam jeszcze ten tłum rozsierdzonych manifestantów oblegający budynek Departamentu Mięsa, Skór i Kości. Mieli pomalowane nosy na sino i krzyczeli jednym głosem: "Wszyscy jesteśmy rosomakami". Rząd ugiął się pod żądaniami protestujących, kiedy badania naukowe wykazały, że noszenie futer tych zwierząt wywołuje chroniczną depresję. Jako że możni tego kraju nie mogli dłużej znosić chandrycznego zachowania swoich żon, które upodobały sobie ten luksusowy rodzaj odzienia, uchwalono stosowną poprawkę do ustawy o służebności królestwa zwierząt wobec społeczeństwa ludzi, a rosomaki sinonose odetchnęły z ulgą.
Niedawno odwiedziłem Kraswalda w jego zacisznej pustelni na skraju puszczy, by ukryć się tam przed konsekwencjami burzliwych wydarzeń, których doświadczyłem ostatnio na łonie cywilizacji. Kumpel przyjął mnie godnie jak na specyficzne warunki, w których mieszkał, zaserwował gulasz z suszonych smardzy i wyłuskanych nasion jodły, a na deser dał listek Belladonny do żucia, trucizny, która w niewielkich ilościach pomaga podobno zachować jasność umysłu. Po posiłku postawił na drewnianym stole ogarek symbolizujący jego szałas i z igieł sosny ułożył mapę najbliższej okolicy, strużką wody oznaczając leśny potok.
Kraswald: Słuchaj stary, możesz tu zostać nawet tydzień, kontempluj ile wlezie, drzewa, runo, niebo, co tam sobie chcesz, ale musisz uważać na rosomaki. Będą cię tolerować na swoim terytorium, o ile zastosujesz się do następujących zasad: Jeśli spacerujesz, to tylko wzdłuż tych czterech ścieżek i nigdy nie chodź w górę potoku, a kiedy zobaczysz rosomaka, stań w bezruchu i podnieś głowę, tak, by go nie widzieć, to bardzo wstydliwe stworzenia, a w ten sposób unikniesz nietaktownej sytuacji. I jeszcze jedno, zanim gdziekolwiek wyjdziesz, wszelkie metalowe przedmioty, klucze, długopisy, monety musisz zostawić tutaj.
Ja: Dlaczego?
Kraswald: Gulo hyacinthoosis charakteryzuje się genetycznie wpisanym upodobaniem do wszelkich metali. Jest to słabość wykorzystywana niegdyś przez myśliwych i kłusowników, bo w sidłach nie potrzebna jest nawet przynęta, by schwytać rosomaka, a sama obecność strzelby skłania go do opuszczenia kryjówki. Dzięki nietypowemu metabolizmowi, mikroelementy metaliczne w znacznej części odkładane są w szczytowym odcinku ich sinych nosów, formując rodzaj niezwykle czułego detektora magnetycznego. Ponadto jest to prawdopodobnie jedyny poza człowiekiem gatunek trudniący się prymitywną formą metalurgii. Nie będę ci opowiadał o Katapiorce, bo temat jest złożony i obłożony...klauzulą tajności, jedyne co musisz pamiętać to to żeby pod żadnym pozorem nie zbliżać się do tego miejsca.
Kraswald usypał w pobliżu mokrej strużki małą kupkę ze szczypty piasku.
Ja: Zaraz, zaraz, stary, o czym ty mówisz? Zgoda, mogę nie nie zbliżać do "tego miejsca", ale rosomacza metalurgia? Jaka klauzula tajności? Człowieku, nie ma opcji, że się nie dowiem czym jest ta Katapiorka
Kraswald: Nie powiem ci. Uzgodniłem to ze starszyzną stada i obiecałem nikomu nie powtarzać. Musisz wiedzieć, że cieszę się szacunkiem wśród rosomaków z uwagi na moje zasługi, ale takiej zdrady nigdy by mi nie wybaczyły. Raz w życiu widziałem Katapiorkę, tuż po zatwierdzeniu zakazu polowań dostąpiłem tego zaszczytu, nie dotknąłem jej nawet, za to poprzysiągłem im, że nie dopuszczę by tknięto ją ludzką ręką. Czy ty rozumiesz takie pojęcie jak świętość? Niech sobie ludzie bez skrupułów szargają swoje obiekty kultu, bo mają ich mnóstwo, ale Katapiorka jest jedna i wara od niej tobie i któremukolwiek z ludzi!
Ja: Przyznam drogi Kraswaldzie, że twoje emocje nie pomagają w zachowaniu tajemnicy, właśnie powiedziałeś mi że to obiekt kultu, a wcześniej zasugerowałeś nawet gdzie się znajduje, słabo.
Kraswald: Właśnie zdałem sobie z tego sprawę, to przez moją odzwyczajoną od ludzkiej mowy gębę, która się przez ciebie rozwolniła i sra poufnościami gdzie popadnie! Jutro nie będę się do ciebie odzywał w ogóle, za to żuł będę piołun przez cały dzień, w ramach autopokuty. A ty mądralo nie myśl nawet o szukaniu Katapiorki, bo rosomaki rozszarpią cię na wióry, jeśli spróbujesz.
Ja: Ani mi się śni przyjacielu, zaspokoiłeś już moją ciekawość, a sekret pozostanie bezpieczny w naszych głowach, przysięgam, że zachowam się nader dyskretnie i nie sprawię kłopotu ani im, ani tobie.
Kraswald uściskał mnie serdecznie na znak zaufania, a ja już obmyślałem świętokradczy plan zdobycia tego enigmatycznego skarb.
Z rana następnego dnia wyszedłem na łąkę po parę makówek, z których ugotowałem Kraswaldowi zupę. Była doprawiona bukietem innego zielska, więc nie rozpoznał jej składu, bo i tak się do mnie nie odezwał. Po godzinie już smacznie chrapał, a ja udałem się nad brzeg potoku. Szedłem powoli, ledwie ugniatając poszycie, aż moim oczom ukazały się migoczące odbitym słońcem wody leśnego strumienia. Z rozpędu przeskoczyłem na drugi brzeg i skierowałem się w górę biegu, wbrew ostrzeżeniu przyjaciela. Po chwili z wody wynurzył się jeden okazały rosomak i groźnie warcząc zastąpił mi drogę. Z kieszeni wyciągnąłem jedną monetę i wrzuciłem do do wody, a rosomak natychmiast zanurkował w jej poszukiwaniu. Pomyślałem, że tą metodą będę odwracał uwagę wszystkich rosomaków, które mi się napatoczą w obronie swego największego sekretu, ale rzeczywistość miała skomplikować się dla mnie w sposób nadzwyczaj tragiczny. Po dojściu do pierwszej kaskady odbiłem w lewo od potoku i jakieś trzydzieści metrów dalej ujrzałem na środku polanki kopiec wielkości dużego mrowiska. Kiedy kucnąłem przy kopcu, krzaki otaczające polanę poruszyły się, a gdy zacząłem odgarniać dłonią ziemię usłyszałem nerwowe odgłosy "ktpirrrk!, ktpirrrk!" i zrozumiałem, że rosomaki szykują się do zmasowanego ataku na mnie. Streszczając ruchy dokopałem się po chwili do czegoś twardego i po odsłonięciu warstwy piachu, moim oczom ukazała się Katapiorka. Była wygnieciona głównie z ołowiu, jakby zębami uformowana w wielce dygresyjny kształt. Miała wielkość niemowlęcia i była zdecydowanie zbyt ciężka, bym mógł z nią uciec. Pośród wielu na pozór chaotycznie powyginanych wypustek sterczały inne inkrustowane metale w postaci sztućców i gwoździ i bizuterii. Wyobraziłem sobie, ze te stworzenia musiały o wielu lat zbierać z lasu kule i śrut myśliwski, by móc uformować tak duży obiekt. Podręczną lupą zbliżyłem centralną część artefaktu, by odkryć prawdziwe jego przeznaczenie. Obok rękojeści siedemnastowiecznego sztyletu ołowiana powierzchnia nakłuta była ostrymi kłami, niby jaskiniami miniaturowymi, a nakreślone tam kształty zwróciły moją uwagę. Były to paromilimetrowe rosomaki tworzące rodzaj drzewa genealogicznego, rozprzestrzeniające się jego gałęzie sugerowały powiększanie się populacji, dalej widniały sceny polowań na sarny, potyczki z borsukami i dzikami, scena burzenia bobrowej tamy i konfrontacja z ludźmi uzbrojonymi w szable i kartacze. Broń metalowa została głębiej wyryta w tej swoistej kronice gatunku, zapewne w celu podkreślenia jej ogromnej wagi dla sinonosych drapieżników. W miarę śledzenia zapisanej na lśniącej powierzchni historii zauważyłem zmiany w stylu tworzenia rycin, korelujące zapewne z kolejnymi pokoleniami artystów kronikarzy. Doszedłem do czasów, w których rosomaki pojawiały się rzadziej niż ludzie, a wgniecione monety i sceny obdzierania zwierząt ze skóry symbolizowały smutną epokę, w której dla futrzanej mamony zgładzono ich tysiące. Kiedy docierałem do współczesności kilkanaście rosomaków ociekających pianą z pysków otoczyło mnie, a jeden największy trzymał w łapie mały dzwoneczek, jakby czekając na moment, w którym skończę, by dać sygnał do ataku. Mimo, że rozrzucane w koło garści monet przestały odwracać ich nieprzekupną uwagę, to jednak głęboko wierzyłem, że cudem jakimś uda mi się ujść cało z tej afery, wzbogacając moją pamięć o bezcenną tajemnicę Katapiorki. W miejscu odzwierciedlającym objęcie ochroną tych ginących istot, widniał złoty kolczyk w kształcie małej sześciennej kostki do gry, a dalej doszukałem się profilu Kraswalda ściskającego łapę uśmiechniętego przedstawiciela starszyzny stada. Kolejne lata obrazował radosny taniec rosomaków wokół kopca kryjącego ich skarb. Dalej umieszczona została srebrna łyżka, w której wklęsłym zwierciadle ujrzałem odwrotność własnego obicia. "Złoty wiek się skończył"-pomyślałem, słysząc bicie dzwoneczka znaczącego mój marny los. Kąsały i drapały niemiłosiernie, drogo płaciłem skórą i mięsem za świętokradczą ciekawość, wściekłe "ktpirrrk! ktpirrrk!" ogłuszało mnie zewsząd, a moja krew barwiła ich sine nosy. Dopiero nad brzegiem strumienia zdjąłem z szyi sznurek z zawieszonymi na nim kluczami do mieszkania i oddałem im w geście desperackiej prośby o litość. Największy rosomak znowu zadzwonił, by reszta ode mnie odstąpiła, chwycił klucze w zęby i pokiwał na mnie wskazującym pazurem. Wycieńczony utratą posoki runąłem z chlupotem w toń i popłynąłem z nurtem ku ocaleniu. Zimna woda musiała skurczyć światło rozszarpanych naczyń krwionośnych, więc na szczęście się nie wykrwawiłem. Przez tydzień spływałem coraz szerszymi rzekami, aż złapałem się w sieci rybackie na pełnym morzu. Rybacy udzielili mi pierwszej pomocy i odstawili do szpitala portowego. Po dwóch miesiącach rekonwalescencji wróciłem do domu, w drzwiach brakowało klamki i zamka, a kiedy wszedłem do środka, pośród ogólnego bałaganu nie dostrzegłem ani jednego metalowego przedmiotu. Położyłem się na rozszarpanym, pozbawionym sprężyn łóżku i na suficie ujrzałem wydrapany obraz przywódcy tamtego rozsierdzonego stada, który groził mi wymownym pazurem. Po wielu godzinach psychoterapii, mającej na celu przywrócenie mnie społeczeństwu, nie potrafiłem wyzbyć się dręczących wspomnień traumatycznych, podupadłem na zdrowiu i moralności, a ponadto zacząłem pić. Moja autopokuta w końcu zrobiła ze mnie lumpenproletariusza z sinym od przepicia nosem, bredzącego wciąż o Katapiorce i rosomakach. Zacząłem utrzymywać się ze zbiórki kolorowego złomu i tylko przed snem, gwoździem na kaloryferze odznaczałem zdarzenia zeszłych dni, by nie zapomnieć jakim zwierzęciem się stawałem.
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
wtorek, 22 kwietnia 2014
zmiennocieplne zauroczenie
Zmęczony ucieczką postanowiłem odpocząć w pobliskim parku i kwietniowym słońcem wysuszyć ściekający ze mnie pot . Kiedy z zamkniętymi oczami wyobrażałem sobie najskuteczniejsze sposoby opuszczenia miasta, usłyszałem wydane z bliska subtelne syknięcie. Kątem oka spostrzegłem wylegującą się obok na ławce, zwiniętą w wyrafinowany węzeł wężycę. Dzielił nas dystans wyciągniętej ręki i kilka gałęzi ewolucyjnego drzewa, ale kiedy spojrzała mi w oczy i łopotaniem swych przedziwnych powiek dała do zrozumienia, że syknęła właśnie do mnie, uświadomiłem sobie jak bardzo pożądam bliskości tej olśniewająco ślicznej istoty. Jej łuski błyszczały w słońcu co najmniej czterema barwami ułożonymi w tak biżuteryjny wzór, że cała zdawała się być klejnotem. Wzrokiem pogłaskałem jej przeciągające się ciało, zanim odważyłem się na wartą jej uwagi reakcję. Wystawiłem czubek języka spomiędzy zębów i szeptem zasyczałem jakiś intuicyjnie skomponowany gadzi nokturn, który doskonale wpisał się w czas horyzontem kryjący słońce karminowe jak szlak łusek wzdłuż jej grzbietu. Nasze głowy powoli zbliżały się do siebie w antycypacji spełnienia, na które czekaliśmy do zmroku, by ukryć łamiące tak wiele międzygatunkowych uprzedzeń, przymierze. Przedstawiła mi się jako Ssiisf zawierając w tym imieniu swoją amazońsko-kreolską aurę i choć moja wiedza reptiliologiczna była bardzo znikoma, to odgadłem, że jej gatunek musi być nadzwyczaj rzadki i cenny nie tylko subiektywnie.
-Powiedz mi mój drogi, gdzie ty się zaczynasz, a gdzie kończysz?-spytała Ssiisf przeciągając szumiącą końcówkę pytania- Bo, wiesz, z wami ludźmi bywa różnie, rozgałęzieni jesteście tak, że trudno ogarnąć, a jeszcze trudniej owinąć. Znałam takich, co liczyli się od ust do odbytu, a reszta służyła tylko tej funkcji przewlekania karmy przez siebie, ale są i tacy, którzy dodają sobie kończyny, a nawet włosy w ostatecznym rozrachunku, by znaczyć więcej conieco.
Stanąłem na palcach i uniosłem w górę ręce
-Zmierz mnie najdroższa w tej pozie poddańczej, którą przyjmuję względem ciebie z radością serca i śledziony. Mieszczę się między opuszkami u dołu i góry i tymi krawędziami ciała pragnę do ciebie docierać o damo najgiętsza.
-Opuść tylko pięty, będzie ci lżej, a ja nie będę się bać, że mnie zdepczesz i zmusisz do kąsania w odwecie, bo takie przypadki się już zdarzały odciskając wrogie piętno na stosunkach między naszymi rodzajami. Schlebia mi, że pragniesz mi się poddać, ale bardziej niż uległości potrzebuję opieki i zrozumienia. Możesz mnie dotykać, bo też to lubię, ale przede wszystkim obdaruj mnie ciepłem, bo po odejściu słońca tylko ty mi zostałeś - Ssiifs zaczęła piąć się powoli po moim wywyższonym do granic ciele.-Zrozum, że my węże jesteśmy żywymi odcinkami krętej drogi i wiele przeszkód na niej stojących potrafimy przełknąć, ale nie wszystkie. Spójrz na kraniec mojego ogona, widzisz jaki jest poraniony? Nie zliczę ile razy żułam go i tarmosiłam w chwilach rozpaczy, kiedy przyszłość zdawała się kurczyć do zera i nawet perspektywa życia dla jaj nie bawiła mojej splecionej w beznadziejny supeł duszy. Czy potrafisz mnie pojąć bez uprzedzeń i litości?
-Wiem co czuję obgryzając do krwi paznokcie i skórki moich palców, i jaki ból towarzyszy zetknięciu końca z początkiem, więc zdaje mi się, że cię rozumiem i chcę ukoić twe cierpienia choćby za cenę...
-Nie galopuj tak mój miły, wystarczy na razie, że jesteś przy mnie tu i teraz. Wy posługujecie się krokami prąc w nieznane, brakuje wam naszej ciągłości nieskończenie małych i nieskończenie licznych kroczków, więc skłonni jesteście do drastycznych przechyłów ciężaru waszej istoty. Uważaj zatem gdzie stąpają twoje stopy i słowa by uniknąć jakiejś spektakularnej tragedii.
Było dla mnie obojętnym, czy Ssiisf jest jadowita, czy tylko dusicielska, kiedy jej rozdwojony języczek musnął mnie w palec serdeczny, a potem w czubek nosa. Po chwili oplotła się wokół mojej ręki i wsunęła pod koszulę. W euforycznym zacisku szczęki syknąłem od jej łuskami muskania .Wiedziałem już, że gdziekolwiek pojadę, tam zabiorę ją ze sobą, urządzę najwygodniejsze terrarium, albo razem z nią w nim zamieszkam. Nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł sprostania naturze Ssiisf własnym ciałem i umysłem, by razem z nią wrócić do dżungli i wić się gąszczem przez resztę życia, ale była to dla mnie nader zwyczajna reakcja. Kiedy się zakochuję, to już tak mam, że rysuję przed sobą irracjonalne plany na przyszłość i zapominam o wszelkich granicach akceptowalnego zachowania, a w przypadku Ssiisf gotów byłem przekroczyć nawet granicę uwierającego mnie człowieczeństwa. Wzajemnie łaskotaliśmy się językami, kiedy podszedł do nas ten żebrak. Było już ciemno, więc chyba nie zauważył jak Ssiisf w popłochu schowała się do mojej kieszeni w spodniach.
-Czy mógłby pan podzielić się ze mną jakimiś drobnymi- spytał grzecznie, a ja zapałałem do niego niewytłumaczalnym gniewem. Miałem węża w kieszeni, więc nie chciałem wygrzebywać stamtąd portfela i tylko spojrzałem na niego nienawistnie, a on na to:
-Jestem głodny- i położył dłoń na brzuchu kłaniając się przy tym nieznacznie, a jednak błagalnie
"Ofiara"-pomyślałem, bo też byłem głodny, a może dlatego, że Ssiifs naprężyła się kreśląc końcem ogona jakiś tajemny znak na moim udzie. Zrozumiałem, że to ten moment, kiedy mężczyzna powinien dać świadectwo swojego męstwa, samczości i drapieżnej natury. Kiedy żebrak odwrócił się, skoczyłem mu do gardła i jakimś niepojętym cudem transmutacji, moje ciało owinęło się wokół niego. Pokąsałem go dotkliwie kilka razy w twarz, a ramiona zacisnąłem na szyi, żeby udusić. Moja kochanka wypełzła z kieszeni i ułożyła się wzdłuż mojego kręgosłupa, jakby wspierając przemianę, do której skłoniła mnie miłość, nic innego. Nie potrafiłem sobie wyobrazić Ssiifs jako mojej własności, maskotki, niewolnicy, dla której byłbym wywyższonym gatunkowo władcą, więc uwolniłem właściwe dla niej instynkty przeciwko marginalnie słabej jednostce rodzaju ludzkiego. Możecie mnie uznać za szaleńca, lub podłego zdrajcę ludzkości, ale ja po prostu doznałem spontanicznego samozwężenia, a tego nie zrozumie nikt kto nie kochał gada, któremu zbędne są nawet kończyny. Patrol policyjny natknął się na tę scenę polowania, kiedy ręka półprzytomnego żebraka tkwiła po łokieć w moim przełyku. Psychiatra przekonywał mnie, że połknięcie człowieka w całości było niewykonalnym zamiarem i ja nawet mu wierzę, bo na tym między innymi polega wyższość Serpentes nad Homo. Siedzę teraz na oddziale i smakuję mądrości pierwszego węża, bo czytanie Biblii uchodzi tu o dziwo za dobre sprawowanie, tymczasem Ssiisf została pojmana przez strażników ogrodu zoologicznego, z którego uciekła poprzedniego dnia. Była zbyt krnąbrna, niezależna i łaknąca miłości by za grubą szybą budzić pusty podziw gapiów, więc podstępnie uwiodła pewnego strażnika, a ten ją wypuścił. Nie mam jej za złe kokieteryjnej natury, bo mógłbym dla niej zrzucić skórę i amputować sobie ręce i nogi, gdyby mnie o to poprosiła. Motywy niezgłębionego umysłu Ssiisf były jednak o wiele szlachetniejsze, słyszałem nawet, że winę za incydent z żebrakiem chciała wziąć na siebie, tłumacząc, że jestem tylko człowiekiem. Kochana, męczennica namiętnych zawiłości sssensssu.
-Powiedz mi mój drogi, gdzie ty się zaczynasz, a gdzie kończysz?-spytała Ssiisf przeciągając szumiącą końcówkę pytania- Bo, wiesz, z wami ludźmi bywa różnie, rozgałęzieni jesteście tak, że trudno ogarnąć, a jeszcze trudniej owinąć. Znałam takich, co liczyli się od ust do odbytu, a reszta służyła tylko tej funkcji przewlekania karmy przez siebie, ale są i tacy, którzy dodają sobie kończyny, a nawet włosy w ostatecznym rozrachunku, by znaczyć więcej conieco.
Stanąłem na palcach i uniosłem w górę ręce
-Zmierz mnie najdroższa w tej pozie poddańczej, którą przyjmuję względem ciebie z radością serca i śledziony. Mieszczę się między opuszkami u dołu i góry i tymi krawędziami ciała pragnę do ciebie docierać o damo najgiętsza.
-Opuść tylko pięty, będzie ci lżej, a ja nie będę się bać, że mnie zdepczesz i zmusisz do kąsania w odwecie, bo takie przypadki się już zdarzały odciskając wrogie piętno na stosunkach między naszymi rodzajami. Schlebia mi, że pragniesz mi się poddać, ale bardziej niż uległości potrzebuję opieki i zrozumienia. Możesz mnie dotykać, bo też to lubię, ale przede wszystkim obdaruj mnie ciepłem, bo po odejściu słońca tylko ty mi zostałeś - Ssiifs zaczęła piąć się powoli po moim wywyższonym do granic ciele.-Zrozum, że my węże jesteśmy żywymi odcinkami krętej drogi i wiele przeszkód na niej stojących potrafimy przełknąć, ale nie wszystkie. Spójrz na kraniec mojego ogona, widzisz jaki jest poraniony? Nie zliczę ile razy żułam go i tarmosiłam w chwilach rozpaczy, kiedy przyszłość zdawała się kurczyć do zera i nawet perspektywa życia dla jaj nie bawiła mojej splecionej w beznadziejny supeł duszy. Czy potrafisz mnie pojąć bez uprzedzeń i litości?
-Wiem co czuję obgryzając do krwi paznokcie i skórki moich palców, i jaki ból towarzyszy zetknięciu końca z początkiem, więc zdaje mi się, że cię rozumiem i chcę ukoić twe cierpienia choćby za cenę...
-Nie galopuj tak mój miły, wystarczy na razie, że jesteś przy mnie tu i teraz. Wy posługujecie się krokami prąc w nieznane, brakuje wam naszej ciągłości nieskończenie małych i nieskończenie licznych kroczków, więc skłonni jesteście do drastycznych przechyłów ciężaru waszej istoty. Uważaj zatem gdzie stąpają twoje stopy i słowa by uniknąć jakiejś spektakularnej tragedii.
Było dla mnie obojętnym, czy Ssiisf jest jadowita, czy tylko dusicielska, kiedy jej rozdwojony języczek musnął mnie w palec serdeczny, a potem w czubek nosa. Po chwili oplotła się wokół mojej ręki i wsunęła pod koszulę. W euforycznym zacisku szczęki syknąłem od jej łuskami muskania .Wiedziałem już, że gdziekolwiek pojadę, tam zabiorę ją ze sobą, urządzę najwygodniejsze terrarium, albo razem z nią w nim zamieszkam. Nie pamiętam, kiedy pojawił się pomysł sprostania naturze Ssiisf własnym ciałem i umysłem, by razem z nią wrócić do dżungli i wić się gąszczem przez resztę życia, ale była to dla mnie nader zwyczajna reakcja. Kiedy się zakochuję, to już tak mam, że rysuję przed sobą irracjonalne plany na przyszłość i zapominam o wszelkich granicach akceptowalnego zachowania, a w przypadku Ssiisf gotów byłem przekroczyć nawet granicę uwierającego mnie człowieczeństwa. Wzajemnie łaskotaliśmy się językami, kiedy podszedł do nas ten żebrak. Było już ciemno, więc chyba nie zauważył jak Ssiisf w popłochu schowała się do mojej kieszeni w spodniach.
-Czy mógłby pan podzielić się ze mną jakimiś drobnymi- spytał grzecznie, a ja zapałałem do niego niewytłumaczalnym gniewem. Miałem węża w kieszeni, więc nie chciałem wygrzebywać stamtąd portfela i tylko spojrzałem na niego nienawistnie, a on na to:
-Jestem głodny- i położył dłoń na brzuchu kłaniając się przy tym nieznacznie, a jednak błagalnie
"Ofiara"-pomyślałem, bo też byłem głodny, a może dlatego, że Ssiifs naprężyła się kreśląc końcem ogona jakiś tajemny znak na moim udzie. Zrozumiałem, że to ten moment, kiedy mężczyzna powinien dać świadectwo swojego męstwa, samczości i drapieżnej natury. Kiedy żebrak odwrócił się, skoczyłem mu do gardła i jakimś niepojętym cudem transmutacji, moje ciało owinęło się wokół niego. Pokąsałem go dotkliwie kilka razy w twarz, a ramiona zacisnąłem na szyi, żeby udusić. Moja kochanka wypełzła z kieszeni i ułożyła się wzdłuż mojego kręgosłupa, jakby wspierając przemianę, do której skłoniła mnie miłość, nic innego. Nie potrafiłem sobie wyobrazić Ssiifs jako mojej własności, maskotki, niewolnicy, dla której byłbym wywyższonym gatunkowo władcą, więc uwolniłem właściwe dla niej instynkty przeciwko marginalnie słabej jednostce rodzaju ludzkiego. Możecie mnie uznać za szaleńca, lub podłego zdrajcę ludzkości, ale ja po prostu doznałem spontanicznego samozwężenia, a tego nie zrozumie nikt kto nie kochał gada, któremu zbędne są nawet kończyny. Patrol policyjny natknął się na tę scenę polowania, kiedy ręka półprzytomnego żebraka tkwiła po łokieć w moim przełyku. Psychiatra przekonywał mnie, że połknięcie człowieka w całości było niewykonalnym zamiarem i ja nawet mu wierzę, bo na tym między innymi polega wyższość Serpentes nad Homo. Siedzę teraz na oddziale i smakuję mądrości pierwszego węża, bo czytanie Biblii uchodzi tu o dziwo za dobre sprawowanie, tymczasem Ssiisf została pojmana przez strażników ogrodu zoologicznego, z którego uciekła poprzedniego dnia. Była zbyt krnąbrna, niezależna i łaknąca miłości by za grubą szybą budzić pusty podziw gapiów, więc podstępnie uwiodła pewnego strażnika, a ten ją wypuścił. Nie mam jej za złe kokieteryjnej natury, bo mógłbym dla niej zrzucić skórę i amputować sobie ręce i nogi, gdyby mnie o to poprosiła. Motywy niezgłębionego umysłu Ssiisf były jednak o wiele szlachetniejsze, słyszałem nawet, że winę za incydent z żebrakiem chciała wziąć na siebie, tłumacząc, że jestem tylko człowiekiem. Kochana, męczennica namiętnych zawiłości sssensssu.
środa, 16 kwietnia 2014
cegły i głazy
Matka pożegnała się ze mną na peronie i wsiadła do wagonu drugiej klasy. Kiedy pociąg ruszył, wychyliła się z okna i pomachała do mnie beżową chusteczką, na której wyhaftowany był popisowy moment pewnego środkowoafrykańskiego tańca ludowego. Szamański tancerz odżył na łopoczącej chusteczce gibając swym ciałem balansującym na czubku włóczni trzymanej przez jego partnerkę. Matka dużo podróżowała przywożąc z egzotycznych krajów kawałki zdobnej tkaniny do wycierania łez, których na pożegnanie zwykła wytaczać nadmierne ilości. Działo się to wskutek jakiejś dziedzicznej anomalii gałek ocznych, którymi spostrzegać potrafiła obiekty tak odległe, że zdawały się być tknięte jej wygiętymi wedle krzywizny planety wzrokowymi promieniami, sięgającymi poza linię horyzontu. Zew przygody ciągnący moją matkę w dalekie krainy był dla niej swoistym przekleństwem, któremu jej duch poddawał się za każdym razem gdy przeczytała o jakimś miejscu artykuł ze zdjęciem w gazecie. Za zwyczaj były to miejsca tkwiące w jakichś tragicznych kryzysach, ale jej motywacją do ich odwiedzenia nie była bynajmniej chęć pomocy humanitarnej, lecz niepojęty imperatyw doświadczenia katastroficznego stanu wspólnie z tubylcami. Przez kilka nocy poprzedzających wycieczkę, dręczyły ją koszmary, a w przededniu wręczyła nam najnowszą wersję testamentu i długo tuliła, mocząc nasze plecy strumieniami ciepłych łez.Powiedziała wtedy:
Matka -Łzawię tak nie ze smutku, ale po to by zmyć z rogówki nawarstwiony filtr bezpieczeństwa i dobrobytu, przez który oglądałam świat od powrotu z mojej ostatniej podróży do Ugandy. Wiecie przecież, że muszę ujrzeć rzeczy takie jakimi są naprawdę, by przełknąć niezbędną porcję cierpienia, którym karmią się teraz mieszkańcy Uttarakhandu. Sam bóg Shiva raczy wiedzieć ile życia i mienia zmiażdżyły tam okruchy erodujących Himalajów.
Los ukamienowanych przez górskie olbrzymy wstrząsnął matką tak jak niegdyś głody, powodzie, susze i epidemie w innych zakątkach okrutnego globu, spakowała więc apteczkę, parę sukienek, prowiant z suszonych cytryn i wyruszyła drogą kolejową do Indii. W przedziale jechała sama, więc miała dość czasu i przestrzeni, by prowadzić osobiste studium komparatystyczne mitologii hinduskiej i chińskiej, pragnąc na poziomie metafizycznym dociec przyczyn geologicznych przesileń wywołujących skalne lawiny na granicy tych dwóch najpotężniejszych krajów. Obwarowała się książkami, rycinami bóstw i diagramami przedstawiającymi struktury duchowych rzeczywistości obu kultur i zgłębiała ich tajemnice żując kęsy suszonych cytryn stanowiących wysokoenergetyczne paliwo dla jej organizmu. Doszukała się właśnie fragmentu, w którym podczas wspinania się na szczyt pewnej góry pod stopą Buddy osunął się kamień, kiedy usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi przedziałowej szafy. Zaznaczyła stronę służącym jako zakładka spreparowanym motylem i ostrożnym krokiem zbliżyła się do szafy. Zajrzała przez szparę w jej ciemny środek i zobaczyła błysk ludzkiego oka. Z wnętrza wydobywał się zapach nieświeżego mięsa, więc szeptem zapytała ukrywającego się tam mężczyznę:
Matka -Żyje pan?
Trup -Nie żyję, i to już od pięćdziesiątego drugiego roku. Tkwię w tej szafie, bo ludzie brzydzą się mnie gdziekolwiek przenieść, a że jest tu chłodno i sucho to całkiem nieźle się trzymam.
Trup był dość gruby, ale pomarszczony, emanował popielatym cieniem i minę miał jakby przepraszał, że przeszkadza mimo swojej martwoty.
Matka -A co pana uśmierciło? Pytam, bo interesują mnie wszelkie przyczyny zgonów i tym podobnych tragedii.
Trup -To był wypadek na budowie miejskiego domu kultury. Kolega upuścił cegłę z siódmego piętra, a ta rozbiła mi czaszkę. Potem chciał przewieźć moje zwłoki na pogrzeb do rodzinnego miasta, ale z żalu właśnie w tym przedziale zaczął chlać bimber z mirabelek i chlał tak aż po prostu wysiadł zapominając o całej sprawie. Pociąg przekroczył od tamtej chwili wiele granic a ja w nim przemierzyłem miliony kilometrów.
Na głowie trupa widoczne było prostokątne pęknięcie od upadłej cegły, a usta odzwierciedliły uśmiech mojej matki, którą ucieszyło tak nietypowe towarzystwo.
Matka -Nigdy jeszcze nie rozmawiałam ze zmarłymi, a zdaje mi się, że to cenne doświadczenie. Pan pozwoli, że pana trochę przesunę, chciałabym się zmieścić w tej szafie choć na chwilę.
Wiedząc, że w każdej chwili ktoś gdzieś opuszcza świat żywych, matka wcisnęła się obok trupa, głęboko zaciągnęła płucami stęchłe powietrze i wstrzymała oddech, by poczuć się jak autentyczny nieboszczyk.
Matka -Łzawię tak nie ze smutku, ale po to by zmyć z rogówki nawarstwiony filtr bezpieczeństwa i dobrobytu, przez który oglądałam świat od powrotu z mojej ostatniej podróży do Ugandy. Wiecie przecież, że muszę ujrzeć rzeczy takie jakimi są naprawdę, by przełknąć niezbędną porcję cierpienia, którym karmią się teraz mieszkańcy Uttarakhandu. Sam bóg Shiva raczy wiedzieć ile życia i mienia zmiażdżyły tam okruchy erodujących Himalajów.
Los ukamienowanych przez górskie olbrzymy wstrząsnął matką tak jak niegdyś głody, powodzie, susze i epidemie w innych zakątkach okrutnego globu, spakowała więc apteczkę, parę sukienek, prowiant z suszonych cytryn i wyruszyła drogą kolejową do Indii. W przedziale jechała sama, więc miała dość czasu i przestrzeni, by prowadzić osobiste studium komparatystyczne mitologii hinduskiej i chińskiej, pragnąc na poziomie metafizycznym dociec przyczyn geologicznych przesileń wywołujących skalne lawiny na granicy tych dwóch najpotężniejszych krajów. Obwarowała się książkami, rycinami bóstw i diagramami przedstawiającymi struktury duchowych rzeczywistości obu kultur i zgłębiała ich tajemnice żując kęsy suszonych cytryn stanowiących wysokoenergetyczne paliwo dla jej organizmu. Doszukała się właśnie fragmentu, w którym podczas wspinania się na szczyt pewnej góry pod stopą Buddy osunął się kamień, kiedy usłyszała skrzypienie uchylanych drzwi przedziałowej szafy. Zaznaczyła stronę służącym jako zakładka spreparowanym motylem i ostrożnym krokiem zbliżyła się do szafy. Zajrzała przez szparę w jej ciemny środek i zobaczyła błysk ludzkiego oka. Z wnętrza wydobywał się zapach nieświeżego mięsa, więc szeptem zapytała ukrywającego się tam mężczyznę:
Matka -Żyje pan?
Trup -Nie żyję, i to już od pięćdziesiątego drugiego roku. Tkwię w tej szafie, bo ludzie brzydzą się mnie gdziekolwiek przenieść, a że jest tu chłodno i sucho to całkiem nieźle się trzymam.
Trup był dość gruby, ale pomarszczony, emanował popielatym cieniem i minę miał jakby przepraszał, że przeszkadza mimo swojej martwoty.
Matka -A co pana uśmierciło? Pytam, bo interesują mnie wszelkie przyczyny zgonów i tym podobnych tragedii.
Trup -To był wypadek na budowie miejskiego domu kultury. Kolega upuścił cegłę z siódmego piętra, a ta rozbiła mi czaszkę. Potem chciał przewieźć moje zwłoki na pogrzeb do rodzinnego miasta, ale z żalu właśnie w tym przedziale zaczął chlać bimber z mirabelek i chlał tak aż po prostu wysiadł zapominając o całej sprawie. Pociąg przekroczył od tamtej chwili wiele granic a ja w nim przemierzyłem miliony kilometrów.
Na głowie trupa widoczne było prostokątne pęknięcie od upadłej cegły, a usta odzwierciedliły uśmiech mojej matki, którą ucieszyło tak nietypowe towarzystwo.
Matka -Nigdy jeszcze nie rozmawiałam ze zmarłymi, a zdaje mi się, że to cenne doświadczenie. Pan pozwoli, że pana trochę przesunę, chciałabym się zmieścić w tej szafie choć na chwilę.
Wiedząc, że w każdej chwili ktoś gdzieś opuszcza świat żywych, matka wcisnęła się obok trupa, głęboko zaciągnęła płucami stęchłe powietrze i wstrzymała oddech, by poczuć się jak autentyczny nieboszczyk.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
smoke babelski
Wahaliśmy się na huśtawkach w północno-wschodnim przedmieściu Londynu. Kiedy skończyliśmy referować plany zagospodarowania kolejnych paru godzin liczonych w strefie czasowej Greenwich, naszym neuronom zaczęło brakować nikotyny. Wiola postanowiła wspiąć się na szczyt najwyższego w okolicy budynku, by stamtąd dostrzegać pojawiające się w okolicy dymy palonych papierosów. W razie wykrycia palacza zrzucała nam czekającym na dole kamyk z opisem miejsca palenia, lub drogi, którą przemieszczać się miał namierzany papieros. W takim układzie musieliśmy jedynie ułożyć możliwie najgrzeczniejszą formułę prośby o poczęstunek i skierować ją do hipotetycznego darczyńcy. Tego typu operacja musiała być wykonana bardzo szybko, ze względu na krótki czas spalania szluga, więc kiedy spadający kamyk znikał w krzakach, lub rozłupywał się o chodnik, szanse na powodzenie akcji malały do zera. W ciągu dwóch godzin udało nam się wyprosić jedynie trzy papierosy, które niezwłocznie spaliliśmy, stając tym samym w obliczu gniewu złaknionej dymu Wioli, która zeszła na dół po nowe kamyki..
Wiola- Fuck you wankers, ja tam na górze męczę zmysły, żebyście wy sobie wszystko pospalali. Skoro wyżebraliście trzy fajki, trzeba było jedną dla mnie zostawić, to elementarna przyzwoitość nakazuje, nieprawdaż?
Ja- Jako rekompensatę mogę oddać ci mój egzemplarz książki "Cigarettes" traktującej o wszelkich przyczynach, metodach i konsekwencjach palenia. Znajdziesz tu smakowite grafiki dymu i przekrojów układu oddechowego, jest nawet rozdział poezji nikotynowej i kilkanaście stron przeznaczonych do skręcania mahory. Papier jest dostatecznie cienki, a ponadto wypełniony zdaniami doskonale nadającymi się do wdychania i wydychania np. "z ciągle powtarzanych błędów stylistycznych tłumacz się tylko w obcym języku", albo "należy cieszyć się choćby dlatego, że zamiast powietrza nie przyszło nam doświadczać betonu".
Wiola chwyciła książkę, położyła na chodniku i usiadła na niej z niesmaczną miną. Łajzer wykruszył resztkę tytoniu z ostatnich milimetrów niedopałka i posypał nim czubek swojego języka.
Łajzer- Ta metoda ze zrzucaniem kamieni jest niewspółmiernie do naszego zapotrzebowania niewydajna, powinniśmy porzucić ten przyczółek i ruszyć w miasto, a najpierw zatwierdzić pospolitą zmianę planu postępowania z czasem. Kto jest za?
Zagłosowaliśmy, ja i Łajzer byliśmy za. Wiola wstrzymała się tłumacząc, że bez faji w gębie nie będzie zastanawiać się nad słusznością zmiany. Dopiero gdy parę kroków dalej pojawił się podstarzały ciemnoskóry palacz, podeszła do niego i kłaniając się zapytała:
Wiola- Excuse me sir, woud you be so kind to offer me one of your cigarettes and save me from an extremly irritating nicotine hunger?
Murzyn wyciągnął papierosa z paczki, delikatnie zgiął go wokół palca w mały haczyk i podał Wioli, mówiąc: I hope you don't mind smoking a bend one
Wiola- Not at all, the tip of my nose needs warming up anyway.
Staruszek przez dłuższą chwilę przyglądał się z podnieceniem, jak Wiola tli zagiętą końcówkę peta tuż przy swoim nosie.
Łajzer- Podle sadyzujący zboczeniec, pewnie chce żeby Wiola się poparzyła
Wiola- A ja myślę, że to próba żartu odnoszącego się do naszej polskości, krzywiąc skurwił papierosa by sięgał do nosa, i o ten rym po polsku jedynie możliwy mu chodziło, am I right?
-Istotnie, taki właśnie był mój zamysł, - odparł murzyn nieskazitelną polszczyzną
Wiola- Fuck you wankers, ja tam na górze męczę zmysły, żebyście wy sobie wszystko pospalali. Skoro wyżebraliście trzy fajki, trzeba było jedną dla mnie zostawić, to elementarna przyzwoitość nakazuje, nieprawdaż?
Ja- Jako rekompensatę mogę oddać ci mój egzemplarz książki "Cigarettes" traktującej o wszelkich przyczynach, metodach i konsekwencjach palenia. Znajdziesz tu smakowite grafiki dymu i przekrojów układu oddechowego, jest nawet rozdział poezji nikotynowej i kilkanaście stron przeznaczonych do skręcania mahory. Papier jest dostatecznie cienki, a ponadto wypełniony zdaniami doskonale nadającymi się do wdychania i wydychania np. "z ciągle powtarzanych błędów stylistycznych tłumacz się tylko w obcym języku", albo "należy cieszyć się choćby dlatego, że zamiast powietrza nie przyszło nam doświadczać betonu".
Wiola chwyciła książkę, położyła na chodniku i usiadła na niej z niesmaczną miną. Łajzer wykruszył resztkę tytoniu z ostatnich milimetrów niedopałka i posypał nim czubek swojego języka.
Łajzer- Ta metoda ze zrzucaniem kamieni jest niewspółmiernie do naszego zapotrzebowania niewydajna, powinniśmy porzucić ten przyczółek i ruszyć w miasto, a najpierw zatwierdzić pospolitą zmianę planu postępowania z czasem. Kto jest za?
Zagłosowaliśmy, ja i Łajzer byliśmy za. Wiola wstrzymała się tłumacząc, że bez faji w gębie nie będzie zastanawiać się nad słusznością zmiany. Dopiero gdy parę kroków dalej pojawił się podstarzały ciemnoskóry palacz, podeszła do niego i kłaniając się zapytała:
Wiola- Excuse me sir, woud you be so kind to offer me one of your cigarettes and save me from an extremly irritating nicotine hunger?
Murzyn wyciągnął papierosa z paczki, delikatnie zgiął go wokół palca w mały haczyk i podał Wioli, mówiąc: I hope you don't mind smoking a bend one
Wiola- Not at all, the tip of my nose needs warming up anyway.
Staruszek przez dłuższą chwilę przyglądał się z podnieceniem, jak Wiola tli zagiętą końcówkę peta tuż przy swoim nosie.
Łajzer- Podle sadyzujący zboczeniec, pewnie chce żeby Wiola się poparzyła
Wiola- A ja myślę, że to próba żartu odnoszącego się do naszej polskości, krzywiąc skurwił papierosa by sięgał do nosa, i o ten rym po polsku jedynie możliwy mu chodziło, am I right?
-Istotnie, taki właśnie był mój zamysł, - odparł murzyn nieskazitelną polszczyzną
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)